niedziela, 15 grudnia 2013

I po pogrzebie... Hamba kahle Tata Madiba!

Nie wiem, czy polska telewizja cokolwiek pokazywała (na gazeta.pl była tylko krótka wzmianka), ale dziś rano odbył się pogrzeb Nelsona Mandeli w Qunu - i jednak nie padało! Całe szczęście, bo miałam wizję księcia Karola i innych gości przewracających się w błocie... Desmond Tutu jednak był, choć nie obyło się bez kontrowersji wokół plotek, że nie został zaproszony. On jest bardzo otwartym krytykiem obecnego rządu, więc bardzo prawdopodobne, że tak chciano go ukarać, choć jak to sobie wyobrażano - nie mam pojęcia. W końcu to niezwykle szanowana i popularna postać, i jeden na najbliższych Mandeli ludzi. Jak już pisałam, tutejszy rząd to czasami naprawdę farsa.

Ulice Pretorii były dziś zupełnie puste, wszystkie sklepy pozamykane, nawet kościół tuż obok naszego osiedla chyba odwołał poranną mszę. Normalnie ciągną do niego tłumy, dziś rano nie było nikogo. Sama uroczystość w Qunu chyba się udała, choć poślizg był dość znaczny, prawie 2 godziny dłużej to trwało, niż planowano. Miała to być skromna rodzinna uroczystość, ale wyszło nieco inaczej: 4500 gości i jedno przemówienie za drugim. Dobrze, że chociaż samo złożenie trumny do grobu odbyło się bez kamer i w małym gronie. No i na szczęście nie wybuczano Zumy...

Jutro dzień wolny, Dzień Pojednania. Dość znamienne święto w świetle wydarzeń ostatniego tygodnia. Tylko nie jestem pewna, czy ANC to w pełni rozumie. Zobaczymy, co się teraz będzie działo. Ale co do jednego nie mam wątpliwości - nie będzie drugiego Zimbabwe i rzezi białych itp., bo to w ogóle nie jest tu problemem. Są za to coraz większe nierówności społecznie wśród czarnej ludności, a korupcja przeżera niemal wszystkie dziedziny życia. Z drugiej strony za to pojawiają się coraz to nowe możliwości rozwoju, nowe inicjatywy lokalne, inwestycje. Ludzie chcą po prostu żyć na lepszym poziomie, tak jak wszędzie, i mają coraz większą świadomość tego, że mogą zmienić swoje życie. Może i jestem niepoprawną optymistką, ale pozytywnego myślenia nigdy za mało :-) 

sobota, 14 grudnia 2013

Mandela odchodzi. I co teraz?

Zaniedbałam bloga ostatnio, ale bardzo dużo się działo i jakoś nie mogłam się zebrać. Nowa praca, sprawy rodzinne, no i wydarzenia ostatniego tygodnia, czyli śmierć Nelsona Mandeli - nawet nie zauważyłam, kiedy minęły prawie 2 miesiące od ostatniego wpisu.

Ubiegły tydzień wydaje się być bardzo odległą galaktyką. O śmierci Mandeli dowiedziałam się w piątek 6 grudnia rano, bo poprzedniego dnia poszłam wcześnie spać. Obudziłam się tuż po 6 rano, a mojej drugiej połowy nie było, co mnie bardzo zdziwiło, bo on nigdy nie wstaje przede mną. Po chwili wpadł do pokoju, gotowy do wyjścia, i rzucił tylko: dzień dobry, Mandela nie żyje, lecę do roboty. Chwilę mi zajęło przetworzenie tej wiadomości. W pracy atmosfera była bardzo spokojna. Większość moich kolegów i koleżanek to pracownicy lokalni, więc byłam ciekawa, jakie mają odczucia. Mieliśmy na ten dzień zaplanowany świąteczny lunch z prezentami. Ludzie zgodnie stwierdzili, że nie powinniśmy tego odwoływać, bo upominki już kupione, jedzenie przygotowane (niektórzy spędzili nad tym dużo czasu w domu), no i w sumie dobra okazja, żeby być razem. Szef wygłosił krótkie i bardzo ładne przemówienie, a następnie poprosił jednego z kolegów o parę słów w imieniu lokalsów. Tebogo jest kaznodzieją w czasie wolnym i ma dar przemawiania. Mówił o tym, że są dwie możliwości, jak przyjąć wiadomość o śmierci Ojca Narodu: pogrążyć się w żałobie lub świętować fakt, że RPA miała szczęście mieć takiego człowieka. Tebogo wybrał tę drugą opcję, a pozostali koledzy kiwali zgodnie głowami: życie Mandeli to dla nich niedościgniony przykład, a jedną z najważniejszych kwestii podnoszonych przez niego była edukacja. I na tym powinni się skupić Południowoafrykańczycy, bo bez edukacji nie ma przyszłości. Po tym krótkim przemówieniu i minucie ciszy wspólnie zaśpiewaliśmy przepiękny hymn tego kraju. Był to bardzo poruszający moment. Każdy miał kopię ze słowami i starał się przyłączyć. Ja wcześniej poprosiłam koleżanki, żeby sprawdziły moją wymowę, bo choć nie miałam większych problemów z pierwszą zwrotką, która jest w isiXhosa i isiZulu, to druga jest w Sesotho, którego kompletnie nie znam, a trzecia w Afrikaans (ja mam tendecję do wymowy holenderskiej, bo uczyłam się kiedyś tego języka, ale Afrikaans jest jednak nieco inny). Okazuje się, że całkiem dobrze sobie radzę, choć nie mam pojęcia, co poszczególne słowa znaczą :-) Tu hymn w wykonaniu niezrównanego Soweto Gospel Choir:

http://www.youtube.com/watch?v=tTtINHRja4k

Popołudnie spędziliśmy razem w pozytywnej atmosferze. Myślę, że to widać było dobrze w telewizji: ludzie tańczyli, śpiewali, zbierali się w różnych miejscach, żeby wspólnie świętować, a nie rozpaczać. Ten niezwykły człowiek przeżył przecież bardzo bogate życie, i dożył bardzo słusznego wieku pomimo wszystkich trudności, które musiał przezwyciężyć. Ludzie tutaj są mu bezgranicznie wdzięczni za wszystko, co zrobił dla nich i dla kraju. Wielu powtarza, że to dzięki niemu mogli wreszcie być dumni z tego, że są Południowoafrykańczykami, to on sprawił, że nie musieli się wstydzić swojego pochodzenia. I powtarza to też wielu białych, którzy nie wspierali apartheidu - a było ich wielu. Jedna z moich znajomych, pani w średnim wieku, pamięta bardzo dobrze 1990 rok, gdy Mandela wyszedł z więzienia. Pochodzi z rodziny, która nigdy nie popierała apartheidu i była przez to narażona na ostracyzm i wrogość ze strony innych białych. W pewnym sensie Gail czuła się bardziej samotna i odrzucona niż czarni mieszkańcy, bo ci przecież też jej nie akceptowali ze względu na kolor skóry... W 1990 roku pracowała w londyńskim pubie gdzieś w centrum miasta. Telewizor był włączony i ona wraz z koleżanką, również z RPA, z zapartym tchem oglądały transmisję. Jednak klienci pubu, skądinąd na poziomie (bo nie była to byle knajpa, lecz bardziej elegancki lokal), nie byli ich stronie. Niemal wszyscy zgodnie się oburzyli, jak można chcieć oglądać uwolnienie z więzienia terrorysty. W końcu Margaret Thatcher tak właśnie Mandelę określiła i przez niektórych tak był postrzegany (Amerykanie zdjęli go z listy poszukiwanych terrorystów dopiero w 2008 roku). Czytając komentarze na polskich portalach informacyjnych dochodzę do wniosku, że taki pogląd nadal jest żywy. Ale czy ci, którzy tak piszą, kiedykolwiek tu byli albo rozmawiali z ludźmi stąd? Czy prześledzili historię kolonizacji, powstania idei apartheidu i walki przeciw niej? Czy zdają sobie sprawę z tego, jak wtedy wyglądało życie rdzennych mieszkańców tego kraju? Przewija się wiele komentarzy, jak to białym jest teraz źle w porównaniu z czasami segregacji - serio? Owszem, jest na przykład prawo o zatrudnianiu czarnych lub Koloredów w pierwszej kolejności (o czym już pisałam), ale umówmy się: w tym kraju mieszkają 53 miliony ludzi, z których jakieś 9% jest biała. I z tego, co ja tu widzę, większość miewa się całkiem dobrze, bo nadal tworzą elitę intelektualną i biznesową. Tej zdecydowanej większości jeszcze trochę czasu zajmie dogonienie białych, czemu trudno się dziwić, skoro przez dziesięciolecia nie mieli możliwości się kształcić i stanowili tylko tanią siłę roboczą dla bogatej mniejszości. Proponuję tym wszystkim prorokującym drugie Zimbabwe, żeby się tu pofatygowali i pogadali z ludźmi. Skala przemocy wobec białych jest bardzo niewielka, największa przestępczość jest w townshipach, i to głównie wobec przybyszów z innych krajów afrykańskich, którzy próbują rozkręcać interesy tutaj, bo w ich własnym kraju nie ma na to szans.

Ale wracając do śmierci Mandeli: w niedzielę pojechałam z koleżanką i kolegą do Soweto, na ulicę Vilakazi, gdzie znajduje się mały domek, w którym Madiba mieszkał przez jakiś czas. Na tej samej ulicy jest też dom Arcybiskupa Desmonda Tutu. Tłumy śpiewały i tańczyły, ludzie zostawiali kwiaty i listy na płocie, ogólnie panowała atmosfera wręcz karnawałowa. Była też duża grupa motocyklistów, którzy prawie nas zaczadzili, gdy silniki ich maszyn porykiwały rytmicznie podczas śpiewania hymnu :-) Jednak pojawił się moim zdaniem pewnie zgrzyt: w pewnej chwili wjechała scena i rozpoczęł się właściwie wiec młodzieżówki ANC. Jestem ciekawa, czy w piątek na przykład atmosfera była nieco bardziej spontaniczna, ludzka, a nie polityczna... Uciekliśmy więc w stronę pomnika Hectora Pietersona, chłopca zatrzelonego przez policję podczas powstania w Soweto w 1976 roku. Pewnie każdy zna to słynne zdjęcie...

Zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy wstąpić do małej knajpki po drugiej stronie ulicy od pomnika i muzeum. Byliśmy już tam kiedyś, podczas wycieczki rowerowej z lokalnym przewodnikiem w zeszłym roku. Czekając na frytki wdaliśmy się w rozmowę z grupką klientów. Wszyscy byli odświętnie ubrani, bo wybierali się właśnie na nabożeństwo w pobliskim kościele. Byli to przedstawiciele kilku nacji: Tsonga, Venda, Zulu i Xhosa. Ostatecznie poszliśmy z nimi, bo koniecznie chcieli, byśmy poznali pastora i innych członków wspólnoty. Zostaliśmy przedstawieni całej starszyźnie, wszyscy przychodzili nas przywitać i uścisnąć nam dłonie. Dzieci cały czas się do nas przytulały, czułam się, jak w wielkiej gościnnej rodzinie. Było nam więc strasznie przykro, że nie mogliśmy zostać na samo nabożeństwo, bo robiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii... Widać było, że oni też są rozczarowani, ale zapewniliśmy ich, że wrócimy. Okazuje się, że to bardzo duża wspólnota, ok. 8000 dusz, rozsianych po RPA, Zimbabwe i Botswanie. Teraz wszyscy są w Zimbabwe właśnie, ale w lutym będą znów w Soweto. Mają dość liczny chór gospel, bardzo bym chciała ich usłyszeć, bo próba instrumentów, którą mieliśmy okazję słyszeć, brzmiała bardzo obiecująco. Zostaliśmy przyjęci tak przyjaźnie i bezinteresownie, że na pewno będę chciała ich odwiedzić w przyszłym roku.

Poniedziałek spędziłam w pracy, od 8 do północy, bo przygotowanie wizyty wszystkich żyjących premierów brytyjskich, lidera opozycji i jeszcze wicepremiera Irlandii Północnej przy praktycznie zerowej wiedzy, co właściwie będzie się działo na stadionie FNB w Soweto było nie lada wyzwaniem. Pogoda we wtorek była straszna. W ogóle od czwartku było paskudnie, co jest bardzo nietypowe jak na tę porę roku, w końcu jest pełnia lata. Pojawiły się więc od razu teorie, że to reakcja natury na śmierć Mandeli. Ale w tutejszej tradycji (i w ogóle w wielu tradycjach afrykańskich) deszcz to znak oczyszczenia i odrodzenia. Tak więc wiele ludzi mówi o tym jak o znaku. Przez to, że tak strasznie lało, było naprawdę zimno (13 stopni, wiatr i ulewa na wysokości prawie 1700 m npm naprawdę dają się we znaki) i panował nieopisany chaos komunikacyjny, wiele miejsc na stadionie było pustych. Sama ceremonia również nie była specjalnie zajmująca, bo akustyka jest tam bardzo kiepska, a i same przemówienia dość dziwnej grupy przywódców nie były szczególnie ciekawe. Oprócz Obamy oczywiście, na którego większość ludzi przyszła. Trzeba przyznać, że przemawiać to on potrafi. Wiele osób mówiło później, że powinno było być więcej muzyki i tańca, bo tak lokalni mieszkańcy chcieli upamiętniać Mandelę. Świat zauważył też bezprecedensowe zachowanie tłumów przy każdej wzmiance o prezydencie Zumie. Pierwsza eksplozja buczenia była wręcz ogłuszająca. Toczy się teraz narodowa dyskusja, czy to było właściwe, i oczywiście zdania są bardzo podzielone. Jedni mówią, że absolutnie nie, bo to jednak prezydent i na oczach całego świata wypada okazać szacunek, nawet jeśli się go osobiście nie znosi. Ale drudzy podkreślali, że to jest jeden w przejawów dziedzictwa Mandeli: ludzie już się nie boją demonstrować własnego zdania, czują, że mają prawo się wypowiedzieć, że mogą się nie zgadzać i protestować. Jeszcze 20 lat temu policja by ich wystrzelała, a dziś rząd może się tylko odgrażać, że "zajmie się" tymi buczącymi, a tak naprawdę co niby mógłby zrobić? Miałam wrażenie, że ludzie czują się silni, że coraz bardziej mają poczucie, że ich głos jest ważny i mogą coś zmienić, że mają wpływ na to, co się dzieje w tym kraju. Bo teraz nie dzieje się najlepiej, ANC to jedna wielka skorumpowana klika, dla której nie ukształtowała się jeszcze stabilna alternatywa. Nie wiem, czy to niezadowolenie i frustracja, które dotykają wszystkich niezależnie od koloru skóry, znajdą odzwierciedlenie już w przyszłorocznych wyborach. Pewnie nie, ale w kolejnych jest to bardzo prawdopodobne. A do tego skandal z tłumaczem języka migowego tak rozjuszył ludzi, że kto wie, może to wkurzenie przełoży się na głosy? Jest w końcu Mamphela Ramphele, niezwykła kobieta, aktywistka w czasach apartheidu, która w lutym założyła nową partię Agang (czyta się ahan, z gardłowym 'h'). Jest też Democratic Alliance, główna partia opozycyjna, której liderem jest premier Western Cape Helen Zille, a parlamentarnym przywódcą kolejna niezwykła kobieta Lindiwe Mazibuko. Słowem - są w tutejszej polityce silne babki, które już sporo namieszały w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie i są ogólnie poważane i szanowane. Przyszłoroczne wybory będą więc ciekawe.

Jutro ostatni dzień żałoby narodowej i pogrzeb w wiosce Qunu w Eastern Cape. Prognoza pogody: deszcz. Znowu. Może to faktycznie jakiś znak, że czas na odnowę?

niedziela, 20 października 2013

Doug, Helen i Kirsty



Doug – trzydziestoparoletni Brytyjczyk, żona z RPA. Do niedawna mieszkali w Johannesburgu, mają dwoje dzieci w wieku przedszkolnym. Doug postanowił, że jednak wróci do Anglii. Oprócz faktu, że praca go nie do końca satysfakcjonuje, najbardziej ma dość dwulicowości południowoafrykańskiego społeczeństwa. Jako Brytyjczyk na starcie ma przechlapane, bo tej nacji się tu nie lubi z powodów historycznych. Ale Douga najbardziej irytują obecne stosunki między białymi a czarnymi i kolorowymi. Uważa, że obecnie to biali są ofiarami rasizmu, bo we wszystkich sferach faworyzuje się czarnych i kolorowych. Odwrócony rasizm, tak to nazywa. Bardzo to jest frustrujące, bo białemu i na dodatek Brytyjczykowi trudno się przebić, zwłaszcza w kręgach akademickich czy w organach ścigania, która to dziedzina najbardziej Douga interesuje. 

Podobne doświadczenia ma Helen, żona brytyjskiego dyplomaty. Jest bardzo wykształcona, ma doktorat z psychologii klinicznej z Cambridge i kilka publikacji na koncie. Gdy jej mąż dostał placówkę w RPA, Helen była bardzo podekscytowana. Uniwersytet w Johannesburgu akurat poszukiwał trzech specjalistów w jej dziedzinie, na różnych szczeblach akademickich. Helen kwalifikowała się na stanowisko profesora i główego wykładowcy wydziału. Gdy złożyła dokumenty, była przekonana, że zostanie chociaż zaproszona na rozmowę. W końcu taki wydział na pewno byłby bardzo zainteresowany, by mieć w swoim gronie świetnie wykształconego wykładowcę w doświadczeniem wyniesionym z jednego z najlepszych uniwersytetów świata i kilku lat własnej praktyki. Po kilku tygodniach zadzwoniła z pytaniem, czy jej aplikacja została w ogóle rozważona. Odpowiedź była krótka i bezceremonialna: owszem, ale jest biała, więc nie mogą jej zatrudnić, bo jest określona liczba białych pracowników akademickich, większość musi być czarna lub kolorowa. Takie jest zresztą prawo. I chociaż było miejsce, to i tak nie zaproponowano jej żadnego stanowiska, bo nie zgadzałyby się wtedy odgórnie ustalone kwoty. Kwalifikacje są tu kwestią drugorzędną. Helen ostatecznie zaczęła pracować nad kolejną publikacją, zatrudniła się też w jednym ze szpitali jako psycholog za symboliczną pensję, żeby nie stracić możliwości wykonywania zawodu. Poznała tam wiele interesujących osób, zarówno pacjentów, jak i kolegów i koleżanki po fachu. Poziom rasizmu, jaki niektórzy z nich, biali wykształceni ludzie, prezentowali, szokował ją każdego dnia. Jedna z koleżanek pewnego dnia oznajmiła wręcz, że czarni nie nadają się do niczego, są zgrają pasożytów i społeczeństwo miałoby się dużo lepiej bez nich. Nienawiść przebijająca z tych słów sprawiła, że Helen nie miała pojęcia, jak zareagować. Później zastanawiała się, co właściwie powinna była powiedzieć takiej osobie, która jest niezbicie przekonana o słuszności swoich poglądów. Jak się dyskutuje na tak kontrowersyjny temat? Po jakimś czasie dowiedziała się więcej o niej i historii jej rodziny, pełnej przemocy i potwornych zdarzeń, i to rzuciło nieco inne światło na tę wypowiedź. Jasne, że trudno to całkowicie usprawiedliwić, ale Helen w jakimś stopniu ją zrozumiała i już nie umiała potępiać. 

Pewna moja znajoma Kirsty była świadkiem następującej sceny w jednym z wielu centrów handlowych w Pretorii, Colonades. Jest to miejsce dla mniej zamożnych mieszkańców, większość klientów to Afrykanie, wiele osób w tradycyjnych strojach: kobiety w kolorowych sukniach, z dziećmi na plecach. Kilka takich kobiet szło przed Kirsty, śpiące dzieci kiwały się w kocach owiniętych wokół tułowi matek. W pewnym momencie przejeżdżał obok samochód z Afrykanerską rodziną. Z okien wychylało się kilkoro dzieci, średni wiek 10 lat. Gdy pojazd mijał kobiety, dzieciaki zaczęły machać i wykrzykiwać coś głównie w afrikaans, ale do uszu Kirsty dotarły słowa wykrzyczane po angielsku pogardliwym tonem: get lost you stupid African women (spadajcie, wy głupie afrykańskie kobiety). Dzieci wykonywały przy tym gesty wokół głowy, jakby wyśmiewały te tradycyjne zwoje chust. Wszystko to trwało chwilę, ale Kirsty nie mogła się otrząsnąć przez długi czas. Chciała wręcz podbiec to tych kobiet i je przeprosić w imieniu rodziny z samochodu. Nie mogła zrozumieć, że rodzice tych małych jeszcze dzieci w ogóle nie zareagowali. Strach pomyśleć, co z tych już wrednych i agresywnych bachorów wyrośnie. Afrykanki natomiast w ogóle nie zareagowały, szły sobie dalej i kontynuowały swoje rozmowy. Takie zazwyczaj są reakcje na rasistowskie komentarze: ludzie to ignorują. Wygląda to czasem tak, jakby już im się nie chciało odpowiadać, wdawać się w sprzeczki, bo i tak nie zmienią sposobu myślenia takiego człowieka. Po prostu robią swoje, idą dalej. 

Kuzynka Kirsty wyszła za mąż za białego południwoafrykańczyka, byłego policjanta. Jej brytyjska rodzina nigdy go do końca nie zaakceptowała, choć kuzynka stara się go ‘wychować’. On nauczył się już zastrzegać, że ze względu na pochodzenie i na wcześniej wykonywany zawód niektóre rzeczy są tak głęboko wyryte w jego świadomości, że trudno mu to kontrolować i czasami może w związku z tym mówić niepopularne rzeczy. Mają już dziecko i umowę, że on jako ojciec nigdy nie będzie wygłaszał jakichkolwiek opinii o ludziach w oparciu o ich kolor skóry. Syn ma czarnoskórych kolegów i koleżanki w przedszkolu, bawią się razem, a jego tata nigdy tego nie komentuje, przynajmniej nie w jego obecności. Życie w multikulturowym społeczeństwie już sporo go nauczyło, ale wychowanie i wartości przekazane przez skrajnie prawicową i konserwatywną rodzinę pozostawiły tak trwały ślad, że nadal zdarza mu się wypowiedzieć  słowa, które w otwartym i tolerancyjnym gronie są postrzegane jako niedopuszczalne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...