poniedziałek, 12 stycznia 2015

Herbata i rum

Na Mauritiusie uprawia się głównie dwie rzeczy: trzcinę cukrową oraz herbatę. Z tej pierwszej wytwarza się przede wszystkim rum. Na wyspie znajduje się kilka destylarni, my wybraliśmy się do Chamarel na południowym-zachodzie (tam też jedliśmy lunch opisany w poprzednim odcinku). Stamtąd jest też niedaleko na plantację herbaty Bois Cheri. 

Uprawę trzciny cukrowej wprowadzili w XVII wieku Holendrzy, głównie do produkcji araku. Ale to dzięki Brytyjczykom i Francuzom rozwinął się przemysł rumowy. Uznaje się, że pierwszym producentem rumu na Mauritiusie był Dr Pierre Charles Francois Harel, który w połowie XIX wieku opracował metodę wytwarzania tego trunku. Powstało wtedy kilka destylarni, które działają do dziś. 

Uprawę herbaty natomiast wprowadzono w drugiej połowie XVIII wieku, w czasach administracji francuskiej. Obecnie na wyspie znajduje się sześć plantacji, z czego dwie są prywatne. Jedną z nich jest Bois Cheri, która była pierwszą plantacją na dużą skalę. Założona pod koniec XIX wieku, dziś produkuje nawet 700 ton herbaty rocznie, z czego tylko 1/4 jest przeznaczona na eksport. W ogóle większość herbaty produkowanej na wyspie na niej pozostaje, eksportuje się niewielką część. Lokalni mieszkańcy piją bardzo dużo tego napoju, a do czarnej herbaty zawsze dodają mleko, jak Brytyjczycy :-) 

To jak już jesteśmy przy herbacie, oto kilka zdjęć i wrażeń z plantacji!



Przybyliśmy akurat w momencie, gdy zaczynała się wycieczka po fabryce z przewodniczką, do której dołączyliśmy. Nie jest to tanie, bo kosztuje 500 rupii od osoby, czyli prawie 60 zł, a trwa niecałe pół godziny, ale myślę, że było warto. Zwłaszcza że nigdy wcześniej nie byłam w fabryce herbaty (której jestem wielką wielbicielką), więc ciekawie było zobaczyć cały proces. Nigdy nie zapomnę zapachu fermentującej herbaty, jest bardzo silny, mocno owocowy wręcz, i aż w głowie mi się zakręciło! W cenę wycieczki wliczona jest też degustacja różnych rodzajów tego napoju w pięknie położonej restauracji. 

Przewodniczka przeprowadziła nas najpierw przez cały cykl produkcji, od zbierania liści, po ich sortowanie, fermentowanie, suszenie, mielenie, dodawanie aromatów, aż do pakowania w torebki przez bardzo zmyślną maszynę. Fajne było to, że cała procedura nie jest do końca zautomatyzowana, przy każdej maszynie byli pracownicy, nie tylko po to, by jej doglądać i wciskać guziki. A listki herbaty nadal zbiera się ręcznie. 


Posortowane liście gotowe są do zmielenia.
A tu już poszatkowane jadą do fermentacji.


Przewodniczka opowiada nam o rodzajach herbat produkowanych w Bois Cheri.
A to właśnie maszyna pakująca gotową herbatę w torebki!

Do degustacji było 11 herbat, mnie najbardziej smakowała kokosowo-waniliowa :-)
Widok z tarasu restauracji, gdzie byliśmy na degustacji. Błękit na horyzoncie to ocean oczywiście :-)
Restauracja i miejsce degustacji herbaty

Herbata aż po horyzont!
Trochę liści do zebrania jest...

Pokrzepieni herbatą wyruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem by posmakować rumu. Droga do destylarni była bardzo kręta, a do tego zbierało się na ulewę. Dotarliśmy na szczęście tuż przed oberwaniem chmury. Tu też przewodniczki opowiadają o procesie produkcji, ale z jakiejś przyczyny taka krótka wycieczka oraz degustacja 9 rodzajów rumu kosztuje o połowę mniej niż jej odpowiednik na plantacji herbaty ;-) 

Cykl produkcji nie jest skomplikowany. Wyciska się sok z trzciny cukrowej (która jest bardzo twarda!), a później gotuje w wielkich kadziach. Potem się to odcedza i ponownie gotuje. Następnie uzyskaną ciecz trzeba przefiltrować, no i rozwodnić, bo czysty rum ma 70% alkoholu, a tak wysokoprocentowy alkohol jest nielegalny. Potem dodaje się jeszcze aromaty do wersji smakowych, i gotowe! Degustacja była bardzo przyjemna i rozgrzewająca, a najbardziej smakował mi rum kokosowy ;-) Ciekawostką jest to, że 40% energii na Mauritiusie pochodzi z odpadów z destylarni rumu, a dokładniej z niezużytych części trzciny cukrowej. A oto jak wygląda Rhumerie de Chamarel:



Takich gekonów było kilka :-)






W następnym wpisie wrzucę jeszcze kilka zdjęć, które pokazują, jak wygląda Mauritius (trochę roślinności, widoczków i hinduskich świątyni), i to będzie już koniec relacji z tej wyspy!

4 komentarze:

  1. Z przyjemnością odwiedziłabym takie miejsce, bo sama jestem wielbicielką herbaty. A ta kokosowo-waniliowa brzmi pysznie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam wręcz obsesję na punkcie herbaty, więc wizyta na plantacji była dla mnie najważniejszym punktem programu :-D Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Ja też uwielbiam herbatę! Zwłaszcza prawdziwe, wolne od woreczków listki zalewane wodą. Takie też można tam dostać, czy tylko torebkowe? I w sumie najwazniejsze pytanie: można tam kupić taką herbatę? Ciekawa jestem też rożnych wersji smakowych :) Fajna wycieczka, na pewno bardzo rozwijająca kubki smakowe :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolina, zupełnie mi umknął Twój komentarz, więc dlatego dopiero teraz odpowiadam! Herbata była niestety tylko w torebkach, a ja też zdecydowanie wolę listki. A co do wersji smakowych - oprócz waniliowo-kokosowej była też tylko waniliowa i tylko kokosowa, z poza tym owocowa (bardzo aromatyczna, aż za bardzo jak dla mnie!), Earl Grey, zielona, zielona z trawą cytrynową, zielona z imbirem, no i oczywiście zwykła czarna :-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...