niedziela, 18 stycznia 2015

Ostatnie obrazki z Mauritiusa

Wspominałam już w poprzednich wpisach o historii Mauritiusa i jego kulturowej różnorodności. Kończę więc cykl wpisów o tym wyspiarskim kraju kilkoma zdjęciami. Mam nadzieję, że będą one ciekawym dopełnieniem poprzednich wpisów!


Polacy, jak wiemy, są wszędzie ;-)

Jedna z wielu światyni o niecodziennych kształtach.









Gahlot Rajput Maha Sabha - świątynia i główna siedziba Radźputów, potomków indyjskich rodów rycerskich, w Port Louis.


W stolicy kraju Port Louis najlepiej poruszać się na skuterze, bo wszędzie można się wcisnąć ;-)
Billboard na pierwszym planie to reklama telefonu zaufania dla ofiar pedofilii, z bardzo sugestywnym zdjęciem. Tekst jest po kreolsku: Get bien, pedofili pa lwin. Pa per pou dir.
Bożonarodzeniowa reklama Kindera, w końcu był grudzień :-)
Jedna z wielu chińskich restauracji.
Przydrożny stragan z warzywami i owocami.

Wiele domów jest pomalowanych na jaskrawe kolory.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Herbata i rum

Na Mauritiusie uprawia się głównie dwie rzeczy: trzcinę cukrową oraz herbatę. Z tej pierwszej wytwarza się przede wszystkim rum. Na wyspie znajduje się kilka destylarni, my wybraliśmy się do Chamarel na południowym-zachodzie (tam też jedliśmy lunch opisany w poprzednim odcinku). Stamtąd jest też niedaleko na plantację herbaty Bois Cheri. 

Uprawę trzciny cukrowej wprowadzili w XVII wieku Holendrzy, głównie do produkcji araku. Ale to dzięki Brytyjczykom i Francuzom rozwinął się przemysł rumowy. Uznaje się, że pierwszym producentem rumu na Mauritiusie był Dr Pierre Charles Francois Harel, który w połowie XIX wieku opracował metodę wytwarzania tego trunku. Powstało wtedy kilka destylarni, które działają do dziś. 

Uprawę herbaty natomiast wprowadzono w drugiej połowie XVIII wieku, w czasach administracji francuskiej. Obecnie na wyspie znajduje się sześć plantacji, z czego dwie są prywatne. Jedną z nich jest Bois Cheri, która była pierwszą plantacją na dużą skalę. Założona pod koniec XIX wieku, dziś produkuje nawet 700 ton herbaty rocznie, z czego tylko 1/4 jest przeznaczona na eksport. W ogóle większość herbaty produkowanej na wyspie na niej pozostaje, eksportuje się niewielką część. Lokalni mieszkańcy piją bardzo dużo tego napoju, a do czarnej herbaty zawsze dodają mleko, jak Brytyjczycy :-) 

To jak już jesteśmy przy herbacie, oto kilka zdjęć i wrażeń z plantacji!



Przybyliśmy akurat w momencie, gdy zaczynała się wycieczka po fabryce z przewodniczką, do której dołączyliśmy. Nie jest to tanie, bo kosztuje 500 rupii od osoby, czyli prawie 60 zł, a trwa niecałe pół godziny, ale myślę, że było warto. Zwłaszcza że nigdy wcześniej nie byłam w fabryce herbaty (której jestem wielką wielbicielką), więc ciekawie było zobaczyć cały proces. Nigdy nie zapomnę zapachu fermentującej herbaty, jest bardzo silny, mocno owocowy wręcz, i aż w głowie mi się zakręciło! W cenę wycieczki wliczona jest też degustacja różnych rodzajów tego napoju w pięknie położonej restauracji. 

Przewodniczka przeprowadziła nas najpierw przez cały cykl produkcji, od zbierania liści, po ich sortowanie, fermentowanie, suszenie, mielenie, dodawanie aromatów, aż do pakowania w torebki przez bardzo zmyślną maszynę. Fajne było to, że cała procedura nie jest do końca zautomatyzowana, przy każdej maszynie byli pracownicy, nie tylko po to, by jej doglądać i wciskać guziki. A listki herbaty nadal zbiera się ręcznie. 


Posortowane liście gotowe są do zmielenia.
A tu już poszatkowane jadą do fermentacji.


Przewodniczka opowiada nam o rodzajach herbat produkowanych w Bois Cheri.
A to właśnie maszyna pakująca gotową herbatę w torebki!

Do degustacji było 11 herbat, mnie najbardziej smakowała kokosowo-waniliowa :-)
Widok z tarasu restauracji, gdzie byliśmy na degustacji. Błękit na horyzoncie to ocean oczywiście :-)
Restauracja i miejsce degustacji herbaty

Herbata aż po horyzont!
Trochę liści do zebrania jest...

Pokrzepieni herbatą wyruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem by posmakować rumu. Droga do destylarni była bardzo kręta, a do tego zbierało się na ulewę. Dotarliśmy na szczęście tuż przed oberwaniem chmury. Tu też przewodniczki opowiadają o procesie produkcji, ale z jakiejś przyczyny taka krótka wycieczka oraz degustacja 9 rodzajów rumu kosztuje o połowę mniej niż jej odpowiednik na plantacji herbaty ;-) 

Cykl produkcji nie jest skomplikowany. Wyciska się sok z trzciny cukrowej (która jest bardzo twarda!), a później gotuje w wielkich kadziach. Potem się to odcedza i ponownie gotuje. Następnie uzyskaną ciecz trzeba przefiltrować, no i rozwodnić, bo czysty rum ma 70% alkoholu, a tak wysokoprocentowy alkohol jest nielegalny. Potem dodaje się jeszcze aromaty do wersji smakowych, i gotowe! Degustacja była bardzo przyjemna i rozgrzewająca, a najbardziej smakował mi rum kokosowy ;-) Ciekawostką jest to, że 40% energii na Mauritiusie pochodzi z odpadów z destylarni rumu, a dokładniej z niezużytych części trzciny cukrowej. A oto jak wygląda Rhumerie de Chamarel:



Takich gekonów było kilka :-)






W następnym wpisie wrzucę jeszcze kilka zdjęć, które pokazują, jak wygląda Mauritius (trochę roślinności, widoczków i hinduskich świątyni), i to będzie już koniec relacji z tej wyspy!

czwartek, 8 stycznia 2015

Smaki Mauritiusa

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, na Mauritiusie bardzo wymieszały się różne kultury: afrykańska, azjatycka i europejska, co znajduje oczywiście odzwierciedlenie w kuchni tego kraju. Byłam bardzo ciekawa, jakie smaki tam zastanę! Na szczęście spotkało mnie wiele przyjemnych doznań kulinarnych :-)

Zacznę od Azji, czyli głównie kuchni w stylu indyjskim. Curry (czasem pisane cari :-)), samosy, roti, bhaji - wszystko to dostaniemy nie tylko w restauracjach, ale przede wszystkim w przydrożnych budkach, gdzie przygotowywane są na naszych oczach. Energiczne panie, wyglądające zupełnie jak Hinduski, w ekspresowych tempie przygotowują te przysmaki, które nie tylko są naprawdę pyszne, ale też bardzo przyjemnie kosztują. Za zestaw na zdjęciu poniżej kupiony u pani Vanessy (która akurat sięgała po reklamówkę, gdy robiłam zdjęcie) zapłaciliśmy ok. 10 zł. :-)



Jedzenie uliczne to w ogóle bardzo dobra opcja, gdy ma się niewielki budżet. Dużo również jest też straganów ze świeżymi owocami i warzywami. My kupowaliśmy wspaniałe ananasy na przykład, bardzo soczyste i wprawnie obrane:


A od ulicznych sprzedawców można kupić między innymi pomme d'amour, jak nazywa się tu pomidory :-)


W miejscowości Pereybere, gdzie nocowaliśmy, polecono nam restaurację prowadzoną przez Chińczyków, która nazywa się po prostu Cafe Pereybere. Nie wyróżnia się specjalnie, ale ozdobiona jest czerwonymi lampionami, więc nietrudno ją znaleźć. Jedzenie rzeczywiście było bardzo smaczne, fusion w czystej postaci :-) Jak widzicie na zdjęciu, ryż w stylu chińskim, zapiekany z warzywami i jajkiem, podano nam na oryginalnej chińskiej porcelanie. Danie w czerwonym sosie natomiast to... curry z krewetkami, ale sos było jednocześnie słodko-kwaśny! Świetnie to wszystko razem smakowało :-)


Innego dnia wybraliśmy się do popularnej restauracji Chez Tino, niedaleko plaży Trou d'Eau Douce na wschodnim wybrzeżu. Tim zamówił paellę i dostał ogromny kociołek (nie podołał, więc zabraliśmy resztki i starczyło jeszcze dla nas obojga na kolację), natomiast ja zamówiłam rybę z bakłażanem w sosie pomidorowym. Niestety nie mogę sobie przypomnieć, cóż to była za ryba! Ale smakowała bardzo dobrze :-) Paella też była smaczna i aromatyczna, choć trochę się nagimnastykowaliśmy z rozłupywaniem skorupy kraba :-D


Zrobiło się trochę bardziej europejsko, więc na koniec jeszcze jedno doświadczenie kulinarne - tym razem już mocno francuskie. Wybraliśmy się do fabryki rumu na degustację (szczegóły w następnym odcinku), a że nastąpiło oberwanie chmury, to postanowiliśmy też zjeść tam lunch. Restauracja wyglądała bardzo zachęcająco i elegancko, ale bez zadęcia. Tu mała anegdota. W środku nie było miejsc, więc kelner szybko się uwinął, by przygotować nam stolik pod zadaszeniem. Gdy już zasiedliśmy i zamówiliśmy, z restauracji wyszła spora grupa, która zajmowała wcześniej większość miejsc. Niby nic specjalnego, ale jak tylko zniknęli za rogiem, usłyszeliśmy gromkie "Sto lat"! Jakiś mój krajan (lub krajanka) miał chyba bardzo przyjemne rumowe urodziny :-)

Wracając do jedzenia - było obłędne. Zamówiliśmy dwa różne zestawy lunchowe, żeby jak najwięcej spróbować. Na początek dostaliśmy drinka - oczywiście na bazie rumu, caipirinha to była właściwie (rum, tak jak cachaça, też jest z trzciny cukrowej).


Potem wjechały przystawki, ale nie sfotografowałam, bo byłam zbyt głodna, żeby się skupiać na robieniu zdjęć ;-) Ja miałam zestaw wędlin (wędzony kurczak, bresaola, i jeszcze dwa rodzaje szynki), Tim natomiast foie gras z ananasem. Dania główne: kacze udko dla mnie, fantastyczna wieprzowa rolada dla Tima (bardzo rzadko jemy wieprzowinę, ale w końcu to wakacje!) Wszystko przepyszne!



A na deser creme brulee z różowym jęzorem z cukru i soku malinowego, oraz babeczka mocno nasączona... rumem rzecz jasna ;-) I ładnie podane cappucino:




W ciągu czterech dni na tej małej wyspie udało nam się skosztować tak naprawdę tylko niewielkiej ilości tamtejszych specjałów. Ale jednak więcej tu Azji i Europy, niż Afryki, choć geograficznie to do tego ostatniego kontynentu należy Mauritius. W kolejnym wpisie będzie o napojach :-) Choć o piwie mogę jeszcze tu, bo dobrze komponowało się z curry i chińszczyzną! ;-)


Co ciekawe, te dwa lokalne piwa są mocne jak na taki tropikalny klimat - Phoenix ma 5%, a Blue Marlin aż 6% alkoholu! Mocno schłodzone smakują wybornie, a przy temperaturze 35 stopni i wilgotności powietrza sięgającej 70% można je szybko wypocić ;-) Na zdrowie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...