piątek, 2 stycznia 2015

Mauritius - trochę faktów i pierwszych wrażeń

Wyjazdu na Mauritius raczej nie planowaliśmy. Kojarzyła nam się ta wyspą z masową turystyką plażową, której raczej nie praktykujemy. Ale gdy okazało się, że możemy zrobić sobie długi weekend, bo wtorek 16 grudnia był dniem wolnym, postanowiliśmy wyskoczyć gdzieś, gdzie nas jeszcze nie było, gdzie nie musielibyśmy jechać godzinami samochodem, gdzie przez cztery i pół dnia damy radę i odpocząć, i coś zwiedzić, no i gdzie będzie naprawdę ciepło (w tym roku lato jest u nas dość kapryśne). Rozważaliśmy Mozambik, ale tam jednak chcemy pojechać na dłużej, poza tym grudzień jest tam bardzo duszny i nieznośnie upalny. Na Zanzibar loty są w soboty i we wtorki, a my chcieliśmy od piątku do wtorku. Na Seszelach akurat pora deszczowa (a raczej monsunowa). I tak w pole widzenia wkradł się Mauritius. Pasowały godziny lotów, pasowały ceny zakwaterowania, pasowała prognoza pogody, wielu znajomych bardzo pochlebnie wypowiadało się o wakacjach tamże, więc stwierdziliśmy, że damy Mauritiusowi szansę. Same loty tanie nie były, ale 4 noce w bardzo ładnym i dużym apartamencie z wyżywieniem własnym (choć codziennie rano znajdowaliśmy pod drzwiami świeżą, ciepłą bagietkę), z pełnym wyposażeniem kuchni itd., internetem i do tego w fajnym miejscu kosztowały nas 220 euro. Myślę, że jak na wyobrażenia o Mauritiusie całkiem nieźle!

Leci się tam z Johannesburga ok. 4 godziny, a różnica czasu to 2 godziny (czyli tam jest wcześniej). W tym roku planujemy wyprawę na Madagaskar, więc bardzo podekscytował mnie widok tej gigantycznej wyspy z samolotu: 



Nowiutkie, lśniące lotnisko znajduje się na południowym-wschodzie kraju (nie w stolicy Port Louis), czego jakoś nie zarejestrowałam rezerwując zakwaterowanie w części północno-zachodniej... Jednak to mała wyspa, więc podróż taksówką zajęła nam ok. godziny (do miejscowości Pereybere, w której się zatrzymaliśmy, było 70 km). W ten sposób już w pierwszy dzień przejechaliśmy cały Mauritius po przekątnej - ale niewiele widzieliśmy, bo już ciemno było. Taksówkarz nie odzywał się na początku, ale gdy zbliżaliśmy się do Port Louis, zwrócił naszą uwagę na światła miasta i na góry, jeszcze odznaczające się na już niemal całkiem nocnym niebie. Uwagi swoje wygłosił po francusku - jednym z języków, w których mówi się na wyspie. Poza tym jest jeszcze kreolski i angielski, ale jednak po francusku było nam najłatwiej. Ciekawe jest to, że konstytucja nie wskazuje żadnego oficjalnego języka, jedynie w Parlamencie obowiązuje angielski, a do przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego można się zwrócić po francusku. Po kreolsku natomiast państwo nazywa się Republik Moris.

Mauritius był najpierw kolonią holenderską (w XVII wieku) i to Holendrzy nadali mu obecną nazwę na cześć Maurycego Orańskiego, księcia Nassau. Ale potem się wynieśli, a w 1715 roku wyspę zajęli Francuzi i nazwali ją Isle de France. Był to strategiczny punkt na Oceanie Indyjskim, gdzie przecinały się ważne szlaki handlowe. Francja toczyła o ten skrawek ziemi boje z Wielką Brytanią, które ostatecznie przegrała - od 1810 roku Mauritius był pod władzą brytyjską, ale dotychczasowym osadnikom pozwolono zachować ziemię i kontynuować życie w kulturze francuskiej, łącznie z prawem. Niepodległość uzyskał w 1968 roku, a od 1992 jest republiką i członkiem Wspólnoty Narodów (Commonwealth) oraz Międzynarodowej Organizacji Frankofonii. Obecnie jest to spokojny kraj, często chwalony za stabilność demokracji (panuje tu model westminsterski) czy poszanowanie praw człowieka. Jest to jedyny kraj afrykański, w którym panuje tzw. pełna demokracja. My przyjechaliśmy akurat dwa dni po wyborach, więc miasteczka były jeszcze udekorowane girlandami z kolorami kandydatów. 



Wracając jeszcze do francuskiego - bardzo ciekawe wrażenie robi osoba wyglądająca jak Hindus, mówiąca po francusku z trochę dziwnym, z lekka indyjskim akcentem :-D Na Mauritiusie ludzie bardzo się wymieszali, ale zdecydowana większość społeczeństwa jest pochodzenia indyjskiego właśnie - prawie 70%. Kolejna pod względem liczebności grupa to Kreole, czyli ludzie pochodzenia afrykańskiego - stanowią ok. 25% populacji. Reszta to osoby pochodzenia chińskiego (tzw. Sino-Mauritians) oraz Europejczycy, głównie Francuzi. Ogólnie na Mauritiusie (łącznie z przynależącą do niego wyspą Rodrigues) mieszka 1,2 miliona ludzi. Wyobraźcie sobie teraz, jaka jest kuchnia tego kraju, przy takiej różnorodności etnicznej! Jej poświęcę jednak osobny wpis :-)

Mauritius często kojarzy się jeszcze z ptakiem dodo, który żył tylko tu i wyginął w XVII wieku, wybity przez holenderskich żeglarzy - ostatni raz widziano go w 1662 roku. Jednak pozostał symbolem wyspy i znajduje się na banknotach, figuruje w herbie państwa, i jest ulubioną maskotką :-)



My mieszkaliśmy w miejscowości Pereybere. Mieliśmy szczęście do pogody, jak się później okazało, bo tylko tam nie padało, po reszcie wyspy przetaczały się ciężkie chmury z ulewnym deszczem. Obiecywałam zdjęcia plażowe, więc oto one! Fajne było to, że większość ludzi, których na plażach widzieliśmy, to byli lokalni mieszkańcy z rodzinami, turystów wcale nie było tak wielu! Lokalne dzieciaki głównie siedziały w wodzie, Europejczycy smażyli się na piasku :-)









Jak się okazało, na Mauritiusie jest dużo więcej niż tylko plaże. Na przykład plantacja herbaty. Albo wytwórnie rumu. No i wspomniane już jedzenie: na przykład curry z krewetkami, przyrządzone na sposób... chiński. I hinduskie świątynie. Ale to już w następnym odcinku :-)

4 komentarze:

  1. wspaniała podróż i zdjęcia .. podziwiam i pozdrawiam Was :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podróż, choć krótka, to rzeczywiście była wspaniała! Pozdrawiam! :-)

      Usuń
  2. Fajnie się czyta, bo mało kto potrafi jeszcze zwrócić uwagę, co więcej, zachwycić się, czyimś melodyjnym akcentem! A krewetki rzeczywiście są przepyszne, w curry albo w sosie Satay - Chińczycy są mistrzami świata w ich przyrządzaniu :-) Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz! :-) Ależ zachciało mi się teraz tych krewetek, mniam :-D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...