Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kapsztad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kapsztad. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Pożegnanie z Afryką... ale tylko na kilka miesięcy :-)

Patrząc dziś rano przez okno domu rodzinnego Tima w miasteczku Ramelton w Donegal w Irlandii, widziałam ciężkie chmury i deszcz padający na przemian z gradem, i wróciłam myślą do słonecznej i upalnej RPA, którą opuściłam na dobre półtora tygodnia temu. Kontrast jest, ale z drugiej strony dawno nie doświadczyłam takiej irlandzkiej pogody, więc jest to nawet całkiem egzotyczne ;-) Czy tęsknię? W jakimś stopniu na pewno, ale zawsze wiedziałam, że będę w RPA tylko przez określony czas, a od roku wiem też, że moja przygoda z Afryką się nie kończy, tylko przenosi w inne rejony. Mam poczucie, że udało mi się wypełnić mój pobyt w RPA niemal do granic możliwości - byłam w tylu miejscach, również w regionie, że tylko sumiennie posegregowane zdjęcia pozwalają mi to wszystko spamiętać. Jutro ostatni dzień roku, więc postanowiłam zrobić bilans i listę najbardziej pamiętnych chwil z tych dwunastu miesięcy. Nie robię jeszcze podsumowania całego pobytu w RPA, bo blog na razie będę kontynuować, mam sporo zaległych wpisów. Ale jak przejrzałam zdjęcia, to okazało się, że każdy miesiąc 2015 roku przyniósł ze sobą jakieś pozytywne i ciekawe wrażenia. To zaczynamy! Linkuję też do konkretnych wpisów :-)

STYCZEŃ

Kemping w Parku Narodowym Marakele. Pojechaliśmy na weekend, żeby się zrelaksować i popatrzeć na zwierzaki przechadzające się po kempingu. Głównie strusie, ale z kempingu widać też wodopój, więc z krzesełka przed namiotem, popijając zimny cydr Savanna, można przyglądać się żyrafom, zebrom, różnym antylopom, a nawet nosorożcom. Strasznie się wtedy spiekliśmy, choć siedzieliśmy pod drzewem w cieniu, bo zapomnieliśmy wysmarować się kremem z filtrem. Ten cień to zmyłka, jak jest ponad 30 stopni, to żadne drzewo nie pomoże. Nosy i ramiona mocno ucierpiały!



LUTY


Kojarzycie tę piosenkę? Okazało się, że menedżer wokalisty jest kuzynem mojej menadżerki, więc mieliśmy okazję poznać Mike'a Rosenberga osobiście. Przesympatyczny facet, a jego koncert w parku przy tamie Emmarentia w Johannesburgu miał radosną, piknikową atmosferę, jak zwykle zresztą (byłam tam też na koncercie Bastille w zeszłym roku). 



MARZEC

Kapsztad z przyjaciółmi i wyścig rowerowy Cape Town Cycle Tour (dawniej zwany Cape Argus). Ja w wyścigu udziału nie brałam, jedynie dopingowałam uczestników, ale fajnie było to wszystko zobaczyć. No i oczywiście Kapsztad jak zwykle nie zawiódł, pogoda była cudowna! Poszliśmy m.in. na rewelacyjne sushi do restauracji o wdzięcznej nazwie Codfather, a na kolację do bardzo fajnej meksykańskiej restauracji El Burro, gdzie podelektowaliśmy się drinkami z różnych rodzajów tequili ;-) 





KWIECIEŃ

Miesiąc bogaty w długie weekendy, święta, i w związku z tym - wyjazdy. Najpierw był malowniczy Park Narodowy Golden Gate Highlands, gdzie spędziliśmy Wielkanoc na wędrówkach po górach. 


Następnie, w połowie miesiąca, odwiedziliśmy Rezerwat Zwierząt Madikwe, gdzie wprawdzie pogoda specjalnie nie dopisała, ale za to napatrzyliśmy się na gepardy, lwy, słonie i nosorożce.




A na koniec miesiąca, gdy znowy był długi weekend, zaliczyliśmy w końcu Mozambik, a dokładnie Vilanculos i okolice, łącznie z Archipelagiem Bazaruto. Chciałabym jeszcze kiedyś pojechać do tego pięknego kraju i zobaczyć inne części wybrzeża, a także Park Narodowy Gorongosa.



MAJ

Tydzień w Warszawie i wieczór panieński oraz wesele mojej przyjaciółki! :-) A poza tym Wild Coast, czyli Dzikie Wybrzeże, kraina Nelsona Mandeli. Nocowaliśmy w różowym rondawelu, jedliśmy tradycyjny chleb lokalnego ludu Xhosa, a plażę dzieliliśmy z... krowami i osłami :-)



W maju udało nam się także dostać na występ komika Trevora Noah w Johannesburgu. Uwielbiam jego poczucie humoru i bardzo się cieszyłam, że zdołaliśmy zdobyć bilety na jego ostatni występ w RPA przed wyjazdem do USA, gdzie przejął od Jona Stewarta prowadzenie popularnego programu The Daily Show. W amerykańskiej rzeczywistości Trevor czasem się gubi, i myślę, że jego humor i styl nie do końca pasują do tamtejszej mentalności, stąd dużo krytyki pod jego adresem. Jest on jednak niezwykle popularny w RPA, Wielkiej Brytanii czy Australii, ze względu na świetny zmysł obserwacji różnych kultur, dowcipy bardzo na czasie i celujące w najbardziej czułe punkty znanych osób czy zdarzeń, ale nigdy nieprzekraczające granicy dobrego smaku, a także... patriotyzm. Trevor śmieje się ze wszystkiego i wszystkich, przedstawia RPA jako kraj absurdów, ale także miejsce fascynujące, z którego jest dumny. Na jego występach sale zawsze są pełne ludzi różnych ras, wyznań czy wieku. Trevor naprawdę potrafi zjednoczyć Południowoafrykańczyków i jest w RPA wręcz wielbiony. Do tego wszystkiego jest też bardzo przystojny i przesympatyczny ;-) Poniżej fragment jego występu w Londynie.



CZERWIEC

W kultowym klubie jazzowym The Orbit w Johannesburgu świętowaliśmy zaręczyny przyjaciół. Przy muzyce na żywo pod przewodnictwem cenionego saksofonisty Steve'a Dyera zjedliśmy pyszną kolację i poczuliśmy wspaniałą atmosferę tego miejsca.


Klimaty były mniej więcej takie: 



Jeden z weekendów spędziłam z grupą nabliższym znajomych na wędrówce szlakiem Cycad Trail w prowincji Mpumalanga. Nocowanie w chatce nad kanionem, ogniska i spektakularne zachody słońca - niewiele więcej potrzeba do szczęścia! :-)



Jedną z sobót natomiast poświęciłam na spacer po Johannesburgu z przewodnikiem Geraldem Garnerem z JoburgPlaces (http://www.joburgplaces.com/). Byłam już z nim kiedyś na podobnej wycieczce, podczas której dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy o historii Johannesburga. Tym razem odwiedziliśmy Fashion District, czyli dzielnicę, w której młodzi, aspirujący projektanci mają swoje butiki, robią pokazy mody i kupują tkaniny, oraz Little Ethiopia, gdzie zjadłam tradycyjną etiopską indżerę i wypiłam prawdziwą etiopską kawę. 





LIPIEC

Znów wyjazd do Europy, tym razem Wielka Brytania i ślub przyjaciół w hrabstwie Oxfordshire. Przy okazji pojechałam m.in. do Oxfordu i Stratford, odwiedziłam imponujący Blenheim Palace w Woodstock, a także Zamek Highclere, czyli Downton Abbey! Jestem wielką fanką serialu i nawet deszcz nie był w stanie odwieść mnie od planu zawitania do tego miejsca :-)  

SIERPIEŃ

Długi weekend w Rwandzie. Robiliśmy rekonesans, bo to tam wyjeżdżamy w przyszłym roku! Fascynujący kraj o bardzo trudnej przeszłości, który nie tylko podniósł się po koszmarze roku 1994, ale ma ogromne ambicje być Singapurem Afryki. Na pewno będzie to bardzo ciekawe miejsce do mieszkania i oczywiście blogowania :-)

Poza tym jeszcze Kapsztad i spacer po dzielnicy muzułmańskiej Bo-Kaap, słynącej z kolorowych domków.


A na zakończenie weekend w miasteczku Tulbagh, gdzie dominują winnice i piękne krajobrazy.



WRZESIEŃ

Madagaskar! Tak, jestem Wam winna sporo wpisów, bo jak dotąd opublikowałam tylko jeden, z obietnicą dalszego ciągu... Ale potem jakoś cała moja energia skupiła się na przygotowaniach do zakończenia pracy i pakowania całego dobytku, i zupełnie wypadłam z rytmu... W styczniu nadrobię :-)

PAŹDZIERNIK

Jak co roku, jakarandy kwitły w Pretorii i miasto okryło się fioletem. To naprawdę przepiękny spektakl przyrody! 


Odbyliśmy także pożegnalną wycieczkę do naszego ulubionego parku narodowego Pilanesberg. A w jedną z niedziel wybraliśmy się na cotygodniowe targi Arts on Main w Johannesburgu, gdzie można kupić nie tylko dzieła młodych artystów, ale także pyszne jedzenie.




LISTOPAD

Weekend w Durbanie i degustacja lokalnego specjału - bunny chow, czyli curry w wydrążonym bochenku chleba. Pycha!



A poza tym w Pretorii było gorąco i sucho, więc łapałam na leżaku w ogrodzie promienie słońca i ładowałam akumulatory witaminą D ;-)

GRUDZIEŃ

Pakowanie, mnóstwo pożegnalnych lunchów, drinków i kolacji ze znajomymi. Ostatni wyjazd do Kapsztadu i wizyta w Ogrodach Botanicznych Kirstenbosch, a następnie w miasteczkach Stanford i Greyton, oraz w głuszy na północ od gór Cederberg, niemal już w rejonie Namaqualand, na farmie Oudrif. 




Takie cuda w menu jednej z knajpek w Greyton :-)
Winnice wszędzie, więc trzeba było się choć w jednej zatrzymać!
To też Greyton, niesamowicie urocze miasteczko.
Farma Oudrif na końcu świata, cudowny relaks.
Święta spędziłam w Polsce, w rodzinnym Szczecinie i nad morzem w Niechorzu, a na ostatni tydzień roku przeniosłam się do Irlandii. 

I tak oto dobiegł końca nie tylko mój pobyt w RPA, ale też cały niezwykły rok 2015. Dziękuję Wam wszystkim za to, że zaglądacie tutaj, czytacie, czasem komentujecie, lubicie stronę bloga na Facebooku - to dla mnie motywacja, żeby nadal dzielić się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami. Jak już chyba gdzieś wspominałam, będę tworzyć nowy blog, o Rwandzie i Afryce Wschodniej, ale tam wyląduję dopiero w maju. Do tego czasu nadrobię zaległości tutaj i wrzucę jeszcze całkiem sporo wpisów, których zalążki siedzą w szkicach i jakoś nie mogły się dotąd wykluć. Będę miała teraz trochę więcej czasu (tak przynajmniej myślę!), więc nie ma zmiłuj ;-) 

Mam nadzieję, że ten rok był dla Was łaskawy, a następny będzie jeszcze lepszy i przyniesie dużo radości i ciekawych, pozytywnych doświadczeń. Do zobaczenia w 2016! :-)

czwartek, 16 kwietnia 2015

Ksenofobia i pomniki

Smutne rzeczy się ostatnio dzieją. Miał być kolejny wpis obrazkowy, ale nie mogę nie napisać paru słów o wydarzeniach w Kapsztadzie oraz w prowincji KwaZulu-Natal.

Zacznę od KZN, a konkretnie Durbanu, gdzie dziś odbył się marsz pokoju w odpowiedzi na ksenofobiczne ataki na cudzoziemców w ostatnich dniach w tym regionie. We wtorek w centrum Durbanu policja starła się z mieszkańcami, w tym z imigrantami, w ruch poszedł gaz łzawiący i granaty hukowe, płonęły samochody. Dzisiejszy marsz nie był jednak wcale pokojowy, bo choć tysiące ludzi przyszły zaprotestować przeciwko przemocy wobec imigrantów, policja znów musiała interweniować i znów pojawił się gaz, granaty i gumowa amunicja. W międzyczasie ataki rozlały się na kraj, dotarły już też do Johannesburga. Pochodzący z różnych krajów Afryki właściciele tamtejszych sklepów otrzymywali w środę pogróżki, by lepiej zamknęli swoje biznesy, jeśli nie chcą stracić życia. W pracy koleżanka z Zimbabwe ze zgrozą patrzyła na wiadomości w telewizji; cichym głosem przyznała, że choć mieszka na strzeżonym osiedlu, to boi się zasnąć, bo nigdy nic nie wiadomo...

Takie zdarzenia mają miejsce w różnych częściach kraju co jakiś czas od dawna, o czym zresztą już gdzieś kiedyś wspominałam, ale to, co dzieje się w tym tygodniu, jest dużo poważniejsze niż dotychczas. Do tego stopnia, że rządy Malawi i Somalii (których obywateli jest w RPA naprawdę wielu) opracowują rzekomo plan ewakuacji swoich krajan. Jeśli nawet Somalijczycy chcą stąd wyjeżdżać, to musi być już naprawdę źle... Etiopskie władze na razie nie rozważają takiej opcji, ale wspierają tych, którzy w obawie o życie chcą jednak wracać do kraju i potrzebują na przykład tymczasowych paszportów. 

Wszystko zaczęło się od przemówienia zuluskiego króla Goodwilla Zwelithini pod koniec marca w Pongoli, gdzie powiedział podobno, że cudzoziemcy powinni spakować manatki i wracać do swoich domów. Słowa te podchwycił zaraz najstarszy syn prezydenta Zumy Edward, który określił imigrantów jako "tykającą bombę, która powoli przejmuje kraj" (został za to błyskawicznie i powszechnie skrytykowany, wypomniano mu także, że jego własna matka pochodzi z Suazi, więc może on sam powienien się tam przeprowadzić razem z nią). Król Zwelithini całkowicie odżegnuje się od zarzutu, że to jego słowa były iskrą zapalną, bo według niego zostały wyrwane z kontekstu i źle przetłumaczone. Chodziło mu o to, że przez nieszczelne granice i nieudolne ich monitorowanie do RPA dostaje się wielu nielegalnych imigrantów, którzy łamią prawo; król wezwał policję, by tych właśnie ludzi wyłapała i wydaliła z kraju, nie miał natomiast na myśli wszystkich cudzoziemców bez wyjątku. Ale już za późno, iskra zapłonęła, i jak na razie nie ma pomysłów na trwałe zażegnanie konfliktu. 

To jest kraj, którego obywatele sami przez dekady doświadczali upokorzenia, dyskryminacji i przemocy. I teraz oni sami zachowują się dokładnie tak samo wobec przybyszy z innych państw kontynentu. A wielu z tych obcokrajowców jest tu po prostu dlatego, że w swoich ojczyznach nie mają szans na lepsze życie. Większość naprawdę cięźko tu pracuje, lecz ich przedsiębiorczość i drobne nawet sukcesy rażą. Często mam wrażenie, że wśród dużej liczby Południowoafrykańczyków panuje poczucie, iż im się po prostu wszystko należy jako rekompensata. Dość się wycierpieli i nawalczyli, teraz państwo powinno im coś dać - niekoniecznie edukację i pracę, przede wszystkim pieniądze i dach nad głową, najlepiej za darmo. A gdy pojawia się człowiek z innego kraju, który zakłada w townshipie czy w mieście sklepik czy innym niewielki biznes, i któremu jakoś się wiedzie, to okazuje się nagle, że zabiera tę pracę lokalsom. Przypomina to rozumowanie wielu nacjonalistów w Europie, którzy się burzą, że imigranci odbierają im zatrudnienie, którego sami, gdyby ich o to zapytać, raczej by się nie podjęli - tyle że tu, w RPA, to oburzenie przejawia się w dużo drastyczniejszy sposób...

W obliczu tego wszystkiego trochę blednie kwestia obalania i niszczenia pomników związanych z czasami kolonialnymi. Na Uniwersytecie Kapsztadzkim na przykład zlikwidowano pomnik Cecila Rhodesa. Ten brytyjski biznesmen i polityk, który zbił majątek na kopalniach diamentów w RPA, był żarliwym zwolennikiem kolonializmu. Od jego nazwiska pochodziła nazwa Rodezja (obecna Zambia i Zimbabwe), prestiżowy uniwersytet jego imienia działa w Grahamstown. On jest także fundatorem nadal funkcjonującego stypendium Rhodes Scholarship, dzięki któremu już tysiące studentów z wybranych krajów miały możliwość odbyć studia na Uniwersytecie w Oksfordzie, wśród nich Bill Clinton czy obecny premier Australii Tony Abbott. Był też wizjonerem (lub megalomanem, zależy od punktu widzenia) - to on był twórcą idei brytyjskiej kolonizacji "od Kairu do Kapsztadu" i wybudowania linii kolejowej łączącej te miasta. Zmarł w wieku 48 lat w Muizenbergu pod Kapsztadem. Pochowany jest w Zimbabwe, niedaleko Bulawayo, a jego grób stanowi obecnie atrakcję turystyczną. Lecz jego poglądy na rasę (bycie Brytyjczykiem według niego to jak wygrać los na loterii - jest to najlepsza rasa na świecie) w dalszym ciągu budzą tutaj kontrowersje i wielu widzi w nich podwaliny systemu apartheidu wprowadzonego w 1948 roku. 

Pomników Rhodesa w RPA jest sporo. Jest on postacią kontrowersyjną, symbolem kolonializmu i opresji, ale czy się tego chce czy nie - jest po prostu częścią historii tego kraju. Społeczeństwo jest podzielone w kwestii likwidowania posągów, popiersi i innych rzeźb przedstawiających postaci historyczne, które nie zawsze wzbudzają pozytywne emocje. Bo jak już się zacznie, to gdzie właściwie powienien być koniec? W Pretorii pomnik Paula Krugera, symbolu afrykanerskiego nacjonalizmu, zbryzgano zieloną farbą, a statuę założyciela stolicy czerwoną. Z kolei pomnik Gandhiego w Johannesburgu został oblany białą farbą. A to przecież w RPA ten słynny indyjski przywódca rozpoczął swoją drogę. To tu narodziła się jego koncepcja biernego oporu. Mohandas Gandhi spędził w RPA 21 lat. Przyjechał tu w 1893 roku jako młody prawnik, by reprezentować muzułmańskich handlarzy indyjskiego pochodzenia. To tu zetknął się z segregacją rasową wobec Koloredów, gdy wyrzucono go z pociągu, bo jechał niedozwoloną dla niego pierwszą klasą. Ci, którzy obecnie są przeciw niemu, twierdzą, że był rasistą w stosunku do czarnych mieszkańców RPA. Owszem - Gandhi na początku faktycznie twierdził, że Koloredzi stoją wyżej w hierarchii społecznej RPA niż czarni, a białych uznawał za rasę, która powinna dominować. Ale ten pogląd nie trwał u niego długo, bo szybko przekonał się, jaki jest stosunek białych do niego i innych Koloredów. Gandhi zaczął interesować się polityką i to jego początkowe przekonanie szybko zostało zweryfikowane przez rzeczywistość, zwłaszcza po doświadczeniu w lokalnym więzieniu, gdzie na własne oczy zobaczył, jak traktuje się Afrykańczyków. Jednak to, że ten młody człowiek ukształtował swoje poglądy właśnie w RPA i stał się symbolem bezkrwawej walki o równość i sprawiedliwość nie jest istotne dla tych, którzy wolą skupić się na małym wycinku z jego biografii. Jak tak dalej pójdzie, to Nelsona Mandelę też będzie można sprowadzić do miana terrorysty - w końcu tym właśnie był na przykład dla Margaret Thatcher, ponieważ przez pewien czas był zaangażowany w zbrojną walkę z apartheidem, w tym w podkładanie bomb.

Smutek mnie ogarnia, gdy widzę, jak miota się to społeczeństwo między pędęm do normalności a swoją bolesną historią, wciąż żywą i wzbudzającą ogromne emocje. Jednak nie należy zapominać, że RPA to nadal bardzo młoda demokracja, nadal niejako w "fazie testowej". W porównaniu z większością krajów Afryki i tak życie tutaj stoi na stosunkowo wysokim poziomie. W dalszym ciągu jest to ziemia obiecana dla milionów Afrykańczyków, którzy nie są w stanie godnie żyć we własnych krajach. Ale wielu mieszkańców RPA zdaje się już nie pamiętać, jak wyglądało ich życie jeszcze całkiem niedawno. Do względnego dobrobytu bardzo łatwo jest się szybko przyzwyczaić, lecz nie powinno się zapominać, skąd on się wziął i jakim kosztem został osiągnięty. Co do pomników - historia jest jaka jest, zmienić jej się nie da, a czy warto wymazywać i zapominać? Przecież tożsamość mieszkańców RPA została ukształtowana przez tych wszystkich Rhodesów, Krugerów i Gandhich właśnie. 

W obliczu tego typu zdarzeń mam dylemat, bo z jednej strony ogarnia mnie złość i poczucie rozczarowania i bezsilności, a z drugiej jakoś nie mogę przestać wierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone, że ludzie się w końcu opamiętają i że przed tym przepięknym krajem nadal jest wspaniała przyszłość. Może to naiwne, ale jednak w głębi duszy mam przeczucie (i nadzieję), że to ta druga opcja stanie się kiedyś rzeczywistością... 

poniedziałek, 9 marca 2015

Wyścig rowerowy w Kapsztadzie

Co roku w Kapsztadzie odbywa się dość morderczy wyścig rowerowy, do niedawna znany jako Cape Argus, a obecnie Cape Town Cycle Tour. Wczoraj miała miejsce 38 edycja wyścigu, i zapisała się w historii głównie z powodu pożarów, o których pisałam w poprzednim poście. Z powodu zniszczeń i niepewności związanych z zabezpieczeniem zboczy wzgórz znajdujących się wzdłuż zwyczajowej trasy, trasa wyścigu została zupełnie zmieniona i skrócona - ze 109 do zaledwie 47 km... Organizatorzy podejmowali decyzję do ostatniej chwili, ostateczny komunikat pojawił się dosłownie w połowie zeszłego tygodnia. Argus jest bardzo popularny wśród kolarzy, startują w nim nie tylko zawodowi rowerzyści, ale także rodziny z dziećmi (głównie na tandemach), zwykli pasjonaci czy pozytywni szaleńcy w kolorowych przebraniach, a nawet śmiałkowie na rowerach jednokołowych. Dystans jest jednak niebagatelny, a niektóre odcinki naprawdę trudne, więc trening zajmuje dobrych kilka miesięcy. Sporo moich znajomych spędziło sporo czasu przygotowujac się na to wyzwanie, więc można sobie wyobrazić rozczarowanie dość drastyczną zmianą formuły tego wyścigu, szczególnie wśród sporej grupy spoza RPA, głównie z Europy. Okazało się jednak, że niemal wszyscy zarejestrowani uczestnicy pojawili się na starcie - ok. 34,000 rowerzystów! Czyli jedynie ok. 1000 osób podarowało sobie wysiłek niewspółmiermy oczekiwaniom, podczas gdy pozostali postanowili wyrazić solidarność z Kapsztadem i jednak wziąć udział w tym wydarzeniu. Ja byłam jedynie obserwatorem, ale atmosfera była pełna pozytywnej energii, pogoda przepiękna, a po ukończeniu rajdu wszyscy wydawali się zadowoleni. 

Nie mam za wiele zdjęć z samego wyścigu, bo trudno było się dostać w pobliże trasy, więć dorzucam też parę innych widoczków ze spacerów, głównie okolice Sea Point i Camps Bay :-)














poniedziałek, 2 marca 2015

Pożary w Kapsztadzie

Bardzo silne wiatry w Kapsztadzie sprawiły, że pożar, który wybuchł wczoraj rano w okolicy miejscowości Muizenberg, tuż pod Kapsztadem, błyskawicznie rozprzestrzenił się na okoliczne góry i wzgórza na półwyspie. Z żywiołem walczy ponad 300 strażaków. Przewiduje się, że ugaszenie szalejącego ognia może potrwać nawet tydzień. 

Mieszkańcy Kapsztadu starają się, jak mogą, by nie tylko nie utrudniać akcji strażaków, ale także im pomóc: przynoszą na przykład wodę i jedzenie do różnych punktów zaopatrzenia prowadzonych przez wolontariuszy. Nie ma wprawdzie na razie ofiar śmiertelnych, ale spłonęło już kilka domów, a ostatnie doniesienia mówią o tym, że mieszkańcy Hout Bay, miasteczka na południe od Kapsztadu, powinni być przygotowani na ewakuację.

Źródło: http://www.news24.com/Multimedia/MyNews24/Cape-Town-fires-20150302?utm_source=news24-pm-newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=Newsletters
Źródło: http://www.news24.com/Multimedia/MyNews24/Cape-Town-fires-20150302?utm_source=news24-pm-newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=Newsletters
To naprawdę bardzo przygnębiające, bo płonie tak naprawdę spora część parku narodowego i terenów chronionych. Władze SANParks, organizacji zrzeszającej państwowe parki narodowe, nie jest na razie w stanie ocenić strat, ale trzeba pamiętać, że w tej części świata występuje wiele endemicznych gatunków roślin. Formację roślinną o nazwie fynbos (czyt. fejnbos) można zobaczyć tylko tutaj.

Pozostaje mieć nadzieję, że wiatr się uspokoi i ogień uda się jak najszybciej ujarzmić...

niedziela, 7 grudnia 2014

Kapsztad po raz n-ty

Nie wiem już, która to była wizyta w Kapsztadzie? Szósta? Ósma? Nieważne. To miasto nigdy mi się nie znudzi i zawsze odkrywam w nim coś nowego. Nie znam osoby, której Kapsztad by się nie podobał. Może powinnam tam polecieć też w zimie, żeby zobaczyć go w horyzontalnym deszczu ;-) Ale chyba nawet wtedy moja miłość do tego miasta by nie ucierpiała!

Pisałam już o Kapsztadzie kilka razy, więc nie będę się powtarzać, ale choć w zeszłym miesiącu odwiedziłam te same miejsca, to jednak jedna czy dwie przygody dodały smaczku mojemu pobytowi. Nadmieniam, że byłam z przyjaciółką, która chyba też dobrze się bawiła! :-)

Skorzystałyśmy z tzw. czerwonego autobusu, czyli City Sightseeing Cape Town. Bilet na dwa dni, obejmujący trzy trasy, a właściwie cztery, bo z jednej jest jeszcze odnoga do winnic w Constantia, plus opcję przechadzki z przewodnikiem po centrum lub po dzielnicy Bo-Kaap, krótki rejsik łódką po marinie, a nawet nocny przejazd na Signal Hill w celu podziwiania zachodu słońca - wszystko to za 250 randów, czyli ok. 75 zł. Nie najgorzej, prawda? Na pewno taniej niż wynajem samochodu i martwienie się, gdzie go zaparkować, bo w Kapsztadzie to nie zawsze jest takie łatwe! Wprawdzie nie da się przez te dwa dni wszystkiego zaliczyć, ale przynajmniej ma się różne opcje. Jeździłyśmy więc tak, wyskakując w różnych punktach miasta, spacerując i chłonąc po prostu jego atmosferę. 

Postanowiłyśmy też udać się na Robben Island. Ja już tam wcześniej byłam (i pisałam o tym tutaj), ale okazało się, że za drugim razem było to nieco inne doświadczenie. Przygoda zaczęła się przy zakupie biletów. Pan z obsługi przywitał nas przy wejściu do terminalu i kazał poczekać chwilę - poszedł do kas sprawdzić, czy są jeszcze bilety na ostatni prom tego dnia. Okazało się, że są, więc odesłał nas do okienka. Przywitałyśmy się z panem z kasy i wywiązała się następująca rozmowa (dobry przykład lokalnego poczucia humoru):

Ja: Pana kolega przysłał nas do pana, bo podobno są jeszcze bilety na dzisiejszy prom.
Pan z kasy (z kamienną twarzą): Hm, no nie do końca. Mój szef powiedział, że przyszłyście tu zaśpiewać nasz hymn państwowy.
Ja: Serio? Mamy śpiewać Nkosi Sikelel' iAfrika?
Pan z kasy obok (z szerokim uśmiechem): Yes!
Ja: Mogę co najwyżej zanucić, bo nie pamiętam wszystkich słów...
Pan z naszej kasy: Dobra, pokażcie gotówkę.
Ja i przyjaciółka: ???
Pan z kasy: Pokażcie, czy macie kasę na bilet.
Ja: Czyli ile mamy mieć?
Pan z kasy: 560 randów.
Wyciągamy gotówkę i pokazujemy. Potem pan każe sobie dać te pieniądze i, nadal bez mrugnięcia okiem, drukuje bilety i rzuca od niechcenia: Jutro o 9 rano. Ja na to, że ok, może być, i już zbieramy się do wyjścia (bez patrzenia na bilety), gdy pan woła za nami: Nie, dzisiaj o 15! 

No i załapałyśmy się na prom o 15. Który zresztą wcale o tej godzinie nie odpłynął, bo nie wrócił na czas z wyspy, więc czekałyśmy chyba 40 minut. Ale dopłynęłyśmy w końcu, i trafił nam się fantastyczny przewodnik. Jak już pisałam kiedyś, po więzieniu oprowadzają byli osadzeni, z których wielu osobiście znało Nelsona Mandelę. Nam trafił się niezwykle charyzmatyczny człowiek, który ostatnie trzy lata więzienia pracował jako kucharz. Żartował sobie, że gdyby ktoś potrzebował osobistego kucharza, to on się poleca, ale uwaga: wszystko, co przyrządzi, będzie gotowane, nie smażone czy duszone. Nieważne, czy warzywa, czy mięso, czy ryby - wszystko gotowane we wrzątku do obrzydzenia. Ludzie, którzy potrafią z humorem podejść do najtrudniejszych doświadczeń w swoim życiu zawsze mnie zadziwiają i wzbudzają ogromny szacunek. Ten były więzień był bardzo otwarty na pytania, opowiadał o swoich przeżyciach bardzo rzeczowo, ale i obrazowo. Aż chciało się z nim usiąść na wiele godzin, by posłuchać.

To moje ciche życzenie niemal się spełniło, bo gdy wycieczka dobiegła końca, okazało się, że promu nie ma. Wiatr wzmagał się z każdą minutą i drugi przewodnik (w autobusie, który nas obwoził po wyspie) stwierdził, że może być ciężko wrócić, bo ocean jest już mocno wzburzony. Ale zapewnił nas, że gdybyśmy utknęli (my, czyli grupa ok. 50 osób), to jest tu mały hotelik, on też może kilka osób u siebie ugościć (tak, na wyspie są stali mieszkańcy), a poza tym, jak pewnie zauważyliśmy podczas przechadzki po różnych budynkach kompleksu, miejsca jest sporo i nawet łóżek w celach powinno wystarczyć. Ha ha ha ;-) Ostatecznie jednak statek przypłynął i uznano, że da się nas jednak przetransportować do Kapsztadu. To było chyba najdłuższe 45 minut w moim życiu, bo bujało strasznie, a ja nie najlepiej znoszę wzburzone morskie fale... Wysiadłyśmy z przyjaciółką mocno blade, jeśli nie zielonkawe, i musiałyśmy porzucić nasz plan zjedzenia dużej kolacji z winem i lokalnymi smakołykami. Skończyło się na tym, że w supermarkecie kupiłyśmy chleb, trochę sera i warzywa, i wróciłyśmy do hotelu, gdzie wypiłyśmy też sporo herbaty przed snem... A mogłyśmy spędzić noc na pryczy w byłym więzieniu! ;-)



Ogródek Nelsona Mandeli w więzieniu na Robben Island. To on zasadził te rośliny (wtedy było ich więcej, bo rosły też różne warzywa) i to tu ukrywał m.in. rękopis "Long Walk to Freedom"
Nasz przewodnik opowiada o warunkach życia na Robben Island, które zależały od koloru skóry więźnia
Pingwiny na Robben Island
Widok na Górę Stołową i port w Kapsztadzie z promu
Na nabrzeżu V&A Waterfront często występują różni artyści - ta grupa była genialna!
Reszta naszego krótkiego pobytu w Kapsztadzie była już trochę spokojniejsza :-) Pogoda dopisywała (choć nadal bardzo wiało, więc kolejka na Górę Stołową była zamknięta). Fajnie jest pochodzić po centrum, wypić cider w jednej wielu knajpek, czy kupić rękodzieło i inne pamiątki na jednym ze straganów na Greenmarket Square.

Rząd RPA odmówił wizy Dalaj Lamie w tym roku, bo mogło to wpłynąć negatywnie na bliskie stosunki gospodarcze z Chinami... 
Greenmarket Square

Nie mogłyśmy też sobie odmówić kulinarnych przyjemności wyższego lotu. Pisałam na początku roku o Test Kitchen, a tym razem udałyśmy się do La Mouette. Cenowo bardziej przyjaźnie, a dla podniebienia równie udana uczta. Pyszne i pięknie podane potrawy idealnie dopasowane z winem - pycha! Kolacja składająca się z 8 wyszukanych dań (plus wino do 6 z nich) kosztowała w przeliczeniu ok. 180 zł za osobę, czyli moim zdaniem naprawdę niedrogo, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jakość. No i ledwo się wytoczyłyśmy z tej restauracji - nie ze względu na ilość spożytego wina (i wody!), ale jedzenia, którego wcale tak mało nie było! Bardzo polecam to miejsce.


Jedna z ulic w centrum Kapsztadu
I na zakończenie jeszcze kilka obrazków z Ogrodów Botanicznych Kirstenbosch oraz z winnicy Groot Constantia. W Ogrodach byłam też w marcu, czyli jesienią, kiedy już niewiele kwitło, ale i tak było przepięknie. Tym razem miałam okazję zobaczyć więcej wspaniale kwitnących roślin, głównie protei, narodowego symbolu. Kirstenbosch to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc w Kapsztadzie! Oczywiście winnice też znajdują się na tej liście ;-)

Groot Constantia, najstarsza winnica w RPA



Ogrody Botaniczne Kirstenbosch 
Gerbera Jamesona (Barberton daisy)




Protea

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...