piątek, 23 sierpnia 2013

Henry


Czarnoskóry, korpulentny Brytyjczyk. Do RPA przyjechał za żoną, też czarnoskórą Brytyjką, której rodzina pochodzi z Ghany. Spędzili tu 3.5 roku. Zapytałam Henry’ego o wrażenia, za czym będzie tęsknił, zwłaszcza że ich następny przystanek to Lagos? Po chwili zastanowienia odpowiada, że sam kraj jest przepiękny, i będzie mu brakowało tych wszystkich możliwości wyjazdów na krótsze lub dłuższe wycieczki, ale z ludźmi miał problem, i to duży. Okazuje się, że kolor skóry miał tu znaczenia zupełnie inne, niż sobie wyobrażałam. W sklepach, na lotnisku, w każdej sytuacji, gdy Henry miał jakikolwiek kontakt z ludźmi, Afrykanie w RPA automatycznie zwracali się do niego w swoim języku. Gdy Henry prosił o powtórzenie po angielsku, ponieważ nie zna żadnego z lokalnych języków, spotykał się nie tylko z niedowierzaniem, ale wręcz z niechęcia i wrogością. Każdy z góry zakładał, że skoro jest czarny, to jest „tutejszy”, a jeśli chce rozmawiać tylko po angielsku, to znaczy, że się wypiera swojej kultury. Nie chciano mu nawet wierzyć, że jest Brytyjczykiem. Na lotnisku czasem jego paszport wzbudzał podejrzenia, no bo jak to – czarny Brytyjczyk? Bez korzeni w RPA? Tak, jakby Afryka na RPA się kończyła. Jest to tym dziwniejsze, że przecież w RPA jest wielu imigrantów z Zimbabwe, Mozambiku, Malawi i bardziej odległych krajów afrykańskich, w których przecież mówi się w zupełnie innych językach. Mimo to Henry i jego żona za każdym razem musieli się tłumaczyć i byli od razu na straconej pozycji. Lagos ich nie przeraża, wręcz przeciwnie. Owszem, wszyscy opowiadają, jaki tam chaos i szaleństwo, ale przynajmniej nikt nie będzie miał problemu z tym, żeby z Henrym i jego rodziną rozmawiać wyłącznie po angielsku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...