czwartek, 5 listopada 2015

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w RPA?

Wyjeżdżając do obcego kraju na dłużej zawsze trzeba się liczyć z tym, że nie wszystko nam tam przypasuje. Niektóre rzeczy nie będą nam się w ogóle podobać, inne nas zaskoczą, miło lub nie, do niektórych przywykniemy, a do innych nigdy. Ja potrafię się przystosować do nowego otoczenia, po prostu akceptuję fakt, że nigdzie nie jest tak samo, jak u mnie w domu, i traktuję to jako ciekawostkę i wyzwanie. Poza tym przed wyjazdem gdziekolwiek, na długo czy na krótko, czytam o tym miejscu, wypytuję znajomych, grzebię w internecie, żeby mieć jakieś pojęcie o tym, czego mogę się tam spodziewać. Członkinie społeczności blogowej Klub Polki na Obczyźnie od jakiegoś czasu dzielą się swoimi historiami o tym, do czego nie mogą się w swoich nowych ojczyznach przyzwyczaić. Wczoraj Dagmara pisała o swoich doświadczeniach w Niemczech, jutro Aleksandra uraczy nas opowieściami z USA. A dziś kolej na mnie! :-)

Po przyjeździe do RPA, już niemal 4 lata temu, nie przeżyłam jakiegoś specjalnego szoku. No, może pogodowy, bo przylecieliśmy tu z Warszawy przez Londyn w połowie lutego, więc różnica temperatur była zauważalna ;-) Jednak do tego akurat przyzwyczaiłam się momentalnie, bo uwielbiam ciepło i nie znoszę zimy. Klimat w Pretorii jest wspaniały - w ciągu roku mamy średnio 3250 godzin słonecznych (ok. 9 godzin dziennie), 75% dni w roku jest słonecznych; pozostałe 25% to wcale niekoniecznie deszcz (bo tu jak już pada, to krótko i intensywnie), lecz zazwyczaj po prostu chmury. Szybko też dostosowałam się do zwyczaju weekendowego grillowania ogromnych ilości mięsiwa i popijania go pysznym cydrem lub świetnej jakości winem. Niczego mi tu nie brakuje w sensie materialnym, bo w sklepach można dostać wszystko to samo, co i nas, plus lokalne wyroby. Oczywiście tęsknię za bliskimi, ale to oddzielny temat :-)

Do czego więc nie mogę się przyzwyczaić w RPA? Nie jest tego dużo. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to fakt, że wszędzie trzeba jechać samochodem. W Pretorii transport publiczny praktycznie nie istnieje, nie ma także sklepików osiedlowych, więc jak mi nagle czegoś zabraknie, to muszę się pofatygować autem do supermarketu. Fakt, że nie mogę się po prostu przejść do sklepu, nadal mi przeszkadza. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy w drodze z pracy do domu wyskakiwałam z autobusu kilka przystanków wcześniej, czasem żeby wstąpić do Carrefoura czy Rossmana, a czasem, żeby po prostu się przespacerować kawałek i popatrzeć na ludzi...  


Źródło: http://www.transportworldafrica.co.za/
Skoro już jestem przy samochodach, to w dalszym ciągu nie potrafię przywyknąć do tutejszej kultury jazdy, a raczej jej braku. Nie wiem, co się dzieje z Południowoafrykańczykami, gdy siadają za kierownicą, ale chyba diabeł w nich wstępuje, bo z sympatycznych ludzi zmieniają się demony dróg. Autostrady są tu rewelacyjne, więc trzeba to wykorzystać, hulaj dusza, piekła nie ma. Nigdy nie mam pewności, co zrobi inny kierowca, czy mi nagle nie zajedzie drogi, czy włączy kierunkowskaz, czy nie, za to większość będzie jechać bardzo blisko za mną, dając mi do zrozumienia, że trzymając się ograniczenia prędkości do 120 km/h jestem kompletnym łosiem i blokuję autostradę. Nie to, żeby ktokolwiek przestrzegał zasady, że lewy pas jest najwolniejszy, a prawy najszybszy (jeździmy tu po lewej stronie; do tego przyzwyczaiłam się szybko). Ludzie wyprzedzają się na wszelkie możliwe sposoby, zajeżdżają sobie drogę, wpychają się tam, gdzie ewidentnie nie ma dla nich miejsca, jeden jedzie 150 km na godzinę, inny 70, do tego szalone ciężarówki, minibusy-taksówki wypchane pasażerami do granic możliwości, motocykle, i sporo kierowców po paru głębszych. Jak można się domyślić, w takich warunkach jatka gotowa. Nie ma dnia, byśmy nie usłyszeli w radiu doniesień o kolejnym wypadku. Na nic zdają się kampanie w mediach, billboardach przy drogach, nawet na elektronicznych tablicach informacyjnych na autostradach, krzyczących, że nadmierna prędkość zabija, Arrive Alive, i tak dalej. Zdecydowana większość kierowców ma to w głębokim poważaniu. Rano w drodze do pracy czasami jeszcze toczę bezsensowną walkę z kierowcami minibusów, którzy z pobocza robią sobie trzeci pas, a potem nagle wpychają mi się przed maskę, gdy pobocze się kończy. Trąbię, wymachuję rękami, ale to nic nie daje. Codziennie jest tak samo, więc już się właściwie poddałam, żeby sobie na darmo nie szargać nerwów. Cała ta sytuacja niezmiennie mnie jednak frustruje. I najbardziej furstruje mnie to, że się do tego jeszcze nie przyzwyczaiłam! ;-)


Źródło: www.guesthousesale.org
Kolejną rzeczą, która wzbudza mój dyskomfort, jest widoczny rozdział w społeczeństwie ze względu na rasę. Apartheid może i się formalnie zakończył, ale niekoniecznie w ludzkich głowach i przyzwyczajeniach. Pretoria jest miastem specyficznym, mieszka to wielu Afrykanerów i na zadbanych ulicach pełnych wielkich domów często widzę czarne panie w fartuszkach i czepkach, które właśnie skończyły sprzątać którąś z rezydencji. I nie chodzi mi o to, że mają tu panie do sprzątania, bo to przecież powszechne na całym świecie i nic w tym złego, ale o to, że tutaj to są światy, które przenikają się tylko na polu zatrudnienia. Nianie i panie do sprzątania są oczywiście czarne i zazwyczaj mieszkają w jakimś townshipie, czy nawet w innej prowincji, skąd codziennie dojeżdżają o świcie; ewentualnie mają swój oddzielny domek na terenie posesji pracodawców. Na szczęście skończyły się czasy, gdy miały też oddzielne naczynia ze względów higienicznych, gdyż uważano, że czarni roznoszą choroby (choć teściowa mojej koleżanki z pracy nadal tak uważa i jej pani do sprzątania ma oddzielną szafkę w kuchni na swoje rzeczy...) W każdą sobotę rano niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, odbywa się Boeremark, czyli targ farmerski. I dość powszechny jest tam widok białej afrykanerskiej rodziny oraz ich "maid" (zwanej również "domestic") czyli - jakby nie patrzeć - służącej, która idąć krok za nimi taszczy wszystkie zakupy. Dla mnie to jest po prostu nadal bardzo osobliwe, bo czasami naprawdę wygląda to jak scena z filmu o amerykańskim południu w czasach segregacji rasowej.

Jednak w tych nieprzenikających się światach nie chodzi tylko o kolor skóry. W moim biurze miałam okazję trochę poobserwować moje koleżanki i kolegów. W porze lunchu zazwyczaj tworzą się osobne grupy narodowościowe: Tswana nie siedzą razem z Zulusami czy Venda, nie wspominając o osobach z innych krajów afrykańskich (w moim zespole z Ugandy, Kenii, Wybrzeża Kości Słoniowej i z Zimbabwe). W RPA jest jedenaście oficjalnych języków, każdy naród ma swój i zazwyczaj zna kilka innych, ale jednak wolą trzymać się ze swoimi krajanami. To też dziedzictwo apartheidu, bo w tym systemie nie chodziło tylko o oddzielenie czarnych i kolorowych od białych, ale także o skłócenie różnych grup etnicznych, by się przypadkiem nie zjednoczyły przeciwko reżimowi białej mniejszości. Z drugiej jednak strony denerwuje mnie fakt, że bardzo często wszelkie niepowodzenia na szczeblu rządowym czy socjalnych zwalane są na apartheid. To jest taki dwoisty stan, w którym z jednej strony skutki apartheidu nadal są odczuwalne, i jest to zupełnie zrozumiałe, a z drugiej przecież minęło już 21 lat od jego upadku, wyrosło nowe pokolenie urodzone w demokracji (tak zwani born-free), więc może czas przestać się tym apartheidem zasłaniać za każdym razem, jak coś nie wychodzi...?

Dość poważnie się zrobiło, więc dodam na zakończenie, że jest jedna bardzo mała rzecz, która mnie tu trochę denerwuje - jednowarstwowy papier toaletowy ;-)) 
Cieniutki, niemal przezroczysty, często znajdziemy go na lotniskach czy w centrach handlowych (większość restauracji inwestuje jednak w dwuwarstwowy). Nie widzę sensu produkowania takiego papieru, bo przecież taka jedna rolka kończy się bardzo szybko, prawda? ;-)) 

Te kilka lat, które spędziłam w RPA, będę wspominać zawsze z uśmiechem i tęsknotą (zostało mi niecałe 6 tygodni do wyjazdu). Choć to bardzo skomplikowany kraj i kwestie społeczne są tutaj naprawdę trudne i leżą mi na sercu, jego piękno i różnorodność są zachwycające. Spotkało mnie tu dużo dobrego, poznałam wielu fantastycznych ludzi i bardzo dużo się nauczyłam o życiu w ogóle. Na pewno będę tu często wracać :-)

Wakacyjny projekt dedykujemy akcji "AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM". 

Small_10624978_778906025503176_7792874102246560654_n

Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 33 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.
Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

7 komentarzy:

  1. Z tymi samochodami, brakiem transportu publicznego i szaleństwen na autostradach to zupełnie jak w Teksasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no proszę, świat jest jednak mały i można znaleźć podobieństwa w najbardziej odległych miejscach :-)

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy post! Jesteś pierwszą Polką która mieszka w Afryce o jakiej czytałam, wiesz o tym? :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aneta! Zapewniam, że nie jestem jedyną Polką na tym ogromnym kontynencie, a w RPA jest nas trochę - w Klubie są na przykład dwie Agnieszki, z Johannesburga i Bloemfontein :-) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  3. u nas takowym jest papier szary, jednowarstwowy ale być może solidniejszy/grubszy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano według mnie w Polsce nawet ten bardzo cienki jest jednak grubszy! ;-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...