środa, 25 maja 2016

Zapraszam na nowy blog!

Drodzy Czytelnicy, jestem w Rwandzie od 5 dni. Internet w moim tymczasowym mieszkaniu nie jest rewelacyjny, ale da się wytrzymać. Udało mi się w miarę ogarnąć nowy blog, który będzie nie tylko o Rwandzie, ale też o Afryce w ogóle. Jest dwujęzyczny, angielsko-polski, czyli właściwie są to dwa blogi. Bardzo to czasochłonne, ale będę się starać, żeby były regularnie aktualizowane. Tutaj nie będę już publikować nowych wpisów, bo dostałabym roztrojenia jaźni ;-) Wpisy, które tu planowałam, pojawią się już na nowej stronie. Tak więc zapraszam na https://mariannainafricapl.wordpress.com/ oraz na fanpage na Facebooku: https://www.facebook.com/mariannainafrica/ Dziękuję, że byliście ze mną przez te kilka lat i wspieraliście moją twórczość na tym blogu, i mam nadzieję, że nowy Wam się spodoba! :-)  

wtorek, 12 kwietnia 2016

Afrykański bakcyl

Jestem w Londynie od trzech miesięcy i od jakichś dwóch tygodni nie ma dnia, bym nie myślała już bardzo intensywnie o powrocie do Afryki. Nie narzekam na nic specjalnie - mam tu wielu znajomych (również jeszcze z czasów studenckich), udało mi się znaleźć fajną pracę, chodzę na wystawy, do kina, w ogóle dużo chodzę ot, tak sobie (co w RPA było nie do końca takie oczywiste), odświeżam garderobę (wyprzedaże śródsezonowe!), i nawet delektuję się pogodą, która w sumie jest bardzo łaskawa (a obserwowanie prawdziwej wiosny też jest bardzo fajne, bo wygląda to jednak zupełnie inaczej, niż w RPA). A jednak wiem, że to nie moje miejsce. Na krótki okres tak, jak najbardziej, ale nie mogłabym tu mieszkać. I nie chodzi tylko o to, że to Londyn - nie mogłabym już po prostu mieszkać w żadnym wielkim mieście. Nawet Warszawa mnie przytłacza. Odzwyczaiłam się od wszechobecnych tłumów, hałasu, ludzi pędzących na łeb, na szyję, nie znajdujących czasu nawet na to, by spojrzeć na drugą osobę w metrze czy autobusie. Zasmakowałam w życiu na wolniejszych obrotach, w większej przestrzeni, w bezkresnych horyzontach, w bliższym kontakcie z naturą. Chcę już wracać do tego innego świata, słowem - złapałam afrykańskiego bakcyla i już się go nie pozbędę :-) To dość powszechna przypadłość i raczej nieuleczalna. Wielu ludzi, którzy raz postawili stopę na kontynencie afrykańskim, czuje nieodpartą chęć powrotu. Coś ich tam ciągnie - może inny zapach powietrza i ziemi, zwłaszcza po deszczu; może ludzie; może te wszystkie parki narodowe z dziką zwierzyną; może różnorodność i zaskoczenia, które czekają na każdym kroku i weryfikują nasze wyobrażenie o Afryce... A może wszystko to naraz. Przeczytałam właśnie kolejne dwie książki południowoafrykańskich autorów i choć obie są dość ponure (jedna to reportaż z posiedzeń Komisji Prawdy i Pojednania, a druga to powieść oparta na wydarzeniach z czasów apartheidu), to i tak zatęskniłam za tym pokręconym krajem :-) A przecież zaraz przeprowadzam do chyba jeszcze bardziej skomplikowanego państwa, i już nie mogę się doczekać. Afryka to kontynent kontrastów, który rozbudził we mnie pewnego rodzaju masochizm :-D Tyle rzeczy mnie tam bulwersuje, tyle frustruje, tylu rzeczy nie pojmuję, tyle po prostu mnie wkurza, ale jednak o wiele więcej dziwi i zachwyca. Dlatego chętnie pojadę tam znów się trochę pomęczyć, próbując pojąć rzeczy i ludzi, których pewnie i tak nigdy do końca nie zrozumiem, ale których obecność jakoś mnie wewnętrznie rozwija i zmusza do poszerzenia horyzontów myślowych. Do wyjazdu zostało niecałe 6 tygodni, odliczanie rozpoczęte :-)

sobota, 2 kwietnia 2016

Przyjaźń na emigracji

Nie odkrywam Ameryki stwierdzeniem, że wyjazd dokądś na dłużej weryfikuje nasze stosunki z ludźmi. Odległość ma na pewno wpływ na to, jak układają się nasze relacje z rodziną i znajomymi, i zazwyczaj okazuje się, że następuje w nich dość znacząca zmiana. Niekoniecznie na gorsze, ale na pewno jest wtedy inaczej. W Klubie Polki na Obczyźnie w kwietniu i maju polskie blogerki z całego świata piszą o przyjaźni właśnie. Jak to z nią jest na tej obczyźnie? Czy da się utrzymać przyjaźnie z Polski, zawrzeć nowe w nowym kraju? Interpretacja tematu jest dowolna, bo każdy człowiek ma przecież nieco inne pojęcie na ten temat. Dziś pora na moje przemyślenia :-)

Gdy wyjeżdżałam z Polski, zostawiałam za sobą rodzinę, fajną pracę (i cudownego szefa) oraz mnóstwo znajomych, bliższych i dalszych. To sporo. Wprawdzie mam w sobie gen samotnika (lubię, i potrafię, być sama ze sobą), to jednak na dłuższą metę bliskie kontakty z ludźmi są mi jednak potrzebne. Byłam więc ciekawa, i trochę się obawiałam, jak się odnajdę w tej nowej sytuacji. Na studiach miałam grupkę koleżanek, z którymi znajomość stopniowo się zacieśniała i do tej pory stanowimy paczkę. Jest nas sześć, po studiach nadal regularnie się spotykałyśmy, urodzinowo, na weselach, albo po prostu na kawę. Nie zawsze wszystkie mogły, jedna wyjechała od razu za granicę, ale jakoś się tak trzymałyśmy. I nadal się trzymamy, choć w pełnym gronie widzimy się rzadko. Każda z nas ma swoje życie, w różnych miejscach, ale jednak ta więź pozostała. Gdy przeniosłam się do RPA, bardzo częsty kontakt miałam z jedną z nich (którą mogę nazwać przyjaciółką właśnie; godzinami wisiałyśmy i nadal często wisimy na Skype'ie, odwiedziła mnie również w RPA, a potem dołączyła też z mężem do wyjazdu na Madagaskar). Z pozostałymi dziewczynami wymieniałam regularnie wiadomości na Facebooku, choć po jakimś czasie trochę ta korespondencja zwolniła, a w jednym przypadku całkiem zanikła, głównie dlatego, że akurat ta koleżanka z mediów społecznościowym po prostu prawie nie korzysta. Jednak kiedy po półtora roku nieobecności pojechałam na wakacje do Polski, nasze wspólne spotkanie było takie, jak dawniej, tylko trochę bardziej intensywne i przyprawione moimi opowieściami afrykańskimi :-) I wiem, że jak się znów wszystkie zobaczymy, to będę się czuła w tym towarzystwie swobodnie i na pewno nie zabraknie nam tematów do rozmowy. Z czasów studenckich mam jeszcze jedną przyjaciółkę, z którą dzieliłam mieszkanie i która jest mi bardzo bliska. Też już nie mieszka w Polsce od kilku lat, więc w realu widziałyśmy się w ostatnich czterech latach dwa razy (raz w RPA, bo też przyjechała do mnie). Na Skype'ie rozmawiamy sporadycznie, ale jak już nam się uda umówić, to siedzimy do później nocy i gadamy głównie o książkach :-) Wymieniamy też czasami smsy i maile. Do przyjaciółek zaliczam też koleżankę poznaną w pracy w Warszawie, która również niedawno wyemigrowała. Ona też pofatygowała się z wizytą do RPA, a potem z jeszcze jedną, tym razem do Namibii. Z nią z kolei komunikuję się bardzo często, ale na Facebooku. Na Skype'ie rozmawiałyśmy może ze dwa razy, jakoś lepiej nam wychodzi pisanie niż gadanie ;-) Mam więc trzy Przyjaciółki - to poważne słowo, bo oznacza kogoś więcej, niż dobrą koleżankę. To osoby, co do których mam pewność, że przyjdą mi z pomocą i wesprą, gdy znajdę się nad przepaścią. Nie oznacza to, że na pozostałe "dobre koleżanki" nie mogę liczyć, wręcz przeciwnie, nie sądzę, by mi odmówiły wsparcia. Ale po prostu te trzy dziewczyny są mi najbliższe z całego grona i czuję, że to właśnie do nich bym się zwróciła w momencie kryzysowym. Instynktownie wiem, że stanęłyby na głowie, by mi pomóc. Żeby jednak nie było nieporozumień - nie definiuję prawdziwej przyjaźni wyłącznie jako gotowości do udzielenia pomocy w potrzebie. To tylko jeden z aspektów. Najważniejsze jest bowiem zaufanie. Ja im po prostu ufam, wiem, że to, co im mówię, nie będzie użyte przeciw mnie, że nie powtórzą nikomu moich osobistych zwierzeń, że nie będą mnie oceniać, tylko wysłuchają, dadzą się wygadać, i jak je poproszę, to też doradzą, podzielą się swoim zdaniem. I to oczywiście działa również w drugą stronę. Uważam się za szczęściarę, bo pomimo odległości i faktu, że rzadko się widzimy, udało nam się utrzymać coś tak cennego.

No ale jak już jest się na tej obczyźnie, i chce człowiek wyjść na tę kawę czy spontanicznie wina się z kimś napić, poplotkować, pośmiać się, to trzeba jednak znaleźć jakieś towarzystwo na miejscu. Chyba, że wystarcza nam życiowy partner, ale mnie nie wystarcza, bo jednak na babskie pogaduchy go nie namówię ;-) W RPA trafiłam od razu do społeczności brytyjskich ekspatów, bo sama do niej należałam przez pracę T. Pracowałam w towarzystwie mieszanym, ale mieszkałam na osiedlu z kolegami i koleżankami z pracy oraz ich rodzinami, więc bliższa integracja była jak najbardziej możliwa (choć wcale niekonieczna, wiele osób nie chciało się zbyt blisko zaznajamiać i nikt im niczego nie narzucał. To było fajne, żadnego przymusu). Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie przyjechały do Pretorii dwie bezdzietne pary w podobnym wieku i zamieszkały w naszym kompleksie. Tak jak my po raz pierwszy znaleźli się w obcym kraju na dłużej. Dość szybko się zaznajomiliśmy i mogę teraz z czystym sumieniem powiedzieć, że to też są moi przyjaciele. W RPA jeździliśmy razem na wakacje, wychodziliśmy na imprezy, robiliśmy wspólne pikniki, poznaliśmy rodziców, rodzeństwo, znajomych, którzy przyjeżdżali w odwiedziny - po prostu spędzaliśmy razem dużo czasu i świetnie się dogadywaliśmy. Byłam ciekawa, jak to się przełoży na rzeczywistość po-RPA, gdy zaczniemy jedno po drugim stamtąd wyjeżdżać. Pierwsza para wyjechała w lipcu - spotkaliśmy się wtedy w Anglii na weselu drugiej pary, która z kolei opuściła RPA w listopadzie. Ja i T. byliśmy ostatni na placu boju. Ale nasz kontakt z pozostałymi wcale się nie urwał, a wręcz przeciwnie, nadal kwitnie. Nazwaliśmy się SA Gang (od South Africa) ;-) Mamy grupę o tej nazwie na WhatsApp, gdzie wysyłamy sobie różne wiadomości kilka razy w tygodniu i ustalamy kolejne spotkania. Dzielimy się naszymi sukcesami, porażkami, kibicujemy sobie w trudnych chwilach. Jedna z tych dwóch par przechodziła na przykład przez ogromnie stresującą procedurę in vitro i wspieraliśmy ich, jak tylko się dało (powiodło się na szczęście, będziemy wujkami i ciociami za miesiąc :-)). Wiemy o sobie wzajemnie całkiem sporo, wiemy, że możemy liczyć na pozostałych - nie tylko w kłopocie, ale też w zabawie i zwykłej przyjacielskiej rozmowie. Choć pochodzimy z różnych miejsc i wyrośliśmy w różnych realiach, połączyło nas doświadczenie życia w RPA. Gdy się spotykamy, jesteśmy w swoim własnym świecie, który tylko my rozumiemy, mamy swój własny język i wspólne wspomnienia. Zupełnie jak ja w towarzystwie moich psiapsiółek z Polski - jak się już rozgadamy, to osoby postronne chyba nic nie rozumieją z tej paplaniny ;-) 

Pewnie się jednak zastanawiacie, czy udało mi się zaprzyjaźnić z kimś z samej RPA? Odpowiedź brzmi krótko: nie. Zawrzeć sporo znajomości, owszem, udało się. Ale żadna nie jest na tyle bliska, by można było mówić o przyjaźni. Nawet nie wiem, czy nazwałabym to koleżeństwem, chyba właśnie "znajomość" najlepiej to oddaje, bo to relacje serdeczne, lecz powierzchowne. Z czego to wynika? Trudno powiedzieć, ale chyba głównie ze skomplikowanego charakteru południowoafrykańskiego społeczeństwa oraz z tego, że obracałam się w dość specyficznym towarzystwie. Ogromna większość moich współpracowników była czarna, pochodząca z różnych narodów, które zamieszkują ten kraj, a każdy ma swój język i kulturę (przypomnę, że jest tu 11 języków oficjalnych). Powiem bez ogródek: fakt, że jestem białą Europejką miał znaczenie. To w RPA po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, jak ważny jest mój kolor skóry. On, a także moje pochodzenie, w oczach wielu ludzi automatycznie stawiały mnie w pozycji uprzywilejowanej i oderwanej od ich rzeczywistości. I oczywiście, że byłam uprzywilejowana. Mieszkałam w ładnym dużym domu, którego utrzymanie nic mnie kosztowało. Miałam ubezpieczenie zdrowotne, które uprawniało mnie do korzystania z prywatnej kliniki za darmo albo za stosunkowo niewielką opłatę. Zarabiałam tyle samo, co inni lokalni pracownicy, ale to były pieniądze "na waciki", a nie na rachunki czy na utrzymanie całej rodziny. Mogłam sobie więc pozwolić nie tylko na podróże, dobre jedzenie i wino, ale także na oszczędzanie. Wiem jednak, że byłam lubiana, nikt nigdy nie sprawił mi przykrości ani nie powiedział złego słowa. Ba, udało mi się nawet namówić kilkoro kolegów i koleżanek na otwartą dyskusję o wyborach prezydenckich - to był mój mały sukces, bo z Brytyjczykami nie chcieli się dzielić swoimi poglądami politycznymi, a ze mną usiedli przy jednym stole. Po części to chyba dlatego, że zawsze podkreślałam, iż dobrze zdaję sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej pozycji i jestem za nią po prostu wdzięczna losowi. Mówiłam też otwarcie o tym, jak bardzo się cieszę, że mogę w tym kraju mieszkać, że mogę się tyle nauczyć o życiu w innej kulturze, poznać trudną historię RPA, i zobaczyć tyle pięknych miejsc. Często moje szczere zachwyty budziły zdumienie, pozytywne, ale jednak. Ludzie chcieli wiedzieć, dlaczego tak mi się tam podoba, co jest w ich ojczyźnie takiego wspaniałego. I tak sobie często fajnie gawędziliśmy, i niejednokrotnie okazywało się, że mieszkańcy RPA w sumie mało wiedzą o tym, jak niezwykle piękny i ciekawy jest ich kraj. Ale miałam też wrażenie, że traktowano mnie trochę inaczej, bo choć jestem biała i z Europy, to jednak nie z kraju byłego kolonizatora, tylko z ojczyzny Lecha Wałęsy, którego wiele osób wspominało z uznaniem jako tego, który był dla nich inspiracją w czasach apartheidu. Więc tu mieliśmy jakiś punkt wspólny, dwa narody o mocno pokręconej historii, walczące całkiem niedawno o wolność, niby tak odległe, a sporo podobieństw się znalazło. Jednak społeczeństwo RPA jest nadal bardzo podzielone samo w sobie. W pracy było to najlepiej widać w porze lunchu, gdy Tswana siedzieli w swoim gronie, Sotho w swoim, Venda w swoim, a ci spoza RPA (z Kenii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Ugandy) gdzieś z boku. Niektórzy Brytyjczycy próbowali się przyłączać, ja też, ale ostatecznie jakoś się to rozpływało i wszystko prędko wracało do poprzedniego porządku. To jest trudny temat i na pewno jakieś mądre socjologiczne i kulturoznawcze głowy już go profesjonalnie opisały. Ja mogę jedynie mówić o własnym doświadczeniu życia przez niecałe 4 lata w Pretorii, mieście mocno osadzonym w kulturze afrykanerskiej, i pracy w brytyjskiej ambasadzie. Dość powiedzieć, że choć na imprezach w pracy dobrze się wszyscy wspólnie bawiliśmy i wydawało się, że się lubimy i kumplujemy, to jednak nigdy nie byłam u nikogo w domu. Tylko jedna dziewczyna swobodniej się z nami, europejskimi białasami, integrowała, ale ona akurat była Kolorowa i z Kapsztadu, więc też trochę outsiderka w tym pretoriańskim świecie. Co ciekawe, Afrykańczycy z innych krajów kontynentu, czy czarnoskórzy Brytyjczycy też niespecjalnie się w RPA odnajdują (pisałam o kilku takich przypadkach w serii Portrety)...

Mogłabym tak pewnie jeszcze długo dywagować, snuć teorie i rozważania, ale nie wiem, czy doszłabym do jakichkolwiek satysfakcjonujących wniosków. RPA to fascynujący kraj, gdzie nic nie jest jednoznaczne. Mnie się to akurat zawsze podobało, bo zmuszało mnie do myślenia, analizowania, czytania, pytania, rozmawiania. Nic tu nie jest czarno-białe (haha), wszystko zależy od tego, z kim się rozmawia, z jakiego regionu ta osoba pochodzi, jaki jest kolor jej skóry, ile ma lat, jakiej jest narodowości, gdzie my sami przebywamy, jak długo, w jakim gronie... Głowa może rozboleć, ale nudno na pewno nie jest :-) A poza tym - pokażcie mi kraj, który można łatwo zrozumieć ;-) 

Podsumowując jednak temat przewodni - mam szczęście, bo nie tylko udało mi się utrzymać przyjaźnie jeszcze z Polski (co nie byłoby możliwe bez wysiłków również ze strony psiapsiółek oczywiście), ale znalazłam także wspaniałych przyjaciół w RPA. W sumie to chyba nie jest ważne, jakiej są narodowości. Po prostu znaleźliśmy wspólny język, mamy podobne poczucie humoru i zainteresowania, dobrze nam ze sobą. Ważne, żeby się tym cieszyć i to pielęgnować :-) 

czwartek, 10 marca 2016

Zima w RPA - jak wygląda i jak ją przetrwać?

Na północnej półkuli wiosna tuż tuż (a gdzieniegdzie już przyszła), a po drugiej stronie globu ludzie witają jesień - co oznacza, że zima za pasem! Wielu osobom się wydaje, że Afryka to głównie dżungla albo pustynia, więc jest gorąco, a przecież to ogromny kontynent, kilka stref klimatycznych, i zima jak najbardziej się tam pojawia, tyle że poniżej równika ma to miejsce w czerwcu :-) Spędziłam w RPA cztery zimy, głównie w Pretorii i regionie północno-wschodnim, więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że BYWA NAPRAWDĘ ZIMNO. A nawet śnieg się zdarza, choć podczas mojego pobytu tylko raz, 7 sierpnia 2012 roku, i było to wiekopomne wydarzenie. Otóż w Johannesburgu i Pretorii tenże śnieg spadł po raz pierwszy od ponad 30 lat! Z mojego punktu widzenia reakcja kolegów i koleżanek z pracy była dość komiczna. Siedzieliśmy jak zwykle wpatrzeni w monitory, gdy nagle nastąpiło pewne poruszenie. Ludzie zaczęli się zrywać z krzeseł i pędem udawali się na patio. Z kolegami Brytyjczykami popatrzyliśmy na siebie lekko skonfudowani, i dopiero rzut oka na okno wyjaśnił sytuację. Za nim kłębił się rozradowany tłum, łapiący drobniutkie płatki śniegu na języki i w ogóle skaczący i piszczący jak dzieci. Totalne szaleństwo ;-) Zdjęcie poniżej zrobiła tego dnia moja koleżanka z pracy na polu golfowym w Pretorii - jak widać, warunki pogodowe nie przeszkodziły pasjonatom tego sportu w rozegraniu rundki. 



Zabawne jest to, że trzy dni wcześniej pogoda wyglądała tak, znajoma miała urodziny i poszliśmy do parku na piknik. Chłopaki grali w boules, reszta konsumowała ciasta i inne frykasy :-)


W Johannesburgu śniegu spadło więcej i utrzymał się kilka godzin dłużej (tak, topniał błyskawicznie, bo aż tak zimno nie było). Poniższy filmik jest bardzo fajny, przy okazji możecie dokładnie zobaczyć, jak wygląda centrum miasta :-)


Śnieg pada regularnie w wielu regionach RPA, zwłaszcza w Drakensbergu (czyli Górach Smoczych) i na zachodzie kraju, tylko popatrzcie na te fotki!

Źródło
August 2006 Caledonspoort courtesy of Zania Collin
Źródło
Źródło
W Królestwie Lesotho znajduje się nawet kurort zimowy Afriski. Jako że leży on na wysokości 3050 m n.p.m., śnieg jak najbardziej się tam pojawia, choć zazwyczaj i tak stosuje się sztuczne naśnieżanie. W ubiegłym roku w czerwcu burza śnieżna wywołała sporo radosnych emocji wśród fanów sportów zimowych z RPA - zdjęcia możecie zobaczyć tutaj. RPA też ma swój kurort o uroczej nazwie Tiffindell, gdzie wprawdzie również zaczyna się od sztucznego śniegu i na nim głównie polega, ale od czasu do czasu ten prawdziwy też dodaje coś od siebie ;-)

Natomiast w Pretorii zima to pora sucha. Mniej więcej od końca kwietnia do połowy września nie pada, oprócz jednej czy dwóch burz w lipcu czy sierpniu. Poza tym codziennie jest tak samo: bezchmurne niebo. Strasznie, prawda? ;-) Jednak nie jest aż tak różowo. Po pierwsze, jako że miasto to leży na wysokości ok. 1300-1400 m n.p.m., gęstość powietrza jest już trochę mniejsza i wiele osób to odczuwa, zwłaszcza jeśli mieszkało się wcześniej na nizinach. (Ja przez pierwsze trzy miesiące czułam się ciągle zmęczona, a przy próbie biegania myślałam, że po kilku minutach wypluję płuca. Potem się już przyzwyczaiłam, choć bardziej intensywny wysiłek fizyczny nadal męczył mnie dużo szybciej, niż na przykład w Warszawie.) Gdy do tego przez kilka tygodni nie pada, robi się po prostu bardzo, bardzo sucho. Wszystko zaczyna się elektryzować, zwłaszcza mój kot miał trudne przejścia, bo od głaskania aż iskry leciały! ;-) Skóra jest wysuszona, cały czas chce się pić, oczy pieką, wysycha śluzówka w nosie, sporo osób ma problemy z egzemą. Ale choć bywa to uciążliwe, nie jest to wcale wysoka cena za piękną słoneczną pogodę codziennie, przez co najmniej 4 miesiące :-D 

Jeśli chodzi o temperaturę, to też źle nie jest - nad ranem bywają przymrozki, ale w związku z tym, że zawsze jest słonecznie, to powietrze szybko się nagrzewa i tak po godzinie 10 jest już nawet 20 stopni :-) Ale to nie do końca takie samo 20 stopni, jakie znamy z Polski. Ja odczuwałam tę temperaturę jako dużo niższą, niż wskazywał termometr, a poranny chłód przenikał aż do szpiku kości. To przez tę wysokość i suchość powietrza jest ono dużo bardziej rześkie i chłód bardziej daje się we znaki. Tak więc rano, wychodząc do pracy, owijałam się w gruby sweter, zakładałam nawet kozaki (skoro już były, zakupione jeszcze w Polsce, to chciałam chociaż kilka razy w nich poparadować!), ale że w ciągu dnia robi się cieplej, to najlepiej ubierać się na cebulę, żeby się potem nie ugotować. Lokalsi mają nieco inny próg odczuwania zimna. Widok moich koleżanek i kolegów w puchowych kurtkach, wełnianych czapkach, rękawiczkach, siedzących w takim ubraniu przy biurku, z grubym kocem na kolanach i ogrzewaniem dmuchającym z klimatyzatorów na pełnych obrotach - bezcenny ;-) Fakt, że wielu z nich wcześnie wstawało, by dojechać do pracy pociągiem czy minibusem-taksówką, ale w biurze jednak było dobre 25 stopni :-D

W pierwszym roku nie doceniliśmy jednak tego południowoafrykańskiego zimna. Wybraliśmy się w lipcu na weekend pod namiot do Parku Narodowego Marakele w prowincji Limpopo, 2,5 godziny jazdy samochodem z Pretorii. Mieliśmy jeszcze wtedy tylko podstawowy sprzęt kempingowy, który wprawdzie dobrze się spisał podczas spływu Krutynią w lipcu, ale po tej wycieczce do Marakele pojechaliśmy od razu do sklepu kupić duży namiot, porządne krzesła, materace, stolik, i wiele innych rzeczy, bez których na kempingu w RPA wygląda się po prostu jak biedny turysta z Europy :-D Dzień był piękny i słoneczny, ale gdy stawialiśmy nasz dwuosobowy namiocik, nasi sąsiedzi patrzyli na nas jak na wariatów ze swoich przyczep kempingowych i wielkich namiotów pełnych wszelkich udogodnień (na przykład anten satelitarnych czy... grzejników). Zrozumieliśmy ich, jak tylko zaszło słońce i temperatura spadła tak gwałtownie, że ledwo nadążałam z nakładaniem na siebie kolejnych warstw. Grzaliśmy się trochę przy ognisku po upieczeniu mięsiwa, ale w pewnym momencie już nie dało rady wysiedzieć w tym zimnie - postanowiliśmy więc iść spać, po uprzednim szybkim opłukaniu naczyń i wstawieniu ich, jeszcze mokrych, do bagażnika. W nocy właściwie nie zmrużyłam oka, było mi tak zimno, pomimo zimowej kurtki, wełnianej czapki, rękawiczek, ciepłego śpiwora... Mój równie zmarznięty mężczyzna wyglądał tak i nadal się trząsł (a do zmarzlaków nie należy, choć czapka z Wilna się przydała tym razem! :-))




Rano odkryliśmy, że naczynia do siebie przymarzły, musieliśmy je wystawić na słońce, żeby lód się rozpuścił. Ale już ok. godziny 9 zaczęłam ściągać z siebie poszczególne warstwy ciuchów i wkrótce wystarczył już tylko podkoszulek. Nie mogę jednak powiedzieć, że na kolejną noc czekałam z niecierpliwością... Jakimś cudem udało mi się nie przeziębić, ale postanowiliśmy, że wyjazd pod namiot w zimie to nie najlepszy pomysł ;-) Lepiej zatrzymać się w ogrzewanym domu, jak na przykład tutaj w prowincji Free State, niedalego granicy z Lesotho, gdzie z przyjaciółmi urządziliśmy sobie "Christmas in July", czyli Boże Narodzenie w lipcu. Jak się siedzi przy kominku, okutanym w koc, z kubkiem grzanego wina własnej roboty, atmosfera jest zdecydowanie bardziej świąteczna niż w grudniu, czyli w środku lata :-)





Bardzo przyjemnie wspominam zimę w Durbanie. Pojechałam tam na festiwal filmowy, który odbywa się w lipcu (pisałam o tym wyjeździe tutaj). Pogoda jest wtedy wspaniała, też słonecznie, ale dużo cieplej, zwłaszcza wieczorem, i nie tak sucho, jak w Pretorii dzięki bryzie od Oceanu Indyjskiego. Na promenadzie przy plaży spaceruje się w klapkach i szortach :-) 

 

Jest chyba tylko jedna rzecz, która mnie irytowała podczas pretoriańskich zim. A mianowicie - mrówki. Na co dzień mieszkały sobie głównie w ogródku, choć przeżarły nam też większość drewnianych listw przypodłogowych w salonie, ale jakoś specjalnie po samym domu się nie panoszyły (chyba że nad trupem jakiegoś karalucha czy gekona, którego upolował w ogrodzie mój kot i którego rozbebeszone szczątki walały się na podłodze - mrówkom byłam wtedy bardzo wdzięczna za bardzo szybkie sprzątanie, bo zgarniały wszystko w okamgnieniu ;-)). Natomiast naszą pierwszą zimę zapamiętałam dobrze, bo nagle w maju zaczęłam znajdować mrówki we wszystkich szafkach w kuchni. Było ich mnóstwo, łaziły po podłodze, blatach, pakowały się do czajnika, więc nie wiem, ile ich ugotowałam niechcący, zamieszkały w cukrze i innych produktach - nie mogłam sobie dać z nimi rady, bo nie wiedziałam, skąd właściwie wychodzą i dokąd niosą te wszystkie okruszki. Znajomi polecili mi wtedy pewną trutkę... Zielony, plastikowy pojemnik, który ją zawiera, stawia się na trasie, którą przemierzają mrówki. W pewnym momencie one ją wyczuwają i traktują jako coś zjadliwego, co można zabrać do gniazda. Dosłownie po godzinie czy dwóch już cały legion ładował się do tego pojemnika i nosił zawartość w tę i z powrotem. Patrzyłam na to zafascynowana. Trutka działa tak, że mrówki się duszą, więc zaczynają tabunami wyłazić ze swoich gniazd, ale na próżno, bo natychmiast umierają (przynajmniej nie męczą się długo...) I tak odkryłam, że u mnie zalęgły się w... kontaktach i pęknięciach w fugach! 


Z jednej strony naprawdę szkoda mi było tych setek pracowitych mrówek, które po prostu zbierały zapasy na zimę, ale z drugiej jest ich taka masa, że wymordowanie tych kilku gniazd w moich ścianach nie wyrządziło specjalnej szkody krajowej populacji mrówek... A przez resztę pobytu miałam już spokój, oprócz jeszcze jednej inwazji w zeszłym roku. Wchodzę do sypialni, a tu spora część białej ściany jest czarna i się rusza... Mrówki, większe niż poprzednio, i skrzydlate, tym razem zadomowiły się w klimatyzatorze! Wychodziłam właśnie do pracy, więc nie miałam za wiele czasu - spryskałam je po prostu sprayem na owady, a po powrocie skorzystałam z odkurzacza...

Podsumowując - zima w RPA może nie jest szczególnie sroga, ale bywa uciążliwa (w Kapsztadzie zwłaszcza, gdzie pada wtedy horyzontalny deszcz i strasznie wieje, choć na własnej skórze tego nie doświadczyłam - między majem a październikiem wybierałam inne kierunki na wyjazdy ;-)). Jednak i tak dla mnie, która nie znosi zimna i nie przepada za śniegiem, za to uwielbia słońce i bezchmurne niebo, była to najlepsza wersja tej pory roku, z jaką się dotąd zetknęłam :-)

*Wpis powstał w ramach lutowo-marcowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie - mój poprzedni, troszkę straszny, znajdziecie tutaj :-) Wczoraj trochę się bała Diana z z Wielkiej Brytanii, jutro straszyć albo rozśmieszać (a może jedno i drugie!) będzie Agnieszka z Francji!

niedziela, 6 marca 2016

Damon Galgut "Dobry lekarz" ("The Good Doctor")

Damon Galgut zapałał miłością do opowieści w dzieciństwie, które spędził głównie w szpitalach: gdy miał 6 lat, zdiagnozowano u niego raka. Odwiedzająca go rodzina czytała mu różne historie, by choć trochę umilić mu czas. Zadebiutował w wieku 17 lat powieścią "A Sinless Season". Jego kolejne książki zdobywały coraz szersze grono czytelników, ale dopiero "The Good Doctor" przyniósł mu sławę na większą skalę. Książka nominowana była do nagrody Bookera w 2003 roku, a w 2004 zdobyła Commonwealth Writer's Prize za najlepszą książkę w regionie afrykańskim. 

The-Good-Doctor  Okładka książki Dobry lekarz

Głównym bohaterem i narratorem powieści jest doktor Frank Eloff, pracujący w niemal opustoszałym szpitalu w południowoafrykańskiej wiosce. Pewnego dnia pojawia się w nim nowy lekarz - Laurence Waters, młody, niedoświadczony, pełen pomysłów na to, jak rozszerzyć działalność placówki. Zostaje współlokatorem Franka i wydaje mu się, że znalazł w nim przyjaciela i sojusznika. Jednak rzeczywistość jest mniej różowa. Dla Franka, pojawienie się Laurence'a narusza rytm jego monotonnego, pozbawionego bliskiego kontaktu z ludźmi życia. 

Laurence jest "czysty", naiwnie wierzy w lepszą przyszłość, jest szczery, otwarty, pełen nadziei, trochę naiwny. Nie widzi w związku z tym, że Frank jest w dużej mierze jego przeciwieństwem: pogrążony w marazmie, nie sili się już na nic, bo nie odczuwa takiej potrzeby ani nie wierzy, że to cokolwiek zmieni. Jest w trakcie rozwodu z żoną, luźny związek z kobietą z wioski, o którym nie wie nikt, poza nimi dwojgiem, kończy się dość dramatycznie, do tego powracają demony z przeszłości, gdy był w wojsku... Taka wegetacja w buszu, z dala od wszystkiego, zupełnie mu odpowiada, by się odciąć od pełni życia. Laurence mu w tym przeszkadza. Chce reaktywować działalność niemal opuszczonego szpitala, zaangażować lokalną społeczność, i właśnie we Franku upatruje sobie sprzymierzeńca. Niestety, bez wzajemności... 

Kontrast między dwoma głównymi bohaterami to oczywiście wizja autora dotycząca "starej" i "nowej" RPA. Mnie uderzyło przede wszystkim to, że Frank wie o Laurence'ie niemal wszystko, jednak sam ukrywa przed młodym lekarzem większość informacji o sobie. Frank jest cynikiem, niczego już nie oczekuje, poddaje się sennemu rytmowi codzienności, nie chce się w nic angażować i nikt go już specjalnie nie obchodzi. Z kolei Laurence, młody idealista, zapaleniec, od razu rzuca się w wir pracy, chce wprowadzać zmiany, poprawiać, ulepszać, integrować się z mieszkańcami wioski, poznawać ich potrzeby. Od początku da się wyczuć, że nie skończy się to dobrze. Widmo klęski i jakiejś tragedii wisi nad bohaterami niemal od pierwszej strony. Cała ta krótka powieść przesiąknięta jest atmosferą niepowodzenia i braku porozumienia. To przygnębiający obraz kraju, w którym wszystko po prostu jakoś się toczy, ale bez specjalnego planu, a nowe wciąż przegrywa ze starym.

Postać Franka jest bardzo niejednoznaczna. Wiele z jego uczynków jest niespecjalnie chwalebnych, niektóre są wręcz nikczemne, ale jego skomplikowana natura sprawiała, że raz go nie znosiłam, a za chwilę mu współczułam. Co do Laurence'a, to poznajemy go wyłącznie z punktu widzenia Franka, więc jego obraz jest trochę zacieniony. Niemniej jednak da się wyczuć, że nawet Frank pała do niego niechętną, ale jednak sympatią. I wie, że ten szpital, ta wioska, to nie miejsce dla kogoś takiego, jak Laurence: młodego, ambitnego wizjonera, po prostu - dobrego lekarza. 

Książka Galguta, choć krótka, zapada w pamięć. Przeczytałam ją prawie 2 miesiące temu, w międzyczasie sięgnęłam po kilka innych książek, a jednak obrazy przedstawione w "Dobrym lekarzu" wciąż są świeże w moim umyśle. Może dlatego, że jest to opowieść o tym, jak pojawienie się drugiego człowieka w naszym życiu może je diametralnie zmienić. To także metafora podzielonego kraju, gdzie na zgliszczach wciąż nie udało się zbudować niczego stałego, gdzie kontakty międzyludzkie są powierzchowne, a mieszkańcy nie rozumieją się wzajemnie - ani pod względem kulturowym, ani językowym. To także opowieść o przyrodzie, która bezwzględnie pochłania dzieło człowieka, męczy spiekotą i kurzem. Lecz choć mało radosna to lektura, polecam jej przeczytanie, szczególnie tym, którzy doceniają prozę J.M. Coetzee. Galgut jest do niego porównywany, i choć moim zdaniem nie do końca mu jeszcze dorównuje, to jednak jest zdecydowanie wartym uwagi współczesnym pisarzem południowoafrykańskim.

środa, 10 lutego 2016

Jozi, eGoli, Miasto Złota...

...Johannesburg. Kojarzy Wam się to miasto z czymś szczególnym? Może z filmem "Dystrykt 9"? ;-) Może zawsze się Wam wydawało, że to stolica RPA? Albo kojarzycie to miasto z wysoką przestępczością? Ja od początku byłam go ciekawa, ale trochę czasu mi zajęło, żeby odkryć jego uroki. Okazuje się, że to bardzo intrygujące miasto, choć na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie mało przyjaznego molocha. Warto więc wybrać się na zwiedzanie z kimś, kto potrafi pokazać zarówno jego najciekawsze zakątki, jak i historię, która jest bardzo nietypowa. Polecam dwie opcje: czerwony autobus turystyczny City Sightseeing Tours oraz piesze wycieczki z sympatycznym przewodnikiem Geraldem Garnerem z Joburg Places (który wydał również kilka książek o Johannesburgu). Dzieliłam się kilkoma fotografiami z różnych wypadów do tego miasta na Instagramie, ale czas chyba też co nieco napisać!

Po pierwsze - Johannesburg NIE JEST stolicą RPA. Kraj ten ma ich aż trzy, ale akurat to miasto na tej liście się nie znajduje: Pretoria to stolica administracyjna (siedziba prezydenta), Kapsztad - ustawodawcza (tam mieści się parlament), a Bloemfontein - sądownicza. Natomiast Johannesburg jest największym miastem i centrum biznesowym RPA. Mieszka tu ok. 4 milionów ludzi, choć szacunki są różne, zależnie od tego, jaki obszar bierze się pod uwagę. Liczby wahają się więc od ok. 1 miliona w samym mieście po nawet 6 milionów w tzw. obszarze metropolitarnym. Jest to też największe miasto na świecie, które nie leży nad rzeką, jeziorem czy morzem. Tak naprawdę powstało w najmniej odpowiednim do zasiedlenia miejscu, z dala od jakiegokolwiek większego źródła wody, na wysokości 1700 m n.p.m., z dala od wszystkiego... Kiedy i dlaczego? Bardzo niedawno, bo dopiero pod koniec XIX wieku, i z powodu złóż złota, które tu odkryto.

Gorączkę złota w regionie Witwatersrand zapoczątkowało odkrycie tego kruszca przez Jana Gerritza Bantjes w czerwcu 1884 roku. Wieść rozniosła się po świecie z szybkością błyskawicy i wkrótce tysiące poszukiwaczy złota z Australii czy Kalifornii przeniosło się do Afryki Południowej, by tu w końcu znaleźć fortunę. Tak oto w 1886 roku powstało miasto, którego nazwa oznacza po prostu "miasto Johannesa". Nie wiadomo jednak do końca, o jakiego Johannesa czy może Johanna chodziło, bo to w tamtych czasach było bardzo popularne imię i wiele ważnych postaci z historii RPA je nosiło. Nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat, gdyż w pewien letni, burzowy wieczór wichura porwała namiot komisarza, który przybył, by oficjalnie poinformować tłum poszukiwaczy złota, że oto powstanie tu miasto. Wraz z namiotem w dal pofrunęły też plany i wszelkie instrukcje budowlane, postanowiono więc pominąć zwyczajowe rządowe procedury, a decyzje dotyczące nowej miejscowości pozostawiono inspektorowi o nazwisku Johann Rissik. To właśnie on oraz wiceprezydent Republiki Transwaalu Christiaan Johannes Joubert zostali wysłani na tereny nowych złóż złota, by ocenić, w którym miejscu powinno powstać miasto. Możliwe więc, że to od ich imion wzięła się jego nazwa.


Tak było na początku... (źródło)
... a w 1887 r. , czyli rok od oficjalnego założenia, było już tak! (źródło)

Miasto rozrastało się szybko, już w pierwszym roku istnienia powstała giełda, założono pierwszą gazetę, zbudowano kościół i teatr. W 1896 roku mieszkało tu już ponad 100,000 osób! Rosły jednak napięcia między Brytyjczykami, ówczesnymi kolonizatorami, a burskim rządem z Pretorii. Skończyło się to drugą wojną burską, która toczyła się od 1899 do 1902 roku. W tym czasie wielu afrykańskich górników opuściło Johannesburg, a na ich miejsce właściciele kopalni sprowadzili siłę roboczą z Chin. Po wojnie Afrykańczycy wrócili, ale wielu Chińczyków pozostało w nowym kraju. Obecnie RPA ma największą chińską diasporę na kontynencie, a zdecydowana większość mieszka właśnie w Johannesburgu.

Z tego wczesnego Miasta Złota zostało niewiele. Zostało bowiem gruntownie przebudowane, począwszy od lat 30. XX wieku. Drapacze chmur zaczęły się pojawiać w latach 40., a gdy w 1948 roku władzę przejęła Partia Narodowa i wprowadziła w życie doktrynę apartheidu, zaczęto także budować wokół wielkich miast tzw. townships, czyli dzielnice dla nie-białych mieszkańców. Tak powstało Soweto, w południowo-zachodniej części Johannesburga, które obecnie liczy sobie ponad milion mieszkańców.


Johannesburg w latach 30. XX wieku (źródło)

Jozi (bo tak pieszczotliwie mówi się na to miasto) przeżywał rozkwit aż do lat 80. Wtedy zaczął podupadać, głównie z powodu izolacji RPA na arenie międzynarodowej. Segregacja rasowa sprawiła, że coraz więcej zagranicznych inwestorów zaczęło się wycofywać z kraju. Skutki tego widać do dziś, gdyż wiele budynków z tamtego okresu w tzw. CBD (Central Business District) nadal stoi pustych i niszczeje. Sporo jest też kontrastów - nowoczesne szkło i metal obok rozpadających się ruder. Ale też inwestuje się mnóstwo pieniędzy w rewitalizację i Johannesburg znów kwitnie. Ilość fajnych restauracji, klubów, galerii, a także różnych wydarzeń kulturalnych i rozrywkowych może przyprawić o zawrót głowy! Poza tym z architektonicznego punktu widzenia to też chyba jedno z najbardziej szalonych miejsc na świecie ;-) Oto jak wygląda dzisiaj:

Widok z Carlton Centre

A to Carlton Centre - najwyższy biurowec Afryki, otwarty w 1973 roku. Wjeżdża się na najwyższe, 50. piętro, z którego można podziwiać panoramiczne widoki Johannesburga. Powoli znów zapełnia się biurami, choć na zewnątrz wygląda dosyć upiornie...

Most Nelsona Mandeli
Widok ze Wzgórza Konstytucyjnego
Sąd Konstytucyjny



O szczegółach pieszych wycieczek po Johannesburgu oraz objazdówki autobusem turystycznym już innym razem :-)

wtorek, 2 lutego 2016

Zjawy, trupy, demony i potwory, czyli co straszy w RPA ;-)

Jak chyba każde miejsce na ziemi, RPA ma swoje straszne historie: o duchach, nawiedzonych miejscach czy okrutnych morderstwach. Wiele z nich jest głęboko zakorzenionych w licznych kulturach, które znajdziemy w tym kraju; inne mają swoje źródło w stosunkowo niedawnych wydarzeniach i nadal oddziałują na wyobraźnię. W Klubie Polek na Obczyźnie w lutym i marcu codziennie dzielimy się, na zmianę, pomysłami na to, jak przetrwać zimę (zajrzyjcie do Białego Małego Tajfuna z Kunmingu w Chinach, która wczoraj pisała, jak marznie tam okrutnie, choć zimy nie są wcale srogie!) oraz opowieściami przerażającymi lub śmiesznymi z naszych rejonów. Oto kilka najpopularniejszych południowoafrykańskich legend, zjaw i paskudnych postaci :-) 

1. Każdy chyba słyszał kiedyś o Latającym Holendrze, prawda? Legenda o tym statku-widmie wywodzi się z XVII wieku, kiedy w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei rozbił się okręt pod dowództwem holenderskiego kapitana Hendrika Van der Decken. Według podań rozpętał się sztorm i załoga domagała się, by jak najszybciej zawinąć do leżącej nieopodal Zatoki Stołowej, ale krewki kapitan uparł się, że opłynie Przylądek pomimo szalejącej burzy. W furii wyrzucił nawet za burtę przywódcę buntu załogi. Różne są wersje tego, co nastąpiło później. Według jednej, kapitanowi objawiła się anielska postać, której on nie tylko jednak nie uczcił, ale wręcz wystrzelił do niej z pistoletu. W odpowiedzi usłyszał, iż on i jego załoga nigdy nie zaznają spokoju i będą żeglować po wsze czasy, przynosząc nieszczęście wszystkim napotkanym na swojej drodze. Z kolei w najbardziej znanej adaptacji legendy, gotyckiej powieści "Okręt widmo" Fredericka Marryata, kapitan przysiągł na relikwie Krzyża świętego swojej żony, bluźniąc przy tym straszliwie, że opłynie Przylądek choćby miał żeglować "do sądnego dnia". I Bóg go wysłuchał ;-) Odtąd Latający Holender dryfuje po oceanach, a spotkanie go to zły omen, który doprowadza do tragedii.


The Flying Dutchman, Charles Temple Dix 
Historia o Latającym Holendrze przetrwała stulecia i nie tylko inspiruje artystów (na jej podstawie Wagner napisał słynną operę, wspomniany Marryat popularną powieść, nie wspominając o autorach licznych obrazów, filmów, jak "Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka", komiksów, czy piosenek), ale też wciąż intryguje, gdyż doniesienia o tajemniczym statku, wyglądającym jak galeon i otoczonym dziwną poświatą, pojawiają się aż do XX wieku. Najbardziej znanym świadkiem tego widoku jest chyba brytyjski książę Jerzy, który później został królem Jerzym V. Miało to miejsce w 1881 roku u wybrzeży Australii. Książę Jerzy twierdził, że widział statek bardzo wyraźnie, a marynarz, który spostrzegł go pierwszy, następnego dnia spadł z masztu i zginął na miejscu. Zła wróżba się wypełniła... 

2. Skoro już jesteśmy przy zjawach, to RPA ma też swoją wersję popularnej na świecie legendy miejskiej o znikającym autostopowiczu. Historia o duchu z Uniondale ma swój początek w 1968 roku. Podczas burzowego weekendu wielkanocnego młoda para jadąca samochodem miała wypadek w pobliżu miasteczka Uniondale w regionie Karru Małe w Prowincji Przylądkowej Zachodniej. Dziewczyna, Maria Roux, spała na tylnym siedzeniu Volkswagena Garbusa, gdy jej narzeczony stracił nad nim panowanie, i zginęła na miejscu. W Wielki Piątek 1976 roku pojawia się pierwsze doniesienie o młodej kobiecie stojącej przy drodze w tej samej okolicy. Przejeżdżający akurat niejaki Anton Le Grange zaoferował, że ją podwiezie. W samochodzie próbował nawiązać rozmowę, ale dziewczyna nie odpowiadała. Gdy w końcu zerknął w lusterko wsteczne, zdał sobie sprawę, że na tylnym siedzieniu nikogo nie ma... Zaniepokojony podjechał do posterunku policji w Uniondale, by zgłosić ten dziwny przypadek. Dyżurny funkcjonariusz o nazwisku Potgieter wsiadł w swój samochód i podążył za pojazdem Le Grange'a w kierunku miejsca, z którego zabrał on dziewczynę. Gdy znajdowali się tuż obok tego punktu, policjant zobaczył, jak tylne drzwi samochodu Antona otwierają się i zamykają. Nie dowierzając, kazał mu jechać kawałek dalej z włączonymi światłami wewnątrz auta, by mieć pewność, że to sam Le Grange nie bawi się drzwiami. Drzwi jednak znów otworzyły się i zamknęły same. Wrócili obaj do Uniondale, nieco roztrzęsieni, a Potgieter na wszelki wypadek zamknął posterunek na noc. Gdy później pokazano Antonowi zdjęcia młodych kobiet, w tym nieżyjącej Marii, by zidentyfikował tajemniczą autostopowiczkę, wybrał bez wahania właśnie ją... Duch nieboszczki od tamtej pory dość regularnie nawiedza, głównie motocyklistów, w Wielki Piątek właśnie. Niektórych mocno straszy, gdyż przejeżdżając obok miejsca wypadku, czują nagle, jak ktoś obejmuje ich w pasie lub wali pięścią w kask. Kierowcy z kolei słyszą też przeraźliwy śmiech i odczuwają nagły chłód w samochodzie. Jeśli więc kiedyś znajdziecie się na tej drodze w okresie wielkanocnym, uważajcie na tę niską, długowłosą brunetkę, ubraną w ciemne spodnie i kurtkę, stojącą przy drodze i czekającą na podwiezienie...
Maria Roux (źródło: http://www.geni.com/people/Maria-Charlotte-Roux/6000000029757000923)

3. Jeśli lubicie zwiedzanie z duchami w tle, to w RPA można na przykład wybrać się do Kimberley w Prowincji Przylądkowej Północnej, miasta słynącego z kopalni diamentów założonej w XIX wieku, i pozostałej po niej Wielkiej Dziury (Big Hole). Duchów tu co niemiara, bo i trup ścielił się tu gęsto - zarówno w wypadkach w kopalni, jak i podczas drugiej wojny burskiej i oblężenia miasta między październikiem 1899 a lutym 1900 roku. Kimberley ma prawie 160 nawiedzonych budynków (oficjalnie uznanych przez ekspertów od wydarzeń paranormalnych!), a kolejnych 200 czeka na weryfikację. Jest więc biblioteka Africana, gdzie szamocze się niespokojny duch pierwszego bibliotekarza - wypił arszenik, gdy wyszło na jaw, że fałszuje księgi rachunkowe. Obecnie zrzuca czasem na zwiedzających książki z półek albo stuka filiżankami ok. godziny 16. Z kolei w hotelu Kimberley Club duch kelnera serwuje dania w jadalni, a na schodach pojawia czasami zjawa kobiety ubranej w XIX-wieczny strój. W lokalnym muzeum, które kiedyś było klasztorem, przechadza się widmowa siostra zakonna, a w dawnej siedzibie potentata diamentowego De Beers duch psa wyje na ganku. Na polach bitwy też nie brakuje zjaw, na przykład w Magersfontein najlepiej być w księżycową noc, by usłyszeć szkockie dudy (w drugiej wojnie burskiej brała też udział szkocka brygada) i migoczące światełka latarni żołnierzy przenoszących rannych na noszach. Podobno połowa odwiedzających była tego świadkami... Nocnych wycieczek z przewodnikiem w Kimberley jest kilka, można sobie wybrać, które duchy najbardziej chcielibyśmy spotkać!
Jeden z duchów z Kimberley - w bazie wojskowej Regiment's Drill Hall  (źródło: http://roadtravelafrica.com/2011/09/14/kimberley-and-its-ghosts/)

Jadalnia w Kimberley Club, gdzie dania podaje duch kelnera (źródło: http://roadtravelafrica.com/2011/09/14/kimberley-and-its-ghosts/)
Johannesburg też ma swoje duchy, na przykład w szpitalu dziecięcym Old Transvaal. Straszy tam Daisy de Melker, która pracowała tam jako pielęgniarka i zapoznała się przy okazji z różnymi truciznami. Wykorzystała tę wiedzę później, by zamordować swoich trzech mężów (co ciekawe, wszyscy byli hydraulikami), trując ich strychniną, oraz własnego syna, któremu zaaplikowała arszenik. Motyw? Pieniądze, które po małżonkach dziedziczyła. A biedny syn podobno też miał chętkę na majątek po ojcu, więc mama postanowiła usunąć konkurenta. I to właśnie jego nagła śmierć, niby na malarię mózgową, wzbudziła podejrzenia rodziny jej drugiego męża. Ekshumowano zwłoki nieszczęsnych meżów i syna, i potwierdzono, że zostali otruci. De Melker została skazana na śmierć przez powieszenie, wyrok wykonano 30 grudnia 1932 roku w Pretorii. Jej proces trwał 30 dni, a sala sądowa pękała w szwach. Niektórzy gapie nawet płacili, by móc do niej wejść.
Daisy de Melker (źródło: http://www.gauteng.net/guide/gauteng_personalities/daisy_de_melker/)
4. Kontynuując wątek o trupach, to jedno z najbardziej makabrycznych morderstw, jakie udokumentowano w RPA, miało miejsce w 1964 roku. 27 października tego roku młody nauczyciel Robert Bekker dokonał mało przyjemnego odkrycia: na brzegu jeziora Boksburg (niedaleko Johannesburga) znalazł walizkę, a w niej tors kobiety (bez głowy i nóg), owinięty w plastik, papier i prześcieradło. Nie żyła od najwyżej 2 dni. Choć na jej ciele widoczne były liczne rany od noża, szybko ustalono, że zadano je już po jej śmierci. Najpierw została bowiem pobita, a potem poderżnięto jej gardło. Bazy danych osób zagionionych i analiza odcisków palców nie przyniosły żadnych rezultatów. Sprawa trafiła na nagłówki gazet w całym kraju, lecz tożsamość kobiety nadal pozostawała tajemnicą. 7 listopada podczas regat na jeziorze Wemmer w Johannesburgu wyłowiono z wody plastikową torbę, która zawierała... nogi ofiary. Jednak bez głowy nadal nie było wiadomo, kim była nieszczęsna kobieta. Dopiero 17 grudnia dwóch chłopaków łowiących ryby w jeziorze Zoo Lake w Johannesburgu złapało na wędkę kolejną torbę - jej zawartości możecie się domyślić. Głowa była w stanie zaawansowanego rozkładu i brakowało jej zębów, lecz już następnego dnia opublikowano portret pamięciowy na podstawie dokładnych analiz patologów. Mimo to minęły aż cztery lata, zanim dotarto do zabójcy. Okazało się, że córka ofiary, Catherine Cronje, zgłosiła się na policję i potwierdziła tożsamość kobiety jako Catherine Burch jeszcze w 1964 roku, ale jej rodzina i narzeczony odwiedli ją od zamiaru zidentyfikowania zwłok w kostnicy. W ten sposób po roku sprawa została zamknięta: powód śmierci podano jako "nieustalony", a zamordowaną pochowano. W 1968 roku Catherine postanowiła jednak dotrzeć do prawdy. Sprawę otwarto na nowo i w pierwszej kolejności postanowiono odszukać męża Catherine Burch, którego nikt nie widział od 4 lat. Okazało się, że po śmierci Catherine pan Ronald Burch złożył w pracy wypowiedzenie, poinformował pracodawcę żony, iż ta poważnie zachorowała i już nie wróci do pracy, odebrał jej zaległą pensję i zniknął. Ustalono w końcu, że zamieszkał u swojej matki w Johannesburgu. Kobieta na początku nie chciała przyznać się do tego policji, ale w końcu uległa i dała funkcjonariuszom klucz do pomieszczenia na tyłach ogródka. Gdy policjanci otworzyli drzwi, zastali Ronalda stojącego na środku pokoju z kablami elektrycznymi w rękach, podłączonymi do kontaktu. Nacisnął włącznik i na oczach policji popełnił samobójstwo. Motywu zbrodni nigdy więc nie poznano...

Z Jeziorem Wemmer, w którym znaleziono nogi Catherine Burch, wiąże się także postać Cedrika Maake, zwanego Zabójcą z Wemmer. W 1996 i 1997 roku zamordował on co najmniej 27 osób. Skazano go w 2000 roku na 27-krotność dożywocia (jedno dożywocie za każde z 27 morderstw, które mu udowodniono) plus 1159 lat i 3 miesiące za 26 usiłowań morderstwa, 14 gwałtów, 41 rozbojów i wiele mniejszych wykroczeń. W sumie wyszło 1340 lat więzienia. W RPA kara śmierci została zniesiona w 1994 roku, więc Maake nadal siedzi...

5. Czas na bardziej tradycyjnego południowoafrykańskiego stwora - poznajcie Tokoloshe! Ten mały, złośliwy demon, wyglądający trochę jak mała małpa o czarnych włosach na całym ciele, często mieszka blisko wody, która czyni go niewidzialnym (może też połknąć kamyk, by osiągnąć ten stan). Można go wezwać, gdy chce się nastraszyć dzieci, ale też w celu sprowadzenia choroby, innego nieszczęścia, czy nawet śmierci na daną osobę. Wypędzić go może jedynie N'anga, czyli szaman. Tokoloshe (zwany także Hili) przyjmuje różne formy i jest zdolny do różnych psot i mniej lub bardziej paskudnych czynów, zależnie od regionu i społeczności. W wielu tradycyjnych domostwach nadal wierzy się, że łóżko musi znajdować się odpowiednio wysoko ponad podłogą, by Tokoloshe nie wkradł się do niego i na przykład nie odgryzł śpiącemu palca u nogi czy nie zgwałcił śpiącej kobiety (demony te mają ponoć bardzo wybujałe przyrodzenie)... Dlatego pod każdą nogę łóżka podkłada się cegłę. Lud Xhosa ma w swoim repertuarze sporo historii o morderczych zapędach Tokoloshe'a. Jednak mówi się też, że ten chochlik jest ze swojej natury psotny, ale nie czyni krzywdy. Dopiero gdy dostanie się w niewolę wiedźmy, staje się złośliwy i agresywny. Wiele osób wierzy też, że wiedźmy trzymają Tokoloshe'a, by zaspokajał je seksualnie...
Można sobie kupić taką marionetkę na http://www.africarve.co.za/puppets.htm

6. Na zakończenie czas na potwory z prawdziwego zdarzenia! Zuluski Inkanyamba mieszka w wodach u stóp Wodospadu Howick na rzece Umgeni w prowincji KwaZulu-Natal. To wielki wąż o głowie przypominającej koński łeb, a jego gniew wywołuje letnie burze, które w tych rejonach są bardzo gwałtowne. Inkanyambę znają też Xhosa i od wieków wywołuje trwogę u nich i Zulusów. Nawet niektóre malowidła naskalne w jaskiniach prowincji KwaZulu-Natal przedstawiają tego typu stwora. Możliwe, że był to jakiś gatunek wielkiego węgorza...

Wodospad Howick
Image result for inkanyamba
Inkanyamba (źródło: http://roadtravelafrica.com/2013/09/12/the-inkanyamba-legendary-water-monster-of-south-africa/)
Innym mitycznym stworzeniem dla Zulusów, Xhosa oraz Pondo jest Impundulu, czyli "ptak błyskawic". Przyjmuje on postać czarno-białego ptaka wielkości człowieka i gdy chce złożyć jaja, za pomocą skrzydeł i szponów przywołuje pioruny i burze. Kojarzycie tajemnicze kręgi w zbożu, które pojawiają się w różnych kulturach? W RPA są to miejsce lądowania Impundulu i uderzenia grzmotu. Można spróbować wygrzebać jajo tego ptaka i zetrzeć jego skorupę na proch. Gdy wymiesza się ją z odpowiednimi składnikami, powstała mieszanka sprawi, że piorun trafi naszego wroga. Impundulu jest też krwiożerczy, przypisuje mu się wręcz wampiryczne skłonności. To powiernik czarownic i szamanów, którzy wykorzystują jego tłuszcz do produkcji tradycyjnych lekarstw. Impundulu można zabić jedynie ogniem, choć niektórzy twierdzą, że jest on nieśmiertelny. Jego legenda ma się dobrze - w 2005 roku skazano mężczyznę, który zamordował dwuletnie dziecko wierząc, że jest ono wcieleniem Impundulu... 
https://roadtravel1.files.wordpress.com/2015/02/ken-wilson-impundulu-notxt.jpg
Ptak wyglądający jak ten powyżej istnieje naprawdę - nazywa się Hamerkop (po polsku to waruga) i wygląda tak:
https://roadtravel1.files.wordpress.com/2015/02/derek-ramsey-hammerkop.jpg
Nie jest wcale taki wielki ani krwiożerczy, o czym sama się przekonałam w Parku Narodowym Mapungubwe, gdzie ptaki te miały swoje gniazda nad moim namiotem :-) Ale z jakiegoś powodu mit o ich powiązaniach z piorunami funkcjonuje nie tylko w RPA, ale także na przykład wśród Buszmenów na Pustynii Kalahari, a na Madagaskarze wierzy się, iż zniszczenie gniazda warugi spowoduje u sprawcy trąd. 

Mam nadzieję, że podobał Wam się ten wpis :-) Jutro w Klubie Polek znów będzie o zimie w Azji, tym razem opowie o niej Majia z Tajwanu, a w czwartek kolej na Anię z Wiednia i jej śmieszne lub straszne historie z Austrii :-) 

niedziela, 17 stycznia 2016

Zukiswa Wanner "London - Cape Town - Joburg"

Na powieść zambijskiej pisarki Zukiswy Wanner trafiłam dzięki koleżance z klubu książki, który z kilkoma znajomymi stworzyłyśmy w Pretorii (celem była przede wszystkim wymiana książek, a nie wspólne czytanie jednego tytułu - każda z nas przynosiła na spotkanie coś, co ostatnio przeczytała i jej się podobało, w kilku słowach streszczała, i jeśli którejś z nas opis przypadł do gustu, książkę pożyczała. Przeczytać ją należało do następnego razu, wyrazić opinię, a także przynieść znów coś swojego, i tak dalej. W rezultacie miałyśmy spory stosik książek, z którego można było sobie wybrać to, na co się miało ochotę, i przeczytać dużo bardzo różnych rzeczy, po które może normalnie byśmy nie sięgnęły). Koleżanka kupiła tę książkę głównie ze względu na tytuł, krótki opis sugerujący nietuzinkową historię młodych Południowoafrykańczyków w czasach przemian, oraz fajną okładkę ;-) Nie do końca znalazła w niej to, czego oczekiwała, ale ja i tak postanowiłam ją przeczytać, i nie żałuję.



Narracja w "London Cape Town Joburg" przebiega dwutorowo, z punktu widzenia dwojga głównych bohaterów. Martin O'Malley, choć nazwisko ma typowo irlandzkie, jest Południowoafrykańczykiem mieszkającym w Londynie. Tu poznaje swoją przyszłą żonę, Angielkę Germaine Spencer, i wkrótce postanawiają przenieść się do RPA, kraju nowych możliwości po upadku reżimu apartheidu. Najpierw osiedlają się w Kapsztadzie, by później przenieść się do Johannesburga. Mają syna, ogólnie dobrze im się wiedzie, a w małżeństwie, jak to w małżeństwie, czasami bywa gorzej, lecz stanowią silną i zgraną parę, która jest w stanie stawić czoła wielu przeciwnościom. Do czasu. Pierwszy rozdział powieści jest tak naprawdę ostatnim. Autorka na wstępie konfrontuje czytelnika z tragedią, która dotyką rodzinę O'Malley, by wrócić do samego początku ich wspólnej historii i stopniowo przybliżyć drogę bohaterów do tego punktu. Jest to powieść obyczajowa, jednak od pierwszych stron naznaczona mrocznym zdarzeniem, więc resztę czyta się z pewnym napięciem, próbując zrozumieć, jak doszło do upadku rodziny.

Choć sama historia jest w miarę prosta i dość przewidywalna, to kontekst i sami bohaterowie są ciekawi i wiarygodni. Dla mnie istotne było na przykład to, że przez dłuższy czas zupełnie nie byłam świadoma faktu, iż Martin jest czarnoskóry, a Germaine biała. Po prostu nad ich kolorem skóry w ogóle się nie zastanawiałam (choć podświadomie chyba przyjęłam, że oboje są tej samej rasy). Wanner przemyca ten szczegół mimochodem dopiero gdzieś w połowie książki, gdyż w społeczeństwie południowoafrykańskim takie związki są nadal rzadkie i nie do końca akceptowane, i O'Malleyowie doświadczają tego braku tolerancji. W zajmujący sposób przedstawiony jest także proces asymilacji obojga bohaterów w nowej ojczyźnie. Dla Germaine RPA to zupełnie nowa rzeczywistość, kraj niezrozumiały, pełen sprzeczności i problemów społecznych, z którymi nigdy wcześniej się nie zetknęła jako Europejka z zamożnej, artystycznej rodziny. Martin natomiast, choć tu urodzony, również musi się wielu rzeczy nauczyć, spróbować zrozumieć kraj swojej matki, o którym tak naprawdę wie niewiele, bo wychował się w Europie. Kwestia tożsamości, również rasowej, a także odnalezienia się w szybko zmieniającym się społeczeństwie, jest jednym z głównych tematów powieści. 

Jednak jest to przede wszystkim historia rodziny i jej powolnego rozpadu. Gdyby nie pierwszy rozdział, czytałoby się tę książkę jako wciągąjącą, dobrze napisaną powieść obyczajową, bardzo romantyczną (chwilami aż za bardzo), która nagle otrzymałaby smutne zakończenie - i nie wiem, czy wtedy miałaby ona taki sam wydźwięk. Raczej stałaby się melodramatem. Dzięki pozornie prostemu zabiegowi zaczęcia od końca Wanner zmusza czytelnika do uważniejszej lektury i sprawia, że traktujemy te urocze fragmenty z rezerwą, bo już wiemy, że szczęśliwego zakończenia nie będzie. A dlaczego koleżanka, o której wspomniałam na początku, nie była do końca usatysfakcjonowana? Ano dlatego, że spodziewała się przede wszystkim powieści o społeczeństwie południowoafrykańskim, o wielkich przemianach w RPA epoki postapartheidu, oczekiwała, iż te kwestie będą na pierwszym planie (sugeruje to w dużym stopniu opis na okładce - dlatego zawsze podchodzę do nich z dystansem). Są one jednak tylko tłem dla historii nieco ponadprzeciętnych ludzi, których połączyła wielka miłość, którzy odnieśli sukces pomimo różnych przeciwności, którzy stworzyli wspólny dom i kochającą się rodzinę, i którzy bardzo drogo za te wszystkie osiągnięcia zapłacili. Afryki jest tam sporo, ale równie dobrze mogłoby się to dziać w wielu innych miejscach na świecie, bo w książce chodzi przede wszystkim o osobiste doświadczenia i dylematy bohaterów. Dla mnie była to wciągająca lektura i pierwsze spotkanie z interesującą autorką. Na moim Kindle'u czekają na przeczytanie jej dwie inne książki.

P.S. Sama autorka zasługuje na kilka słów o niej, bo życiorys ma ciekawy. Urodziła się w Zambii, lecz jej ojciec pochodzi z RPA, a matka z Zimbabwe. Studia dziennikarskie skończyła w Honolulu, a obecnie mieszka w Nairobi. Swojej koleżance po fachu, pisarce Lauren Beukes (której książkę "Zoo City" recenzowałam na blogu prawie 2 lata temu), zwierzyła się, że otrzymuje od zagranicznych agentów literackich sporo listów odmownych, gdyż jej dzieła nie są wystarczająco... "afrykańskie". No cóż, jak widać świat nie nadąża za rozwojem afrykańskiej sceny literackiej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...