Wiadomość dnia: Oscar Pistorius jest jednak winny morderstwa. Najwyższy Sąd Apelacyjny nie utrzymał poprzednio wydanego wyroku, w wyniku którego Pistorius został skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci (pisałam o tym tutaj). Uznano, że sędzia Masipa opełniła poważny błąd w interpretacji tzw. dolus eventualis. Według tej zasady można skazać za morderstwo kogoś, kto przewiduje, że jego czyny może doprowadzić do śmierci innej osoby, ale mimo wszystko kontynuuje te działania. Sędzia Masipa uznała, iż prokurator nie wykazał jednoznacznie umyślności czynu Pistoriusa ani dolus eventualis, gdyż oskarżony musiałby przewidzieć, że jego działanie doprowadzi do śmierci Reevy Steenkamp. Jednak Sąd Apelacyjny zdecydował dzisiaj, że Pistorius powinien był wiedzieć, że ktokolwiek znajdował się za drzwiami łazienki mógł zginąć - i nie jest istotne, czy byłaby to Reeva, czy ktoś inny. Tożsamość ofiary nie ma znaczenia, a na tym skupiła się (błędnie) sędzia Masipa.
Co to oznacza? Pistorius, który 19 października wyszedł z więzienia, by odbywać resztę kary w areszcie domowym, stanie ponownie przed sądem, prawdopodobnie po nowym roku. Grozi mu co najmniej 15 lat więzienia. Szanse na odwołanie się od wyroku Najwyższego Sądu Apelacyjnego są niewielkie - prawnicy byłego lekkoatlety musieliby udowodnić, iż tą nową decyzją naruszono jego prawa konstytucyjne. Poprzeczka zawieszona jest więc bardzo wysoko.
Reakcje opinii publicznej wskazują, że nowy wyrok przyjęto z zadowoleniem i uznaniem. Pojawia się wiele komentarzy, iż sprawiedliwości stało się zadość dla Reevy i jej rodziny, a także, że decyzja sądu pokazuje wyraźnie, iż nikt nie stoi ponad prawem, nawet ci najbardziej uprzywilejowani. To ważna wiadomość dla społeczeństwa południowoafrykańskiego, w którym wszechobecna korupcja w strukturach państwowych nadal pozwala chronić zamożnych obywateli z koneksjami.
Mieszkałam w RPA od lutego 2012 do grudnia 2015 roku. Jest to kraj, wokół którego krąży wiele stereotypów i nie do końca prawdziwych negatywnych historii. Chciałabym pokazać nieco inną stronę życia tutaj, tę bardziej codzienną i radosną, choć nie będę też stronić od mniej przyjemnych opowieści. Zapraszam! :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar Pistorius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar Pistorius. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 grudnia 2015
poniedziałek, 16 marca 2015
John Carlin "Tajemnica Oskara Pistoriusa"
Na wstępie chciałabym podziękować Wydawnictwu Znak Literanova za udostępnienie egzemplarza książki do recenzji. Jej polska premiera już w tę środę, 18 marca!
Nazwisko Oskara Pistoriusa jest znane milionom ludzi na świecie. Przez wiele lat był przede wszystkim słynnym atletą, który dokonał rzeczy niesłychanych: pomimo braku nóg został biegaczem osiągającym wielkie sukcesy, nie tylko na mistrzostwach sportowców niepełnosprawnych i paraolimpiadach. Zdołał także wystartować w zawodach dla pełnosprawnych lekkoatletów, rywalizując na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 r. między innymi z Usainem Boltem. W RPA popularnością dorównywał Nelsonowi Mandeli, uwielbiali go wszyscy, niezależnie od koloru skóry i statusu społecznego. Miał wszystko: sukcesy sportowe, pieniądze, piękne kobiety wokół siebie, szybkie samochody, wielki dom, i świetlaną przyszłość przed sobą. Był idolem i wzorem do naśladowania.
W ciągu jednej nocy cały ten życiowy dorobek legł w gruzach. 14 lutego 2013 r. świat oniemiał, gdy media obiegła sensacyjna wieść: Oscar Pistorius zastrzelił swoją piękną dziewczynę, modelkę Reevę Steenkamp. Dobrze pamiętam ten dzień, bo w pracy o niczym innym się nie mówiło, o Walentynkach wszyscy zapomnieli. Ludzie bardzo szybko wyrobili sobie jednak zdanie (w większości przypadków uznając, że Oscar zabił Reevę z premedytacją), i powrócili do swoich codziennych zajęć. Bohater został zerem niewartym wspominania zadziwiająco szybko... Rok później na nowo rozgorzała dyskusja na ten temat, gdyż rozpoczął się proces lekkoatlety (o czym zresztą w miarę na bieżąco pisałam na blogu).
John Carlin to brytyjski dziennikarz, któremu realia RPA nie są obce. Pracował tu w latach 1989-1995, był więc świadkiem historycznych przemian. Jest także autorem książki "Invictus. Igrając z wrogiem", na podstawie której Clint Eastwood nakręcił słynny film z Mattem Damonem i Morganem Freemanem. Podchodziłam więc do lektury "Tajemnicy Oskara Pistoriusa" z dużą dozą zaufania dla autora, i z ciekawością, jak potraktował ten temat. Otrzymałam bardzo złożoną opowieść: nie tylko o samym atlecie, historii jego życia i sukcesach i porażkach, ale także o osobach, które miały wpływ na jego życie od najwcześniejszych lat, poczynając od lekarza, który podjął niezwykle brzemienną w skutki decyzję, by niemowlęciu z bardzo rzadką wadą wrodzoną zwaną hemimelią strzałkową amputować nóżki poniżej kolan. Carlin zdaje się nie zapominać o żadnej postaci, która pozostawiła w życiu Pistoriusa znaczący ślad: poczynając od rodziny, zwłaszcza matki, poprzez wujostwo i kuzynów, którzy do tej pory są dla niego wsparciem, po trenerów, kolegów po fachu, aż do pewnej rodziny z Islandii czy mieszkańców włoskiego miasteczka Gemona del Friuli, gdzie Pistorius trenował. Dowiadujemy się też sporo o Reevie, kobiecie, o której Oscar mówił, że jest dla niego "tą jedyną". Autor dokonuje tym samym wiwisekcji osobowości i psychiki lekkoatlety, z uwzględnieniem wielu drobiazgów i pozornie mało znaczących zdarzeń, aby dać czytelnikowi jak najpełniejszy obraz tego, kim tak naprawdę jest Oscar Pistorius i dlaczego doszło do tragedii, która zniszczyła jego karierę. Jest to portret bardzo przekonujący i poruszający, ukazujący człowieka o dwoistej naturze, którego publiczna twarz często okazuje się maską kryjącą szerokie spektrum problemów osobistych.
Z książki Carlina wyłania się też ciekawa charakterystyka współczesnego społeczeństwa informacyjnego. W samym RPA i na całym świecie natychmiast po rozpoczęciu procesu pojawiły się dwa obozy: jeden przekonany o niewinności, a drugi o winie Pistoriusa. Proces był transmitowany na żywo na dedykowanym kanale telewizyjnym, gdzie toczyły się także debaty i dyskusje przy udziale różnej maści ekspertów i komentatorów. Na podstawie tych doniesień medialnych tysiące ludzi mających niewielkie pojęcie o prawie czy szczegółach sprawy wyrobiło sobie opinię, której gotowi byli zaciekle bronić. Z dnia na dzień bożyszcze tłumów stało się dla wielu godnym największego potępienia mordercą. Jak to ujął cytowany w książce burmistrz Gemony del Friuli: "Im wyżej się wzniesiesz, tym większym stajesz się bohaterem, ale kiedy bohater popełnia błąd i upada, robi się z niego tym większego potwora." W kraju, w którym przemoc wobec kobiet jest zatrważająco powszechna, mężczyzna strzelający do bezbronnej kobiety stał się automatycznie wrogiem publicznym numer jeden.
Brytyjski dziennikarz prowadzi swoją opowieść, przeplatając relację z samego procesu z historią życia Oscara. Momentami ton narracji ociera się o styl powieści sensacyjnej, ale Carlinowi udaje się nie przekroczyć tej cienkiej granicy między książką reportersko-biograficzną a zwykłym thrillerem. Czyta się więc tę pozycję z wypiekami na twarzy, ale także z podziwem dla ogromu pracy, którą autor musiał wykonać, by zawrzeć w niej tyle informacji i jednocześnie nie przytłoczyć czytelnika. Najważniejsze jest jednak to, że nie narzuca nam interpretacji wydarzeń czy oceny samego Pistoriusa. Zadaje wiele pytań, na które stara się znaleźć odpowiedź, ale pozostawia jednocześnie miejsce na własne wnioski. Bardzo szczegółowo wyjaśnia też zawiłości procesu i południowoafrykańskiego prawa. Dostajemy w ten sposób po prostu obiektywny portret człowieka: ze wszystkimi jego wadami i zaletami, słabościami i atutami. Człowieka, którego twarz znają miliony, a tylko kilka osób tak naprawdę wie, kim jest w głębi duszy i z czym się w życiu zmagał. Znamienne jest to, że w oryginale książka ma podtytuł: "Chase Your Shadow" czyli "W pogoni za własnym cieniem". Pistorius pod wpływem matki przez całe życie walczył, by nie uważano go za niepełnosprawnego. To przeświadczenie, że jest przecież taki sam, jak inni, odcisnęło wyraźne piętno na jego psychice.
Dowiadujemy się też bardzo wiele o współczesnej RPA - kraju rozdartym między nowoczesnością i pogonią za rozwojem a dziedzictwem apartheidu i nierównościami społecznymi; kraju, w którym statystyki kryminalne są jedne z najwyższych na świecie, a obywatele reagują na to dwojako (w uproszczeniu oczywiście): czarni po prostu przyjmują do wiadomości, że nie jest bezpiecznie, a biali, ogarnięci paranoją strachu, śpią z bronią pod łóżkiem i pod poduszką - jak sam Pistorius zresztą.
Mimo że dość regularnie śledziłam rozwój wydarzeń, "Tajemnica Oskara Pistoriusa" rzuciła świeże światło na to, co wiedziałam o tej kontrowersyjnej sprawie i o samym Pistoriusie. Nadal nie mam pojęcia, co tak naprawdę się stało tej tragicznej nocy, lecz to wie jedynie sam Oscar. Jednak celem tej publikacji nie jest wyjaśnienie raz na zawsze, co wtedy zaszło, lecz raczej rzetelne ukazanie możliwych przyczyn całego zajścia i tego, jak zostało ono przyjęte przez społeczeństwo i przedstawione w mediach. Jest to bardzo ciekawa, złożona i satysfakcjonująca lektura, napisana sprawnie i z wyczuciem. Polecam ją zarówno zainteresowanym postacią lekkoatlety i jego procesem, jak i tym, którzy chcieliby dowiedzieć się nieco więcej, co piszczy we współczesnym południowoafrykańskim społeczeństwie.
Nazwisko Oskara Pistoriusa jest znane milionom ludzi na świecie. Przez wiele lat był przede wszystkim słynnym atletą, który dokonał rzeczy niesłychanych: pomimo braku nóg został biegaczem osiągającym wielkie sukcesy, nie tylko na mistrzostwach sportowców niepełnosprawnych i paraolimpiadach. Zdołał także wystartować w zawodach dla pełnosprawnych lekkoatletów, rywalizując na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 r. między innymi z Usainem Boltem. W RPA popularnością dorównywał Nelsonowi Mandeli, uwielbiali go wszyscy, niezależnie od koloru skóry i statusu społecznego. Miał wszystko: sukcesy sportowe, pieniądze, piękne kobiety wokół siebie, szybkie samochody, wielki dom, i świetlaną przyszłość przed sobą. Był idolem i wzorem do naśladowania.
W ciągu jednej nocy cały ten życiowy dorobek legł w gruzach. 14 lutego 2013 r. świat oniemiał, gdy media obiegła sensacyjna wieść: Oscar Pistorius zastrzelił swoją piękną dziewczynę, modelkę Reevę Steenkamp. Dobrze pamiętam ten dzień, bo w pracy o niczym innym się nie mówiło, o Walentynkach wszyscy zapomnieli. Ludzie bardzo szybko wyrobili sobie jednak zdanie (w większości przypadków uznając, że Oscar zabił Reevę z premedytacją), i powrócili do swoich codziennych zajęć. Bohater został zerem niewartym wspominania zadziwiająco szybko... Rok później na nowo rozgorzała dyskusja na ten temat, gdyż rozpoczął się proces lekkoatlety (o czym zresztą w miarę na bieżąco pisałam na blogu).
John Carlin to brytyjski dziennikarz, któremu realia RPA nie są obce. Pracował tu w latach 1989-1995, był więc świadkiem historycznych przemian. Jest także autorem książki "Invictus. Igrając z wrogiem", na podstawie której Clint Eastwood nakręcił słynny film z Mattem Damonem i Morganem Freemanem. Podchodziłam więc do lektury "Tajemnicy Oskara Pistoriusa" z dużą dozą zaufania dla autora, i z ciekawością, jak potraktował ten temat. Otrzymałam bardzo złożoną opowieść: nie tylko o samym atlecie, historii jego życia i sukcesach i porażkach, ale także o osobach, które miały wpływ na jego życie od najwcześniejszych lat, poczynając od lekarza, który podjął niezwykle brzemienną w skutki decyzję, by niemowlęciu z bardzo rzadką wadą wrodzoną zwaną hemimelią strzałkową amputować nóżki poniżej kolan. Carlin zdaje się nie zapominać o żadnej postaci, która pozostawiła w życiu Pistoriusa znaczący ślad: poczynając od rodziny, zwłaszcza matki, poprzez wujostwo i kuzynów, którzy do tej pory są dla niego wsparciem, po trenerów, kolegów po fachu, aż do pewnej rodziny z Islandii czy mieszkańców włoskiego miasteczka Gemona del Friuli, gdzie Pistorius trenował. Dowiadujemy się też sporo o Reevie, kobiecie, o której Oscar mówił, że jest dla niego "tą jedyną". Autor dokonuje tym samym wiwisekcji osobowości i psychiki lekkoatlety, z uwzględnieniem wielu drobiazgów i pozornie mało znaczących zdarzeń, aby dać czytelnikowi jak najpełniejszy obraz tego, kim tak naprawdę jest Oscar Pistorius i dlaczego doszło do tragedii, która zniszczyła jego karierę. Jest to portret bardzo przekonujący i poruszający, ukazujący człowieka o dwoistej naturze, którego publiczna twarz często okazuje się maską kryjącą szerokie spektrum problemów osobistych.
Z książki Carlina wyłania się też ciekawa charakterystyka współczesnego społeczeństwa informacyjnego. W samym RPA i na całym świecie natychmiast po rozpoczęciu procesu pojawiły się dwa obozy: jeden przekonany o niewinności, a drugi o winie Pistoriusa. Proces był transmitowany na żywo na dedykowanym kanale telewizyjnym, gdzie toczyły się także debaty i dyskusje przy udziale różnej maści ekspertów i komentatorów. Na podstawie tych doniesień medialnych tysiące ludzi mających niewielkie pojęcie o prawie czy szczegółach sprawy wyrobiło sobie opinię, której gotowi byli zaciekle bronić. Z dnia na dzień bożyszcze tłumów stało się dla wielu godnym największego potępienia mordercą. Jak to ujął cytowany w książce burmistrz Gemony del Friuli: "Im wyżej się wzniesiesz, tym większym stajesz się bohaterem, ale kiedy bohater popełnia błąd i upada, robi się z niego tym większego potwora." W kraju, w którym przemoc wobec kobiet jest zatrważająco powszechna, mężczyzna strzelający do bezbronnej kobiety stał się automatycznie wrogiem publicznym numer jeden.
Brytyjski dziennikarz prowadzi swoją opowieść, przeplatając relację z samego procesu z historią życia Oscara. Momentami ton narracji ociera się o styl powieści sensacyjnej, ale Carlinowi udaje się nie przekroczyć tej cienkiej granicy między książką reportersko-biograficzną a zwykłym thrillerem. Czyta się więc tę pozycję z wypiekami na twarzy, ale także z podziwem dla ogromu pracy, którą autor musiał wykonać, by zawrzeć w niej tyle informacji i jednocześnie nie przytłoczyć czytelnika. Najważniejsze jest jednak to, że nie narzuca nam interpretacji wydarzeń czy oceny samego Pistoriusa. Zadaje wiele pytań, na które stara się znaleźć odpowiedź, ale pozostawia jednocześnie miejsce na własne wnioski. Bardzo szczegółowo wyjaśnia też zawiłości procesu i południowoafrykańskiego prawa. Dostajemy w ten sposób po prostu obiektywny portret człowieka: ze wszystkimi jego wadami i zaletami, słabościami i atutami. Człowieka, którego twarz znają miliony, a tylko kilka osób tak naprawdę wie, kim jest w głębi duszy i z czym się w życiu zmagał. Znamienne jest to, że w oryginale książka ma podtytuł: "Chase Your Shadow" czyli "W pogoni za własnym cieniem". Pistorius pod wpływem matki przez całe życie walczył, by nie uważano go za niepełnosprawnego. To przeświadczenie, że jest przecież taki sam, jak inni, odcisnęło wyraźne piętno na jego psychice.
Dowiadujemy się też bardzo wiele o współczesnej RPA - kraju rozdartym między nowoczesnością i pogonią za rozwojem a dziedzictwem apartheidu i nierównościami społecznymi; kraju, w którym statystyki kryminalne są jedne z najwyższych na świecie, a obywatele reagują na to dwojako (w uproszczeniu oczywiście): czarni po prostu przyjmują do wiadomości, że nie jest bezpiecznie, a biali, ogarnięci paranoją strachu, śpią z bronią pod łóżkiem i pod poduszką - jak sam Pistorius zresztą.
Mimo że dość regularnie śledziłam rozwój wydarzeń, "Tajemnica Oskara Pistoriusa" rzuciła świeże światło na to, co wiedziałam o tej kontrowersyjnej sprawie i o samym Pistoriusie. Nadal nie mam pojęcia, co tak naprawdę się stało tej tragicznej nocy, lecz to wie jedynie sam Oscar. Jednak celem tej publikacji nie jest wyjaśnienie raz na zawsze, co wtedy zaszło, lecz raczej rzetelne ukazanie możliwych przyczyn całego zajścia i tego, jak zostało ono przyjęte przez społeczeństwo i przedstawione w mediach. Jest to bardzo ciekawa, złożona i satysfakcjonująca lektura, napisana sprawnie i z wyczuciem. Polecam ją zarówno zainteresowanym postacią lekkoatlety i jego procesem, jak i tym, którzy chcieliby dowiedzieć się nieco więcej, co piszczy we współczesnym południowoafrykańskim społeczeństwie.
piątek, 12 września 2014
Pistorius winny, ale nie do końca...
Dziś w pracy regularnie biegaliśmy do kuchni, gdzie w telewizji leciała relacja na żywo z Sądu Najwyższego w Pretorii. We wczorajszym wpisie zapomniałam dodać, że oprócz zastrzelenia Reevy Pistorius miał kilka innych incydentów na sumieniu, za które również odpowiada podczas tego procesu. Sędzia Masipa oczyściła go z zarzutów nielegalnego posiadania amunicji we własnym domu oraz użycia broni w miejscu publicznym (dokładniej - w samochodzie, w którym przestrzelił szyberdach), ale uznała go winnym nielegalnego użycia broni w restauracji (wspominałam o tym tutaj). Najważniejszy jednak jest oczywiście wyrok w sprawie zabójstwa Reevy. Jak się spodziewano - Pistorius został uznany winnym nieumyślnego spowodowania śmierci. Gdy sędzia ogłaszała swoją decyzję, na twarzy oskarżonego nie drgnął żaden mięsień. Pistorius wyglądał dziś przez całe posiedzenie jak woskowa figura. Jego rodzina natomiast wyraziła wdzięczność dla sędzi i ponowiła wyrazy współczucia dla bliskich Reevy, którzy wysłuchali werdyktu z niedowierzaniem. Nie końca zadowolił on obrońcę i prokuratora. Sędzia oddała na chwilę głos Barry'emu Roux i Gerriemu Nel. Pierwszy chciał przedłużenia zwolnienia za kaucją, drugi oczywiście wręcz przeciwnie. Nel argumentował, że Pistorius sprzedał swoje nieruchomości, mieszka u rodziny, więc niewiele go trzyma w RPA (sugerując tym samym, że może próbować wyjechać z kraju). Poza tym oskarżony wdał się niedawno w przepychanki w klubie nocnym (pisałam o tym w lipcu) i wykazywał skłonności depresyjne, więc istnieje możliwość, że targnie się na swoje życie. Roux odparował, że Pistorius był na wolności za poręczeniem, gdy ciążył na nim potencjalnie poważniejszy zarzut, niż ostatecznie zdecydował sąd, a swoje posiadłości sprzedał, by opłacić koszty sądowe, a nie uciekać z kraju. Ostatecznie sąd zwolnił oskarżonego za kaucją do czasu ogłoszenia wyroku - czyli do 13 października. Uznanie Pistoriusa winnym nieumyślnego spowodowania śmierci nie równa się bowiem ze skazaniem go. Tak więc nadal niewiele wiadomo.
Już wczoraj było kontrowersyjnie, ale dzisiejsza decyzja sądu wywołała mnóstwo reakcji i dyskusji. Wypowiedział się nawet amerykański biznesmen Donald Trump, nazywając sędzię Masipę kompletną kretynką. Prawnicy i eksperci debatują, czy Masipa uległa presji pozycji i sławy Pistoriusa, czy po prostu bardzo ściśle trzymała się litery prawa i nie miała wyjścia - po prostu nie mogła uznać go winnym morderstwa z premedytacją. Obiektywnie rzecz biorąc, oskarżyciel (czyli państwo) faktycznie nie udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że Pistorius strzelał po to, by zabić. Ale w słowach sędzi zabrakło w pewnym momencie logiki. Z jednej strony orzekła, że nie wykazano, jakoby intencją Oscara było zabicie osoby znajdującej się w łazience. I tu wszyscy zadają sobie następujące pytanie: jeśli nie zamierzał zabić, to w jakim celu oddał cztery strzały w drzwi małego pomieszczenia wiedząc, że ktoś tam jest? Szanse, że znajdującej się w nim osoby nie dosięgnie żadna z kul były przecież bardzo nikłe. Jakie więc były jego intencje? Przecież nie były to strzały ostrzegawcze. Co więcej, taki werdykt tworzy precedens. Wygląda na to, że można wykazać się nieodpowiedzialnością ('negligence', jak to ujęła sędzia) i strzelać sobie do ludzi, tłumacząc się potem obroną własną albo wypadkiem, i dostać najwyżej 15 lat zamiast dożywocia, które grozi za zabójstwo z premedytacją.
Opinia publiczna wydaje się zaskoczona i zgorszona decyzją Masipy. U mnie w pracy ludzie kręcili głowami, ale nie do końca z niedowierzaniem, bo wielu spodziewało się, że Pistoriusowi pewnie się upiecze. Niektórzy snują pesymistyczne wizje, że może w ogóle nie pójdzie siedzieć (taka możliwość też istnieje) i zaraz napisze książkę, na której zbije majątek. Jednak warto pamiętać, że to nie koniec sprawy. Ostatecznego wyroku jeszcze nie ma, a i po jego ogłoszeniu prokuratura ma prawo złożyć odwołanie. Jest bardzo prawdopodobne, że tak właśnie się stanie i będziemy mieć kolejne kilka miesięcy telewizyjnego show.
Już wczoraj było kontrowersyjnie, ale dzisiejsza decyzja sądu wywołała mnóstwo reakcji i dyskusji. Wypowiedział się nawet amerykański biznesmen Donald Trump, nazywając sędzię Masipę kompletną kretynką. Prawnicy i eksperci debatują, czy Masipa uległa presji pozycji i sławy Pistoriusa, czy po prostu bardzo ściśle trzymała się litery prawa i nie miała wyjścia - po prostu nie mogła uznać go winnym morderstwa z premedytacją. Obiektywnie rzecz biorąc, oskarżyciel (czyli państwo) faktycznie nie udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że Pistorius strzelał po to, by zabić. Ale w słowach sędzi zabrakło w pewnym momencie logiki. Z jednej strony orzekła, że nie wykazano, jakoby intencją Oscara było zabicie osoby znajdującej się w łazience. I tu wszyscy zadają sobie następujące pytanie: jeśli nie zamierzał zabić, to w jakim celu oddał cztery strzały w drzwi małego pomieszczenia wiedząc, że ktoś tam jest? Szanse, że znajdującej się w nim osoby nie dosięgnie żadna z kul były przecież bardzo nikłe. Jakie więc były jego intencje? Przecież nie były to strzały ostrzegawcze. Co więcej, taki werdykt tworzy precedens. Wygląda na to, że można wykazać się nieodpowiedzialnością ('negligence', jak to ujęła sędzia) i strzelać sobie do ludzi, tłumacząc się potem obroną własną albo wypadkiem, i dostać najwyżej 15 lat zamiast dożywocia, które grozi za zabójstwo z premedytacją.
Opinia publiczna wydaje się zaskoczona i zgorszona decyzją Masipy. U mnie w pracy ludzie kręcili głowami, ale nie do końca z niedowierzaniem, bo wielu spodziewało się, że Pistoriusowi pewnie się upiecze. Niektórzy snują pesymistyczne wizje, że może w ogóle nie pójdzie siedzieć (taka możliwość też istnieje) i zaraz napisze książkę, na której zbije majątek. Jednak warto pamiętać, że to nie koniec sprawy. Ostatecznego wyroku jeszcze nie ma, a i po jego ogłoszeniu prokuratura ma prawo złożyć odwołanie. Jest bardzo prawdopodobne, że tak właśnie się stanie i będziemy mieć kolejne kilka miesięcy telewizyjnego show.
czwartek, 11 września 2014
Dzień sądu - ale jeszcze nie ostatecznego
Dziś Oscar Pistorius powrócił na salę sądową, by usłyszeć wyrok. Spodziewano się, że odczytywanie przez sędzię Thokozile Masipę wniosków zajmie co najmniej kilka godzin, a może nawet dni. Jednak dość szybko usłyszeliśmy, że Pistorius nie jest winny morderstwa z premedytacją, bo nie przedstawiono na to wystarczających dowodów. Tuż po lunchu natomiast sędzia nagle przerwała posiedzenie i odroczyła sprawę do jutra. "Cliffhanger" - tak media określają ten niespodziewany suspens, który zafundowała nam Masipa. Zdążyła jednak zasugerować, że czyn Pistoriusa nosi znamiona tzw. 'culpable homicide', które w innych krajach określane jest jako 'manslaughter' - nieumyślne spowodowanie śmierci. Sędzia Masipa użyła wobec Pistoriusa słowa 'negligent', które dosłownie oznacza 'niedbały'. Uznała użycie przez niego broni jako nieadekwatne do sytuacji i w związku z tym nieodpowiedzialne. Osoba rozsądna nie postąpiłaby w ten sposób. Zaznaczyła przy tym, że oskarżony był poczytalny w momencie popełnienia zbrodni i nie miał problemu z odróżnieniem dobra od zła.
Na razie wiemy więc, że Pistorius nie dostanie więcej niż 15 lat, bo taka jest maksymalna kara za nieumyślne spowodowanie śmierci. Przy okazji pojawiło się wiele analiz i komentarzy na temat sędzi Masipy. Na początku procesu była ona krytykowana za to, że rzadko zabierała głos podczas przesłuchiwania świadków czy przedstawiania przez prokuratora i obronę dowodów. Zarzucano jej, że w ten sposób maskuje swoją niepewność w obliczu kamer telewizyjnych. Krytycy jednak mylili się. Masipa wykazała się raczej niezwykła siłą charakteru. Jej rzadkie wtrącenia czy uwagi były zawsze merytoryczne i odpowiednio sformułowane. To nie jest nieśmiała kobieta - ona po prostu bardzo uważnie śledziła całe postępowanie, by swoim dzisiejszym odczytem dowieść, że jest sędzią bardzo wysokich lotów. Eksperci byli dziś pod wrażeniem jej opanowania i bardzo jasnych i logicznych wniosków. Proces Pistoriusa to test dla systemu sądowniczego RPA i wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że cały świat to obserwuje. Jednak fakt, iż sędzia odrzuciła opcję skazania Pistoriusa za morderstwo z premedytacją sprowokował też komentarze, że pewnie mu się upiecze w związku z jego pozycją i sławą. Ale jest też druga strona medalu. Oto wyrok na sławnego i bogatego białego Południowoafrykańczyka wyda czarna kobieta pochodząca z townshipu w Johannesburgu, która przeszła długą i trudną drogę, by zasiąść w Sądzie Najwyższym w Pretorii jako sędzia w tak głośnej sprawie. Jak na razie Masipa spełnia się w tej roli wzorowo.
Na razie wiemy więc, że Pistorius nie dostanie więcej niż 15 lat, bo taka jest maksymalna kara za nieumyślne spowodowanie śmierci. Przy okazji pojawiło się wiele analiz i komentarzy na temat sędzi Masipy. Na początku procesu była ona krytykowana za to, że rzadko zabierała głos podczas przesłuchiwania świadków czy przedstawiania przez prokuratora i obronę dowodów. Zarzucano jej, że w ten sposób maskuje swoją niepewność w obliczu kamer telewizyjnych. Krytycy jednak mylili się. Masipa wykazała się raczej niezwykła siłą charakteru. Jej rzadkie wtrącenia czy uwagi były zawsze merytoryczne i odpowiednio sformułowane. To nie jest nieśmiała kobieta - ona po prostu bardzo uważnie śledziła całe postępowanie, by swoim dzisiejszym odczytem dowieść, że jest sędzią bardzo wysokich lotów. Eksperci byli dziś pod wrażeniem jej opanowania i bardzo jasnych i logicznych wniosków. Proces Pistoriusa to test dla systemu sądowniczego RPA i wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że cały świat to obserwuje. Jednak fakt, iż sędzia odrzuciła opcję skazania Pistoriusa za morderstwo z premedytacją sprowokował też komentarze, że pewnie mu się upiecze w związku z jego pozycją i sławą. Ale jest też druga strona medalu. Oto wyrok na sławnego i bogatego białego Południowoafrykańczyka wyda czarna kobieta pochodząca z townshipu w Johannesburgu, która przeszła długą i trudną drogę, by zasiąść w Sądzie Najwyższym w Pretorii jako sędzia w tak głośnej sprawie. Jak na razie Masipa spełnia się w tej roli wzorowo.
środa, 16 lipca 2014
I jeszcze trochę o Pistoriusie, a także o protestach w Kapsztadzie i Desmondzie Tutu
Oscar Pistorius dokazuje. Wybrał się w poniedziałek wieczorem do klubu w Johannesburgu, podobno za dużo wypił i wygłosił jakieś niepochlebne opinie o prezydencie Zumie i jego rodzinie. Uraziło to pewnego biznesmena o nazwisku Mortimer, który jest w bliskich stosunkach z członkiem rodziny prezydenta, więc dał upust swojemu niezadowoleniu i popchnął Pistoriusa, który wylądował na krześle. Oscar z kolei wdał się w kłótnię jeszcze z kimś innym, i w końcu został wyprowadzony z klubu przez ochroniarza. To wersja biznesmena. Rzeczniczka Pistoriusa twierdzi, ze był on w strefie VIP klubu (który zresztą nazywa się The VIP Room) i to pan Mortimer go zaczepił, agresywnie wypytując o proces. Pistorius się zezłościł i wywiązała się szarpanina. Zarząd klubu twierdzi, że nic o takim incydencie nie wie, a przedstawiciele Pistoriusa przyznają, że to chyba nie było zbyt mądre z jego strony, żeby pokazywać się publicznie, i to w klubie... Pistorius także wyraził żal, że się tam udał. Incydent nie będzie miał wpływu na postępowanie sądowe.
A co poza tym? W Kapsztadzie dziś rano odbył się protest przeciw atakowi Izraela na Strefę Gazy – uczestniczyło w nim podobno nawet 30,000 osób. Tłum powędrował pod Parlament, skandując hasła pro-palestyńskie. Marsz zorganizował Muslim Judicial Council (Muzułmańska Rada, organizacja non-profit, skupiająca przedstawicieli islamu w RPA, założona w 1945 r.) Minister Spraw Zagranicznych RPA wezwała już izraelskiego ambasadora na spotkanie, by wyjaśnił, co się dokładnie w Gazie dzieje.
Desmond Tutu wywołał z kolei burzę stwierdzeniem, że popiera eutanazję. W ubiegłą sobotę brytyjski The Observer (The Guardian) opublikowal jego artykuł, który jest głosem w toczącej się obecnie w Wielkiej Brytanii dyskusji na ten temat (http://www.theguardian.com/ commentisfree/2014/jul/12/ desmond-tutu-in-favour-of- assisted-dying). W piątek Izba Lordów będzie debatować nad ustawą o eutanazji. Arcybiskup pisze w sposób niezwykle stonowany o tym, że choć całe życie spędził na walce o godność żyjących, jest mu teraz bliżej do końca niż początku własnego życia, więc czas zająć się prawem do godności umierających. Podkreśla jednocześnie, że prezentowana opinia to wyłącznie jego osobiste zdanie, a nie stanowisko jego Kościoła.
Tutu krytykuje sposób, w jaki sztucznie podtrzymywano przy życiu jego przyjaciela Nelsona Mandelę - to, że politycy pozowali do sesji zdjęciowej z wyraźnie nieobecnym już duchem byłym przywódcą uznaje za uwłaczenie godności Madiby. Podkreśla też, że o śmierci należy mówić otwarcie i nie traktować jej jak temat tabu. Wszyscy przecież prędzej czy później umrzemy. On sam ma bardzo jasny obraz własnego pogrzebu, który ma być skromny, bez drogiej trumny i drogich zabiegów rytualnych, a jego ciało ma być skremowane. Wyraźnie podkreśla: nie chcę, by robiono wszystko, co się da, by utrzymać mnie przy życiu. Pieniądze, które wydaje się na sztuczne podtrzymywanie życia tych chorych, którzy woleliby odejść, mogą zostać lepiej spożytkowane - na pomoc żyjącym, na przykład rodzącym matkom, czy na przeszczepy organów. Tutu wierzy w świętość życia - ale nie za wszelką cenę. Sama śmierć jest zresztą przejściem do innego życia. W Afryce, gdzie tak niewielu dożywa starości, należałoby zadbać o to, by umierający mogli odejść z godnością, w otoczeniu bliskich i w pokoju z samymi sobą. Ale by to osiągnąć, należy o śmierci rozmawiać jako o naturalnej kolei rzeczy.
Nadchodzący piątek to Dzień Mandeli - ludzie poświęcą w tym dniu 67 minut na jakąś aktywność na rzecz lokalnej społeczności. Desmond Tutu nawołuje, by także zastanowić się - czym jest życie? I czyż śmierć nie jest jego częścią?
Tutejsza Chrześcijańska Partia Demokratyczna natychmiast ogłosiła, że w poszukiwaniu rozgłosu Arcybiskup stał się przyjacielem Szatana i że Jezus nie zaaprobowałby jego poparcia dla "wspomaganego samobójstwa" i odrzuciłby go z pogardą, jak Faryzeusza. Fundacja Desmonda Tutu i jego żony Leah nie skomentowała jeszcze tego stanowiska.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Sprawy Pistoriusa ciąg dalszy
Wczoraj Oscar Pistorius uaktywnił się na Twitterze po raz pierwszy od lutego - i to trzy razy w ciągu godziny. Najpierw wrzucił cytat z Biblii, z Księgi Psalmów: The Lord is close to the brokenhearted - Pan jest blisko skruszonych w sercu. Niecałe pół godziny później pojawił się kolaż jego zdjęć z niepełnosprawnymi dziećmi wokół stwierdzenia, że każdy może zrobić coś, co wpłynie na życie innych, i że czasami to najprostsze gesty czy słowa mogą kogoś zainspirować i sprawić, że będzie czuł się lepiej. Kilka minut potem Pistorius podzielił się jeszcze jednym obrazkiem - zdjęciem fragmentu tekstu z "Człowieka w poszukiwaniu sensu" Viktora Frankla. Fragment wyróżniony kursywą mówi o tym, że zbawienie człowieka może dokonać się jedynie poprzez miłość i w miłości.
Tweety wywołały burzę komentarzy, w większości nieprzychylnych i krytykujących Oscara za bezczelne promowanie swojej osoby. Na wpis z Biblii wielu odpowiedziało innymi cytatami z tej księgi, jak "Nie zabijaj". Niektórzy jednak potraktowali to z przymrużeniem oka, jak na przykład obrońca Pistoriusa Barry Roux, który wyraził nadzieję, że Niemcy odnotowali wpisy byłego olimpijczyka, bo pewnie będą musieli wrzucić coś w podobnym stylu po tym, jak zamordują Argentynę. No cóż, na pewno nie można panu Roux odmówić czarnego poczucia humoru...
Pistorius powrócił w zeszłym tygodniu na ławę oskarżonych po miesiącu przerwy. Badano w tym czasie jego psychikę i ostatecznie uznano, że jest (i był w chwili zastrzelenia narzeczonej) poczytalny, lecz teraz z powodu ogromnego poczucia winy ma czasem myśli samobójcze i objawy zespołu stresu pourazowego. Nie są to jednak na tyle poważne problemy psychiczne, by nie można było kontynuować procesu. Zeznania ostatniego świadka-eksperta, lekarza Pistoriusa, specjalisty medycyny sportowej prof. Wayne'a Dermana, miały być najmocniejszym punktem obrony. I choć jego naukowa analiza przypadku Pistoriusa dodała nieco mocy zachwianej pozycji obrońcy i samego Oscara, to jednak nie wydaje się, by ją uratowały. Jak już pisałam, prokurator Gerrie Nel wykazał bardzo wiele luk i pęknięć w opowieści Pistoriusa, i tego już załatać się nie da. Z drugiej jednak strony Państwo jako oskarżyciel też nie ma niezbitych dowodów na to, że sportowiec działał z premedytacją. Oliwy do ognia dodał jeszcze wyciek filmu wideo, który został pokazany przez australijski Channel 7. Pistorius odgrywa w nim sytuację z feralnej nocy, a jednym z najmocniejszych punktów jest moment, w którym biegnie na kikutach, niby do łazienki, udając, że trzyma w ręku broń. Wideo prawdopodobnie nakręcono w domu jego wujka. W mediach i w sądzie rozpętała się burza. Okazało się też, że prokurator wcześniej tego nagrania nie widział, pojawiły się więc komentarze i dyskusje na temat tego, czy z związku z tym sprawę powinno się zacząć od początku i włączyć filmik do materiału dowodowego, itd. Brian Webber, prawnik Pistoriusa, oświadczył, że Australijczycy zakupili wideo nielegalnie i w ten sposób złamali porozumienie o nieujawnianiu zawarte z The Evidence Room - amerykańskim zespołem specjalistów od odtwarzania zdarzeń kryminalnych, których obrońcy Pistoriusa wynajęli do nakręcenia tej rekonstrukcji. Australijczycy zaprzeczają i twierdzą, że nagranie pozyskali legalnie. Ostatecznie kwestię tę zamknięto - uznano, że film nakręcono już po przedstawieniu dowodów i podstawy oskarżenia, i że był on formą przygotowania Oscara do zeznań. Nie został jak dotąd wykorzystany jako dowód w sprawie, więc jest mało prawdopodobne, by teraz został włączony do materiałów dowodowych.
7 i 8 sierpnia sąd ma otrzymać ostateczne zestawienie dowodów i podsumowań od obrony i prokuratury. Wygląda więc na to, że proces Pistoriusa dobiega końca, ale nadal nie wiadomo na pewno, jaki będzie wyrok.
Tweety wywołały burzę komentarzy, w większości nieprzychylnych i krytykujących Oscara za bezczelne promowanie swojej osoby. Na wpis z Biblii wielu odpowiedziało innymi cytatami z tej księgi, jak "Nie zabijaj". Niektórzy jednak potraktowali to z przymrużeniem oka, jak na przykład obrońca Pistoriusa Barry Roux, który wyraził nadzieję, że Niemcy odnotowali wpisy byłego olimpijczyka, bo pewnie będą musieli wrzucić coś w podobnym stylu po tym, jak zamordują Argentynę. No cóż, na pewno nie można panu Roux odmówić czarnego poczucia humoru...
Pistorius powrócił w zeszłym tygodniu na ławę oskarżonych po miesiącu przerwy. Badano w tym czasie jego psychikę i ostatecznie uznano, że jest (i był w chwili zastrzelenia narzeczonej) poczytalny, lecz teraz z powodu ogromnego poczucia winy ma czasem myśli samobójcze i objawy zespołu stresu pourazowego. Nie są to jednak na tyle poważne problemy psychiczne, by nie można było kontynuować procesu. Zeznania ostatniego świadka-eksperta, lekarza Pistoriusa, specjalisty medycyny sportowej prof. Wayne'a Dermana, miały być najmocniejszym punktem obrony. I choć jego naukowa analiza przypadku Pistoriusa dodała nieco mocy zachwianej pozycji obrońcy i samego Oscara, to jednak nie wydaje się, by ją uratowały. Jak już pisałam, prokurator Gerrie Nel wykazał bardzo wiele luk i pęknięć w opowieści Pistoriusa, i tego już załatać się nie da. Z drugiej jednak strony Państwo jako oskarżyciel też nie ma niezbitych dowodów na to, że sportowiec działał z premedytacją. Oliwy do ognia dodał jeszcze wyciek filmu wideo, który został pokazany przez australijski Channel 7. Pistorius odgrywa w nim sytuację z feralnej nocy, a jednym z najmocniejszych punktów jest moment, w którym biegnie na kikutach, niby do łazienki, udając, że trzyma w ręku broń. Wideo prawdopodobnie nakręcono w domu jego wujka. W mediach i w sądzie rozpętała się burza. Okazało się też, że prokurator wcześniej tego nagrania nie widział, pojawiły się więc komentarze i dyskusje na temat tego, czy z związku z tym sprawę powinno się zacząć od początku i włączyć filmik do materiału dowodowego, itd. Brian Webber, prawnik Pistoriusa, oświadczył, że Australijczycy zakupili wideo nielegalnie i w ten sposób złamali porozumienie o nieujawnianiu zawarte z The Evidence Room - amerykańskim zespołem specjalistów od odtwarzania zdarzeń kryminalnych, których obrońcy Pistoriusa wynajęli do nakręcenia tej rekonstrukcji. Australijczycy zaprzeczają i twierdzą, że nagranie pozyskali legalnie. Ostatecznie kwestię tę zamknięto - uznano, że film nakręcono już po przedstawieniu dowodów i podstawy oskarżenia, i że był on formą przygotowania Oscara do zeznań. Nie został jak dotąd wykorzystany jako dowód w sprawie, więc jest mało prawdopodobne, by teraz został włączony do materiałów dowodowych.
7 i 8 sierpnia sąd ma otrzymać ostateczne zestawienie dowodów i podsumowań od obrony i prokuratury. Wygląda więc na to, że proces Pistoriusa dobiega końca, ale nadal nie wiadomo na pewno, jaki będzie wyrok.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Oscar Pistorius płacze, przeprasza i... plącze się w zeznaniach
Lekkoatleta nie ma lekko. Prokurator Gerrie Nel jest absolutnie bezlitosny. Bombarduje Pistoriusa pytaniami podważając każde jego słowo i przechodzi samego siebie, gdy każe mu patrzeć na zdjęcie zakrwawionej głowy Reevy. Nawiązując do incydentu z arbuzem, do którego oskarżony kiedyś radośnie strzelał (krzycząc, że nie jest tak miękki, jak mózg, ale i tak zajebiście się go rozwala), mówi: "Widział pan, co się stało z tym arbuzem? Eksplodował! Tak, jak głowa Reevy. Efekt był ten sam. Panie Pistorius, proszę wziąć za to odpowiedzialność. Proszę spojrzeć na to zdjęcie, proszę tylko spojrzeć. I wziąć za to wszystko odpowiedzialność. Oto co pan zrobił." ( “Did you see what happened to the watermelon? It exploded! That’s what happened to Reeva’s head. It had the same effect into her head. Take responsibility, Mr Pistorius,” said Nel. “Look at the picture… look at it. Here, have a look. Take responsibility. You did it.”) Pistorius wybucha płaczem i przez łzy odmawia patrzenia na zdjęcie, bo, jak tłumaczy, przecież tam był, widział to na własne oczy, trzymał zakrwawioną Reevę w ramionach. Sędzina zarządza usunięcie zdjęcia z ekranu, a Pistorius przez 10 minut szlocha histerycznie, więc trzeba zrobić dłuższą przerwę.
Dziś rano przez przypadek słuchałam w samochodzie relacji na żywo z rozprawy. Nel akurat analizował esemesy między Reevą a Oscarem. Wywnioskował z nich, że Pistorius to zazdrośnik i egoista, skupiony wyłącznie na sobie i żądający od dziewczyny, by zachowywała się tak, jak on chce. Oskarżony nie zaprzecza, kaja się, przyznaje, że bywał dla niej niemiły i niesprawiedliwy, ale podkreśla, że to pojedyncze zdarzenia, a nie reguła. Jednak prokurator drąży, a jego głównym celem jest udowodnienie, że Pistorius był świadomy tego, kto był w łazience, i strzelał z premedytacją. Oscar twierdzi, że nigdy nie zamierzał nikogo zabić, że to był wypadek itd., że nie zauważył, iż Reevy nie było w łóżku (co swoją drogą jest bardzo ciekawe, skoro tak się obawiał, że w domu jest intruz i biegał po pokoju sprawdzając czy okna są zamknięte), ale na wiele pytań zamkniętych nie daje prostej odpowiedzi "tak" lub "nie". Raz mówi, że nie zamierzał w ogóle strzelać i zrobił to niechcący, innym razem, że chciał się bronić przed intruzem. To wystarcza, by Nel oznajmił światu, że Pistorius kłamie.
Znajomi z pracy kręcą głowami: nikt Pistoriusowi nie wierzy. Owszem, przyjmują do wiadomości, że żałuje i wyraża skruchę, ale są przekonani, że zastrzelił swoją dziewczynę w afekcie po kłótni. Największe wątpliwości wzbudza perspektywa sprawiedliwego wyroku. Większość ludzi nie ma pewności, że dotychczasowa pozycja oskarżonego nie będzie miała na to wpływu. Jednak fakt, że prokuratorem jest szanowany Gerrie Nel, który posadził już na 15 lat skorumpowanego komisarza policjji Jackie Selebiego, daje promyk nadziei, że doczekamy się bezstronnej decyzji sądu w sprawie Państwo vs. Pistorius.
środa, 26 marca 2014
Co piszczy w południowoafrykańskich mediach
W ostatnich tygodniach najczęściej poruszane tematy w mediach internetowych to: proces Pistoriusa, afera Nkandla (zwłaszcza w świetle zbliżających się wyborów), protesty górników (głównie z związku z dochodzeniem w sprawie Marikany) i fala brutalnych gwałtów na dzieciach. To ostatnie jest szczególnie przerażające, ale zacznę od Pistoriusa.
1. Wczoraj zakończyło się przesłuchiwanie świadków i na zakończenie tego etapu dostaliśmy analizę korespondencji esemesowej między Reevą a Oscarem. Wynika z niej, że ich związek był dość typowy, choć chwilami burzliwy, bo Pistorius to choleryk i zazdrośnik, czego Reeva nie znosiła dobrze. Szybko się jednak godzili i wymieniali czułości. Ale w jednej z wiadomości Reeva napisała, że czasem się Oscara boi, gdy podnosi na nią głos. Narzekała też na jego zachowanie wobec niej w miejscach publicznych i na krytyczne uwagi dotyczące jej akcentu. Miesiąc przed śmiercią dziewczyny para dwa razy mocno się pokłóciła. Z wymiany wiadomości wynika, że to Reeva pierwsza wyciągała rękę do zgody, choć sprzeczki prowokował Oscar, oskarżając ją o flirtowanie z innymi mężczyznami. Z tej całej korespondencji wyłania się obraz łagodnej dziewczyny dążącej do kompromisu, starającej się łagodzić spory i jasno określającej swoje uczucia. Pistorius od dawna jest znany ze swojej porywczości i skłonności do robienia scen zazdrości, ale Reeva jakoś to wytrzymywała i widać, że bardzo jej na nim zależało. Pojawił się jeszcze taki wątek, że godzinę przed zastrzeleniem dziewczyny Pistorius rzekomo surfował przez 5 minut po internecie na swojej komórce, co zaprzecza jego stwierdzeniu, że poszli z Reevą spać o dziesiątej i obudził go hałas nad ranem... No cóż, w piątek zaczyna się druga część show i pole walki należeć będzie do obrony. Sprawa Państwo vs Pistorius nabierze teraz jeszcze więcej kolorów, gdyż wystarczy jedna niezgodność w oświadczeniu Pisoriusa z tym złożonym już wcześniej pod przysięgą, by jego obrońca Barry Roux miał duży kłopot.
2. O sprawie posiadłości prezydenta Zumy w Nkandla w prowincji KwaZulu-Natal pisałam już tutaj. Ogłoszony w ubiegłym tygodniu raport przygotowany przez tzw. Public Protector (czyli niezależną osobę, którą można określić jako Kanclerza Sprawiedliwości), wywołał ponowną falę dyskusji. Thuli Madonsela stwierdziła w nim, że koszt instalacji i budowy rzekomych ulepszeń gwarantujących większe bezpieczeństwo był niewspółmierny do potrzeb i że prezydent i jego rodzina odnieśli z tego osobiste korzyści, co jest naruszeniem finansów publicznych. ANC (Narodowy Kongres Afrykański), czyli rządząca partia Zumy, święcie się oburzył i radzi mu, by zignorował raport. Główna partia opozycyjna DA (Democratic Alliance) chce dymisji prezydenta i żąda, aby oddał te ponad 200 milionów randów. A były prezydent Thabo Mbeki ostrożnie radzi Zumie, by nie spieszył się z komentarzem. Raport Madonseli wykazuje także, że główny architekt został zatrudniony bez żadnego przetargu, co jest niezgodne z prawem, i zarobił 16,5 miliona. Zuma oczywiście rezygnować ze stanowiska nie zamierza, a wręcz przeciwnie, jest przekonany, że i tak wygra nadchodzące wybory. Na razie faktycznie nic nie można mu zrobić, bo nie ma twardych dowodów na to, że świadomie i z premedytacją wydał pieniądze z kasy państwa na własne potrzeby. A organizacja Justice Protect SA rozpoczyna kampanię pod hasłem "Ręce precz od Madonseli" w odpowiedzi na gwałtowną krytykę jej i raportu ze strony ANC.
3. Marikana co jakiś czas wraca na wokandę, bo dochodzenie w sprawie tragicznego przebiegu strajku w tej kopalni platyny w sierpniu 2012 roku nadal trwa. Policja zastrzeliła wtedy 34 protestujących, a co najmniej 78 zostało rannych. Ostatnie doniesienia specjalnej komisji badającej sprawę mówią o tym, że policjanci, którzy byli tam obecni, nie mieli doświadczenia w kontrolowaniu zachowania tłumu, zwłaszcza górników, którzy protestują często i zazwyczaj niezbyt spokojnie. AMCU (Association of Mineworkers and Construction Union, czyli stowarzyszenie pracowników kopalni) strajkuje od stycznia (jest to największy strajk w erze post-apartheidu i uderzył on w 40% światowego wydobycia tego surowca), a jutro w Johannesburgu będzie demonstracja. Chodzi oczywiście o podwyżki, których żądają związki zawodowe, a na które nie godzą się właściciele kopalni. Przemysł wydobycia platyny stracił już miliardy randów przez strajki. Nie pomaga w tym wszystkim mechanizacja wydobycia powodująca dodatkowe zwolnienia w kraju, gdzie ogólne (oficjalne) bezrobocie sięga 25%. Jak na razie nie widać jednak światełka w tunelu, bo nikt nie chce ustąpić...
4. I ostatni temat z pierwszych stron gazet, czyli przerażające doniesienia o fali gwałtów na małych dziewczynkach w kapsztadzkich townshipach. 9-latka zgwałcona i podpalona w styczniu, zmarła w szpitalu w ubiegłym tygodniu. Tydzień wcześniej 6-latka została zaatakowana we publicznej toalecie. Na początku lutego zamordowano 11-latkę, którą najprawdopodobniej też najpierw zgwałcono. A od niedzieli trwa obława na mężczyznę, który napadł na 3-letnią dziewczynkę... RPA jest znane w świecie z bardzo wysokich wskaźników gwałtu na kobietach i dzieciach. Często wynika to z przeświadczenia, że seks z dziewicą leczy z HIV/AIDS, a seks z lesbijką uleczy ją z homoseksualizmu. Najgorsza jednak w tym wszystkim jest względna bezkarność. Większość takich incydentów ma miejsce w tzw. osadach nieformalnych, czyli po prostu w slumsach, gdzie panuje ogólna bieda i przemoc. Wielu nie ma poczucia, że policja może tam cokolwiek zdziałać. W przypadku podpalonej dziewczynki mieszkańcy sami zorganizowali obławę i trzymali sprawcę w garażu do czasu przyjazdu służb. 27-letni mężczyzna jest teraz oskarżony o gwałt i morderstwo. Gdy czyta się komentarze pod takimi doniesieniami, powtarza się jedno żądanie: przywrócić karę śmierci, zniesioną w 1995 roku. Czy to jednak powstrzymałoby tę falę przemocy? Nie sądzę. Ważniejsza jest chyba edukacja i wyrobienie w ludziach przeświadczenia, że zgłoszenie gwałtu zakończy się zatrzymaniem i skazaniem sprawcy. Do tego jednak trzeba sprawnej i odpowiednio przeszkolonej policji, do której ludzie mogliby mieć zaufanie. A do tego jeszcze niestety daleko...
1. Wczoraj zakończyło się przesłuchiwanie świadków i na zakończenie tego etapu dostaliśmy analizę korespondencji esemesowej między Reevą a Oscarem. Wynika z niej, że ich związek był dość typowy, choć chwilami burzliwy, bo Pistorius to choleryk i zazdrośnik, czego Reeva nie znosiła dobrze. Szybko się jednak godzili i wymieniali czułości. Ale w jednej z wiadomości Reeva napisała, że czasem się Oscara boi, gdy podnosi na nią głos. Narzekała też na jego zachowanie wobec niej w miejscach publicznych i na krytyczne uwagi dotyczące jej akcentu. Miesiąc przed śmiercią dziewczyny para dwa razy mocno się pokłóciła. Z wymiany wiadomości wynika, że to Reeva pierwsza wyciągała rękę do zgody, choć sprzeczki prowokował Oscar, oskarżając ją o flirtowanie z innymi mężczyznami. Z tej całej korespondencji wyłania się obraz łagodnej dziewczyny dążącej do kompromisu, starającej się łagodzić spory i jasno określającej swoje uczucia. Pistorius od dawna jest znany ze swojej porywczości i skłonności do robienia scen zazdrości, ale Reeva jakoś to wytrzymywała i widać, że bardzo jej na nim zależało. Pojawił się jeszcze taki wątek, że godzinę przed zastrzeleniem dziewczyny Pistorius rzekomo surfował przez 5 minut po internecie na swojej komórce, co zaprzecza jego stwierdzeniu, że poszli z Reevą spać o dziesiątej i obudził go hałas nad ranem... No cóż, w piątek zaczyna się druga część show i pole walki należeć będzie do obrony. Sprawa Państwo vs Pistorius nabierze teraz jeszcze więcej kolorów, gdyż wystarczy jedna niezgodność w oświadczeniu Pisoriusa z tym złożonym już wcześniej pod przysięgą, by jego obrońca Barry Roux miał duży kłopot.
2. O sprawie posiadłości prezydenta Zumy w Nkandla w prowincji KwaZulu-Natal pisałam już tutaj. Ogłoszony w ubiegłym tygodniu raport przygotowany przez tzw. Public Protector (czyli niezależną osobę, którą można określić jako Kanclerza Sprawiedliwości), wywołał ponowną falę dyskusji. Thuli Madonsela stwierdziła w nim, że koszt instalacji i budowy rzekomych ulepszeń gwarantujących większe bezpieczeństwo był niewspółmierny do potrzeb i że prezydent i jego rodzina odnieśli z tego osobiste korzyści, co jest naruszeniem finansów publicznych. ANC (Narodowy Kongres Afrykański), czyli rządząca partia Zumy, święcie się oburzył i radzi mu, by zignorował raport. Główna partia opozycyjna DA (Democratic Alliance) chce dymisji prezydenta i żąda, aby oddał te ponad 200 milionów randów. A były prezydent Thabo Mbeki ostrożnie radzi Zumie, by nie spieszył się z komentarzem. Raport Madonseli wykazuje także, że główny architekt został zatrudniony bez żadnego przetargu, co jest niezgodne z prawem, i zarobił 16,5 miliona. Zuma oczywiście rezygnować ze stanowiska nie zamierza, a wręcz przeciwnie, jest przekonany, że i tak wygra nadchodzące wybory. Na razie faktycznie nic nie można mu zrobić, bo nie ma twardych dowodów na to, że świadomie i z premedytacją wydał pieniądze z kasy państwa na własne potrzeby. A organizacja Justice Protect SA rozpoczyna kampanię pod hasłem "Ręce precz od Madonseli" w odpowiedzi na gwałtowną krytykę jej i raportu ze strony ANC.
3. Marikana co jakiś czas wraca na wokandę, bo dochodzenie w sprawie tragicznego przebiegu strajku w tej kopalni platyny w sierpniu 2012 roku nadal trwa. Policja zastrzeliła wtedy 34 protestujących, a co najmniej 78 zostało rannych. Ostatnie doniesienia specjalnej komisji badającej sprawę mówią o tym, że policjanci, którzy byli tam obecni, nie mieli doświadczenia w kontrolowaniu zachowania tłumu, zwłaszcza górników, którzy protestują często i zazwyczaj niezbyt spokojnie. AMCU (Association of Mineworkers and Construction Union, czyli stowarzyszenie pracowników kopalni) strajkuje od stycznia (jest to największy strajk w erze post-apartheidu i uderzył on w 40% światowego wydobycia tego surowca), a jutro w Johannesburgu będzie demonstracja. Chodzi oczywiście o podwyżki, których żądają związki zawodowe, a na które nie godzą się właściciele kopalni. Przemysł wydobycia platyny stracił już miliardy randów przez strajki. Nie pomaga w tym wszystkim mechanizacja wydobycia powodująca dodatkowe zwolnienia w kraju, gdzie ogólne (oficjalne) bezrobocie sięga 25%. Jak na razie nie widać jednak światełka w tunelu, bo nikt nie chce ustąpić...
4. I ostatni temat z pierwszych stron gazet, czyli przerażające doniesienia o fali gwałtów na małych dziewczynkach w kapsztadzkich townshipach. 9-latka zgwałcona i podpalona w styczniu, zmarła w szpitalu w ubiegłym tygodniu. Tydzień wcześniej 6-latka została zaatakowana we publicznej toalecie. Na początku lutego zamordowano 11-latkę, którą najprawdopodobniej też najpierw zgwałcono. A od niedzieli trwa obława na mężczyznę, który napadł na 3-letnią dziewczynkę... RPA jest znane w świecie z bardzo wysokich wskaźników gwałtu na kobietach i dzieciach. Często wynika to z przeświadczenia, że seks z dziewicą leczy z HIV/AIDS, a seks z lesbijką uleczy ją z homoseksualizmu. Najgorsza jednak w tym wszystkim jest względna bezkarność. Większość takich incydentów ma miejsce w tzw. osadach nieformalnych, czyli po prostu w slumsach, gdzie panuje ogólna bieda i przemoc. Wielu nie ma poczucia, że policja może tam cokolwiek zdziałać. W przypadku podpalonej dziewczynki mieszkańcy sami zorganizowali obławę i trzymali sprawcę w garażu do czasu przyjazdu służb. 27-letni mężczyzna jest teraz oskarżony o gwałt i morderstwo. Gdy czyta się komentarze pod takimi doniesieniami, powtarza się jedno żądanie: przywrócić karę śmierci, zniesioną w 1995 roku. Czy to jednak powstrzymałoby tę falę przemocy? Nie sądzę. Ważniejsza jest chyba edukacja i wyrobienie w ludziach przeświadczenia, że zgłoszenie gwałtu zakończy się zatrzymaniem i skazaniem sprawcy. Do tego jednak trzeba sprawnej i odpowiednio przeszkolonej policji, do której ludzie mogliby mieć zaufanie. A do tego jeszcze niestety daleko...
środa, 5 marca 2014
Oscar Pistorius show
Mija trzeci dzień procesu Pistoriusa. Jak na razie jeszcze niewiele z niego wynika, ale pojawiło się już kilka kontrowersji. Pierwszym świadkem składającym zeznania w poniedziałek była Michelle Burger, ekonomistka z Uniwersytetu Pretoriańskiego, mieszkająca w tym samym kompleksie, co lekkoatleta. Burger zdecydowała się zeznawać w afrikaans, więc potrzebny był tłumacz na język angielski. Osoba, którą wybrano, w poniedziałek rano po prostu się nie pojawiła. Pogłoski mówią, że nie wytrzymał/a psychicznie, albo że pojawił/a się nie w tym sądzie, co trzeba. Naprędce znaleziono zastępcę, który niespecjalnie sobie radził. Tłumacz w sądzie raczej nie powinien pytać świadka, żeby coś powtórzył, bo on nie zrozumiał... Pani Burger nawet zaproponowała, że dokończy zeznanie po angielsku, ale są uznał, że powinna kontynuować w afrikaans. Obrońca Pistoriusa Barry Roux był absolutnie bezwględny i próbował zdyskredytować jej oświadczenie, m.in. to, że słyszała krzyki Reevy; podobno gdy Oscar krzyczy, jego głos jest bardzo wysoki i mógłby być uznany za kobiecy. Burger zachowała jednak spokój i zimną krew, co przysporzyło jej sporej popularności w mediach. Wystąpił jeszcze jeden zgrzyt związany w jej osobą, a mianowicie wbrew jej woli i wbrew nakazowi sądu, by nie pokazywać zeznających świadków, stacja eNCA zaprezentowała światu zdjęcie pani Burger. Przedstawiciele kanału tłumaczyli, że źle zrozumieli polecenie sądu i myśleli, że nie mogą transmitować wizerunku świadków tylko z sądu, a nie w ogóle. Sędzina zagroziła, że jeśli media nie będą stosować się do warunków im postawionych, sąd nie będzie się z nimi cackać i wyciągnie odpowiednie konsekwencje.
Dziś rano pierwszą wiadomością, na jaką trafiłam, była informacja, że niejaki Khalil Subjee, przywódca gangu 26s w więzieniu Kgosi Mampuru (do którego oskarżony może trafić), wydał następujące ostrzeżenie dla Pistoriusa: "Każdy, kto uważa, że można tu żyć jak król, dostanie w łeb. Jeśli Pistorius myśli sobie, że będzie prowadził życie wśród komputerów, komórek i luksusów, to niech wie, że nigdy tak nie będzie, póki ja tu jestem." Pan Subjee jest przekonany, że bogaci biali są traktowani dużo lepiej, niż pozostali więźniowie. Bardzo denerwuje go rasizm, więc kiedy w zeszłym tygodniu dwóch więźniów odsiadujących karę za zabójstwo Chrisa Haniego, Clive Derby-Lewis i Janusz Waluś (tak, tak, to nasz rodak zastrzelił tego charyzmatycznego przywódcę Umkhonto we Sizwe w 1993 r.) nazwało Mandelę małpą, Subjee zlecił jednemu ze swoich żołnierzy, by ich ukarał. Obaj zabójcy mają teraz pokiereszowane twarze (zaatakowano ich odpowiednio spiłowaną łyżką), ale żyją. Subjee ma też na oku dwóch delikwentów z tzw. Czwórki z Waterkloof. Wszyscy wyszli na wolność w zeszłym tygodniu po odsiedzeniu mniej więcej połowy z 12 lat kary pozbawienia wolności za śmiertelne pobicie bezdomnego w 2001 r. (mieli wtedy 15-16 lat). Jednak na You Tube pojawił się filmik pokazujący imprezę pożegnalną w więzieniu, na której najprawdopodobniej, oprócz telefonu, którym nagrano zdarzenie, był też obecny alkohol - czyli elementy teoretycznie zabronione w zakładzie karnym. Tylko dwóch z czterech członków grupy widać na filmie, więc tylko ta dwójka wraca do Kgosi Mampuru na kolejny rok. Ich historia to zresztą materiał na oddzielny wpis.
Wracając do Pistoriusa, w pierwszym dniu procesu ogłosił, że jest niewinny. Dziś analizowano incydent ze stycznia zeszłego roku z jednej z restauracji w Pretorii. Oscar spotkał się tam z kilkorgiem znajomych, między innymi bokserem Kevinem Lereną, który dziś zeznawał. Lerena opowiadał, jak jeden z obecnych, Darren Fresco, podał Pistoriusowi pod stołem broń, która wystrzeliła; kula wbiła się w podłogę tuż obok stopy Lereny. W rozmowie z właścicielami restauracji Fresco wziął wszystko na siebie, Pistorius nawet się nie odezwał.
Czytając komentarze pod prasowymi doniesieniami o sprawie dochodzę do wniosku, że większość ludzi jest przekonana o winie Pistoriusa i uważa, że niepotrzebnie robi się z tego procesu taki cyrk. Jak pisze wielu: jakkolwiek by na to wszystko patrzeć, była gwiazda lekkiej atletyki zastrzelił swoją dziewczynę w Walentynki w zeszłym roku i nic jej życia nie przywróci.
Dziś rano pierwszą wiadomością, na jaką trafiłam, była informacja, że niejaki Khalil Subjee, przywódca gangu 26s w więzieniu Kgosi Mampuru (do którego oskarżony może trafić), wydał następujące ostrzeżenie dla Pistoriusa: "Każdy, kto uważa, że można tu żyć jak król, dostanie w łeb. Jeśli Pistorius myśli sobie, że będzie prowadził życie wśród komputerów, komórek i luksusów, to niech wie, że nigdy tak nie będzie, póki ja tu jestem." Pan Subjee jest przekonany, że bogaci biali są traktowani dużo lepiej, niż pozostali więźniowie. Bardzo denerwuje go rasizm, więc kiedy w zeszłym tygodniu dwóch więźniów odsiadujących karę za zabójstwo Chrisa Haniego, Clive Derby-Lewis i Janusz Waluś (tak, tak, to nasz rodak zastrzelił tego charyzmatycznego przywódcę Umkhonto we Sizwe w 1993 r.) nazwało Mandelę małpą, Subjee zlecił jednemu ze swoich żołnierzy, by ich ukarał. Obaj zabójcy mają teraz pokiereszowane twarze (zaatakowano ich odpowiednio spiłowaną łyżką), ale żyją. Subjee ma też na oku dwóch delikwentów z tzw. Czwórki z Waterkloof. Wszyscy wyszli na wolność w zeszłym tygodniu po odsiedzeniu mniej więcej połowy z 12 lat kary pozbawienia wolności za śmiertelne pobicie bezdomnego w 2001 r. (mieli wtedy 15-16 lat). Jednak na You Tube pojawił się filmik pokazujący imprezę pożegnalną w więzieniu, na której najprawdopodobniej, oprócz telefonu, którym nagrano zdarzenie, był też obecny alkohol - czyli elementy teoretycznie zabronione w zakładzie karnym. Tylko dwóch z czterech członków grupy widać na filmie, więc tylko ta dwójka wraca do Kgosi Mampuru na kolejny rok. Ich historia to zresztą materiał na oddzielny wpis.
Wracając do Pistoriusa, w pierwszym dniu procesu ogłosił, że jest niewinny. Dziś analizowano incydent ze stycznia zeszłego roku z jednej z restauracji w Pretorii. Oscar spotkał się tam z kilkorgiem znajomych, między innymi bokserem Kevinem Lereną, który dziś zeznawał. Lerena opowiadał, jak jeden z obecnych, Darren Fresco, podał Pistoriusowi pod stołem broń, która wystrzeliła; kula wbiła się w podłogę tuż obok stopy Lereny. W rozmowie z właścicielami restauracji Fresco wziął wszystko na siebie, Pistorius nawet się nie odezwał.
Czytając komentarze pod prasowymi doniesieniami o sprawie dochodzę do wniosku, że większość ludzi jest przekonana o winie Pistoriusa i uważa, że niepotrzebnie robi się z tego procesu taki cyrk. Jak pisze wielu: jakkolwiek by na to wszystko patrzeć, była gwiazda lekkiej atletyki zastrzelił swoją dziewczynę w Walentynki w zeszłym roku i nic jej życia nie przywróci.
niedziela, 2 marca 2014
24 godziny z Oskarem Pistoriusem - codziennie
Południowoafrykańska telewizja kablowa DStv oraz niezależna platforma cyfrowa Platco odpalają odpowiednio dziś i jutro 24-godzinne kanały dedykowane procesowi Oskara Pistoriusa. Kanał 199 na DStv będzie transmitował poranne i popołudniowe podsumowania, a w międzyczasie najnowsze wiadomości i programy dokumentalne oraz komentarze i analizy. Drugi kanał, "Państwo vs Oscar Pistorius" (nr 119) od poniedziałku w godz. od 10 do 16 pokaże transmisję z sądu, która będzie powtarzana co 24 godziny. Inne stacje telewizyjne również mają nowe programy poświęcone wyłącznie procesowi Pistoriusa. Zeznania samego oskarżonego i świadków nie będą pokazywane.
Od tragicznych wydarzeń, w wyniku których zginęła partnerka Pistoriusa, Reeva Steenkamp, minął ponad rok. Sprawa lekkoatlety na nowo rozgrzewa opinię publiczną. Wszystkie te nowe kanały/programy mają pokazywać rzetelnie proces, a nie go tabloidyzować (tak się przynajmniej zarzekają). Chodzi rzekomo o obiektywne przedstawienie sytuacji i równie obiektywną analizę. Ale tak naprawdę wszyscy po prostu chcą wiedzieć, co będzie z Oskarem. Bo nikt nie wie, jaki będzie wynik procesu. Ostatnio pierwsze strony gazet opisywały film z Pistoriusem na strzelnicy, strzelającym do arbuzów i krzyczącym z radości na widok eksplozji tegoż owocu. Analitycy i różnego rodzaju specjaliści prześcigają się w domysłach, co i jak Oscar powie, a czego nie powie. Niektórzy ze 107 świadków złożyli skargę na międzynarodowe media, które nadmiernie ingerują w ich życie prywatne. Podobno Pistorius ma nową dziewczynę, 19-letnią studentkę, którą poznał na wakacjach w Mozambiku w grudniu. Prawnicy rodziny Reevy dementują pogłoski, jakoby jej ojciec miał doznać niedawno drugiego udaru mózgu. W tym tygodniu kilku funkcjonariuszy policji prowadzących śledztwo w sprawie Pistoriusa poleciało do USA na spotkanie z Apple, aby uzyskać dane z iPhone'a oskarżonego (podobno surfował on po stronach pornograficznych tej samej nocy, której zastrzelił Reevę). Proces Pistoriusa porównuje się do słynnej sprawy OJ Simpsona z 1995 roku, ale podkreśla się istotną różnicę: Simpson nigdy się nie przyznał do zabójstwa byłej żony (oraz kelnera Ronalda Goldmana). Podobieństwo sprowadza się głównie do tego, że oba procesy dotyczą popularnych sportowców, przyciągając ogromne zainteresowanie mediów i opinii publicznej.
Trudno przewidzieć, jak to się skończy. Od samego początku popełniono wiele błędów przy zbieraniu dowodów, a fakt, że Pistoriusa stać było na kaucję, również wywołał wiele dyskusji i kontrowersji, że nie jest traktowany jak każdy oskarżony, bo jest bogaty. Jutro zaczyna się chyba największy telewizyjny show w historii południowoafrykańskiej telewizji. Scenariusz jest jednak tajemnicą dla wszystkich.
Od tragicznych wydarzeń, w wyniku których zginęła partnerka Pistoriusa, Reeva Steenkamp, minął ponad rok. Sprawa lekkoatlety na nowo rozgrzewa opinię publiczną. Wszystkie te nowe kanały/programy mają pokazywać rzetelnie proces, a nie go tabloidyzować (tak się przynajmniej zarzekają). Chodzi rzekomo o obiektywne przedstawienie sytuacji i równie obiektywną analizę. Ale tak naprawdę wszyscy po prostu chcą wiedzieć, co będzie z Oskarem. Bo nikt nie wie, jaki będzie wynik procesu. Ostatnio pierwsze strony gazet opisywały film z Pistoriusem na strzelnicy, strzelającym do arbuzów i krzyczącym z radości na widok eksplozji tegoż owocu. Analitycy i różnego rodzaju specjaliści prześcigają się w domysłach, co i jak Oscar powie, a czego nie powie. Niektórzy ze 107 świadków złożyli skargę na międzynarodowe media, które nadmiernie ingerują w ich życie prywatne. Podobno Pistorius ma nową dziewczynę, 19-letnią studentkę, którą poznał na wakacjach w Mozambiku w grudniu. Prawnicy rodziny Reevy dementują pogłoski, jakoby jej ojciec miał doznać niedawno drugiego udaru mózgu. W tym tygodniu kilku funkcjonariuszy policji prowadzących śledztwo w sprawie Pistoriusa poleciało do USA na spotkanie z Apple, aby uzyskać dane z iPhone'a oskarżonego (podobno surfował on po stronach pornograficznych tej samej nocy, której zastrzelił Reevę). Proces Pistoriusa porównuje się do słynnej sprawy OJ Simpsona z 1995 roku, ale podkreśla się istotną różnicę: Simpson nigdy się nie przyznał do zabójstwa byłej żony (oraz kelnera Ronalda Goldmana). Podobieństwo sprowadza się głównie do tego, że oba procesy dotyczą popularnych sportowców, przyciągając ogromne zainteresowanie mediów i opinii publicznej.
Trudno przewidzieć, jak to się skończy. Od samego początku popełniono wiele błędów przy zbieraniu dowodów, a fakt, że Pistoriusa stać było na kaucję, również wywołał wiele dyskusji i kontrowersji, że nie jest traktowany jak każdy oskarżony, bo jest bogaty. Jutro zaczyna się chyba największy telewizyjny show w historii południowoafrykańskiej telewizji. Scenariusz jest jednak tajemnicą dla wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)