Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Madagaskar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Madagaskar. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Najpiękniejsza enigma na świecie*

Madagaskar nadal stanowi zagadkę dla antropologów, archeologów, paleontologów, biologów, i innych "logów". Przede wszystkim dlatego, że nikt tak do końca nie wie, skąd dokładnie wzięli się mieszkańcy wyspy i dlaczego tam się znaleźli. Z wykopalisk wynika, że została ona zasiedlona dopiero ok. 2000 lat temu, czyli bardzo niedawno. Biorąc pod uwagę wygląd większości Malgaszów oraz pola ryżowe można się domyślić, że przybyli z Indonezji. Nawet język malgaski zaliczany jest do grupy austroindonezyjskiej i jest najbardziej zbliżony do języków Borneo. Niektóre z plemion wyglądają jednak bardzo afrykańsko. A powszechnym pozdrowieniem jest słowo... Salama. Tak więc od razu widać, że dużo różnych kultur i nacji tu się wymieszało! 

Społeczeństwo Madagaskaru oficjalnie składa się z 18 grup etnicznych (choć niektóre źródła podają, że jest ich 20 czy 21), z których każda w czymś się specjalizuje i z czegoś jest znana. Na przykład Zafimaniry ("leśni ludzie"), stanowiący podgrupę ludu Betsileo, słyną ze sztuki rzeźbienia w drewnie; Bara (pochodzenia afrykańskiego, a konkretnie Bantu) to najwięksi hodowcy krów zebu, którzy grzebią swoich zmarłych w górskich grotach; a Mahafaly ("ci, którzy tworzą tabu") budują wielkie kamienne grobowce, ozdobione rzeźbami i rogami zebu. Co ciekawe, choć tradycje i wygląd tych wszystkich ludów różnią się od siebie czasami bardzo wyraźnie, wszyscy Malgasze posługują się jednym językiem. Istnieją regionalizmy i różnice w słownictwie czy wymowie (na przykład powitania są różne, dlatego powszechnie mówi się Salama), ale ogólnie wszyscy są w stanie ze sobą się porozumieć. Jak to się stało, że potomkowie indonezyjskich, arabskich i afrykańskich osadników (i pewnie jeszcze malajskich, indyjskich i europejskich) stworzyli jeden język oparty akurat na dialekcie z Borneo? Nie wiadomo. Lingwiści nadal mają zagwozdkę, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę bogactwo językowe sąsiędniego kontynentu afrykańskiego. Dla porównania, na Nowej Gwinei, która jest 3 razy mniejsza od Madagaskaru, znajdziemy aż 700 języków. A na wyspie lemurów tylko jeden! (choć rozróżnia się kilkanaście dialektów).


Grób ludu Bara w skałach Parku Narodowego Isalo
Targ zebu w Ambalavao, jeden z największych na wyspie
Rekonstrukcja typowych drewnianych domów ludu Zafimaniry

A to ta azjatycka twarz Madagaskaru :-)
Grobowiec zbudowany przez Mahafaly

Największą grupę etniczną stanowią Merina - najbardziej "indonezyjski" lud Madagaskaru. Nasz przewodnik Nirina, z którym podróżowaliśmy po wyspie, był jej przedstawicielem, i gdybym go zobaczyła po prostu gdzieś na ulicy czy na zdjęciu, uznałabym, że wygląda na Indonezyjczyka właśnie. Jako że Madagaskar był kolonią francuską (od 1897 do 1958 roku), język ten jest dość powszechnie tam używany. Nirina mówił więc po angielsku z silnym francuskim akcentem, co jeszcze potęgowało wrażenie pomieszania kultur (podobnie odczucie miałam na Mauritiusie, którego populacja pochodzi głównie z Indii, ale mówi po francusku - z indyjskim akcentem!). Bez znajomości podstaw francuskiego będzie zresztą bardzo ciężko się z kimkolwiek porozumieć na Madagaskarze - znajomość języka angielskiego jest znikoma. 


Tablica upamiętniająca pierwszego króla, znajdująca się w kompleksie pałacowym Ambohimanga

Merina to lud królów - zdominowali oni scenę polityczną kraju w XVII wieku, kiedy utworzyli królestwo Imerina w centralnej części wyspy. Jego władcy stopniowo podbijali kolejne tereny i ludy, szczególnie podczas panowania władcy o fantastycznym imieniu Adrianampoinimerina (jego matka nazywała się z kolei Ranavalonanandriambelomasina, więc chyba wygrywa konkurs na najdłuższe imię). To on zbudował twierdzę i stolicę w Ambohimanga, która jest obecnie na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jego syn, król Radama I, kontynuował dzieło ojca po jego śmierci w 1810 roku, i to on jako pierwszy został oficjalnie uznany przez Brytyjczyków Królem Madagaskaru. Prowadził z nimi oraz Francuzami bardzo efektywną politykę, zawarł kluczowe sojusze, zlikwidował handel niewolnikami, zrewolucjonizował szkolnictwo i język (odtąd w zapisywaniu malgaskiego używa się alfabetu łacińskiego), a także rozpowszechnił chrześcijaństwo przy pomocy brytyjskich misjonarzy. Niestety, zmarł w wieku 35 lat (przyczyna śmierci nadal jest dyskutowana - choroba alkoholowa, samobójstwo w wyniku delirium tremens, a może morderstwo?) i władzę po nim przejęła w 1828 roku żona, Ranavalona I. Jej polityka była zgoła inna - izolacjonistyczna, ograniczająca wpływy europejskie, koncentrująca się na podporządkowywaniu (często brutalnym) pozostałych terenów Madagaskaru ludowi Merina. Królowa była bardzo nieufna wobec chrześcijaństwa, formalnie zakazując jego praktykowania w 1835 roku. Obowiązywało to jedynie jej poddanych - obcokrajowcy mieli wolność praktykowania swojej religii, a Ranavalona formalnie uznała zasługi europejskich misjonarzy dla rozwoju kraju. Jednak po ogłoszeniu dekretu o zakazie praktyk chrześcijańskich wśród Malgaszów większość misjonarzy opuściła wyspę. Rozpoczęło się polowanie na czarownice - królowa bezlitośnie karała tych poddanych, którzy złamali jej zakaz. Wielu poddawano testowi tangena, czyli testowi na winę, który był powszechnie stosowaną metodą zaprowadzania porządku i sprawiedliwości. Oskarżony był zmuszony wypić truciznę z orzecha krzewu tangena i zjeść przy tym trzy kawałki skóry kurczaka. Jeśli zwymiotował je wszystkie, uznawany był za niewinnego. Jeśli jednak ich nie zwrócił, wypluł tylko jeden lub dwa kawałki, albo, co gorsza, umarł od trucizny, wtedy jego wina była ewidentna. Szacuje się, że między 20% a 50% poddanych testowi nie przeżywało go...


Ambohimanga - kompleks pałacowy królów Madagaskaru. Drewniane budynki po prawej to grobowce władców, a ciemnobrązowy dom to pałac Mahandrihono, jedyny w całości zachowany budynek z czasów pierwszego króla.
Część mieszkalna kompleksu Ambohimanga. Wewnątrz nie wolno robić zdjęć (to fady, czyli tabu).
Bardzo ważnym epizodem z czasów rządów królowej Ranavalony było pojawienie się niejakiego Jeana Laborde'a. Podczas naszej wyprawy słyszeliśmy jego imię bardzo często. Laborde był poszukiwaczem przygód, który rozbił się u brzegów Madagaskaru w 1832 roku podczas jednej z wypraw. Do uszu królowej dotarła wieść, że rozbitek zna się na produkcji armat, prochu i muszkietów, i wie co nieco o inżynierii. Z miejsca go zatrudniła, zapewniła materiały i siłę roboczą, i dzięki temu Madagaskar uniezależnił się od europejskich dostarczycieli broni. Laborde zbudował kompleks przemysłowy z pomocą kilku innych Europejczyków, a w kolejnych latach wybudował także drogi, kopalnie i mosty w różnych częściach kraju. Napoleon III mianował go później pierwszym francuskim konsulem na dworze Merina.

Królowa Ranavalona dożyła sędziwego wieku 83 lat i zmarła we śnie. Na jej cześć ubito 12 tysięcy zebu, których mięso rozdano poddanym, i wprowadzono 9-miesięczną żałobę. Sam pogrzeb miał dość tragiczne skutki: iskra spowodowała wybuch beczki prochu, która miała być wykorzystana podczas ceremonii, w wyniku czego zginęło wielu uczestników, a także wyleciały w powietrze trzy królewskie rezydencje.

Rządy Ranavalony od tej pory budzą kontrowersje. Jedni uważają ją za szaloną, ksenofobiczną i okrutną królową, inni zaś podziwiają jej niezłomność w walce o zachowanie malgaskich tradycji i o niezależność kraju od wpływów brytyjskich i francuskich. Była to z pewnością bardzo barwna i kontrowersyjna postać. Jej syn, król Radama II, rządził niespełna 2 lata, gdy w wyniku zamachu stanu został uduszony. Potem tron przejęła na 5 lat jego żona, królowa Rasoherina, która podpisała z Wielką Brytanią traktat dający im prawo najmu ziemi i posiadłości na wyspie, a ze Stanami Zjednoczonymi zawarła ugodę handlową. Jej następczyni, królowa Ranavalona II, wykształcona przez Londyńskie Stowarzyszenie Misjonarzy, wprowadziła anglikanizm jako religię państwową. Jej panowanie to czas największych wpływów brytyjskich na Madagaskarze. Ostatnią władczynią była królowa Ranavalona III, która objęła tron w 1883 roku i zasiadała na nim przez niecałe 14 lat. Usiłowała oprzeć się kolonizacji francuskiej poprzez wzmocnienie stosunków handlowych i dyplomatycznych z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi. Nieustanne ataki Francuzów na miasta portowe i stolicę ostatecznie zakończyły się jednak ich zwycięskim przejęciem pałacu królewskiego w 1895 roku. W ten sposób zakończyła się niepodległość królestwa Madagaskaru, a Francja oficjalnie zaanektowała wyspę 1 stycznia 1896 roku. 

Wracając do samych Merina i języka, ich dialektem posługuje się obecnie ok. 25% populacji Madagaskaru, więc często uznawany jest za oficjalny język wyspy - 70% jego słownictwa znajdziemy też w pozostałych dialektach. Język malgaski dzieli się na dwie grupy dialektów - wschodni (w tym Merina i Betsimisaraka, czyli druga pod względem liczby ludności grupa etniczna, oraz dialekty środkowej i północnej części kraju) oraz zachodni (w tym dialekty południa oraz ludu Sakalava, którzy nie są samodzielną grupą, lecz zbiorem kilku mniejszych społeczeństw, zamieszkujących zachodnią część wyspy), ale ogólnie można uznać, że język malgaski to tzw. makrojęzyk, natomiast jego odmiany to etnolekty, czyli dialekty używane przez konkretne grupy etniczne. Dla lingwistów Madagaskar to raj, bo nie dość, że samo pochodzenie języka nadal stanowi zagadkę, to jego bogactwo zachwyca i zdumiewa. Jak pewnie zauważyliście, malgaskie nazwy są zazwyczaj bardzo długie. Stolica kraju to Antananarivo, o pierwszym królu i jego matce pisałam wyżej, a prezydent nazywa się Hery Rajaonarimampianina. To dlatego, że jest to język aglutynacyjny, czyli sklejający różne różne słowa w jedno (to tak najprościej mówiąc). Jak na przykład fiński, w którym też znajdziemy bardzo długie słowa. Tak więc Andrianampoinimerina oznacza Książę Pożądany przez Lud Imerina, a stolica to Miasto Tysiąca. W malgaskim wszystkie słowa kończą się samogłoskami (w każdym mieście i miasteczku znajdziemy mnóstwo małych knajpek i restauracji, które nazywają się... hotely :-)), rzeczowniki nie mają rodzajów, nie znajdziemy też w alfabecie liter c, q, u, w oraz x, nie występuje też połączenie "sk". Dlatego po malgasku nazwa kraju to Repoblikan'i Madagasikara (nie Madagascar), choć to też nie jest słowo rodzime. Pierwsza wzmianka o Madageiscar pojawia się u Marco Polo w XIII wieku i jest tak naprawdę błędnym zapisem nazwy portu w Mogadiszu w Somalii, z którym odkrywca pomylił wyspę :-) Szyk zdania jest rzadko spotykany: czasownik-dopełnienie-podmiot (czyli na przykład "czyta książkę chłopiec"). A sposób wypowiedzi i dobór słownictwa i form gramatycznych zależy od pozycji rozmówcy, jak również od tego, jakie w danym miejscu i czasie występują tabu, czyli fady. Ale to już inna historia, na następny raz :-)

*Tytuł wpisu zapożyczyłam z fascynującej książki o Madagaskarze amerykańskiego dziennikarza Petera Tysona, "Madagascar: The Eighth Continent. Life, Death & Discovery in a Lost World". 

środa, 30 grudnia 2015

Pożegnanie z Afryką... ale tylko na kilka miesięcy :-)

Patrząc dziś rano przez okno domu rodzinnego Tima w miasteczku Ramelton w Donegal w Irlandii, widziałam ciężkie chmury i deszcz padający na przemian z gradem, i wróciłam myślą do słonecznej i upalnej RPA, którą opuściłam na dobre półtora tygodnia temu. Kontrast jest, ale z drugiej strony dawno nie doświadczyłam takiej irlandzkiej pogody, więc jest to nawet całkiem egzotyczne ;-) Czy tęsknię? W jakimś stopniu na pewno, ale zawsze wiedziałam, że będę w RPA tylko przez określony czas, a od roku wiem też, że moja przygoda z Afryką się nie kończy, tylko przenosi w inne rejony. Mam poczucie, że udało mi się wypełnić mój pobyt w RPA niemal do granic możliwości - byłam w tylu miejscach, również w regionie, że tylko sumiennie posegregowane zdjęcia pozwalają mi to wszystko spamiętać. Jutro ostatni dzień roku, więc postanowiłam zrobić bilans i listę najbardziej pamiętnych chwil z tych dwunastu miesięcy. Nie robię jeszcze podsumowania całego pobytu w RPA, bo blog na razie będę kontynuować, mam sporo zaległych wpisów. Ale jak przejrzałam zdjęcia, to okazało się, że każdy miesiąc 2015 roku przyniósł ze sobą jakieś pozytywne i ciekawe wrażenia. To zaczynamy! Linkuję też do konkretnych wpisów :-)

STYCZEŃ

Kemping w Parku Narodowym Marakele. Pojechaliśmy na weekend, żeby się zrelaksować i popatrzeć na zwierzaki przechadzające się po kempingu. Głównie strusie, ale z kempingu widać też wodopój, więc z krzesełka przed namiotem, popijając zimny cydr Savanna, można przyglądać się żyrafom, zebrom, różnym antylopom, a nawet nosorożcom. Strasznie się wtedy spiekliśmy, choć siedzieliśmy pod drzewem w cieniu, bo zapomnieliśmy wysmarować się kremem z filtrem. Ten cień to zmyłka, jak jest ponad 30 stopni, to żadne drzewo nie pomoże. Nosy i ramiona mocno ucierpiały!



LUTY


Kojarzycie tę piosenkę? Okazało się, że menedżer wokalisty jest kuzynem mojej menadżerki, więc mieliśmy okazję poznać Mike'a Rosenberga osobiście. Przesympatyczny facet, a jego koncert w parku przy tamie Emmarentia w Johannesburgu miał radosną, piknikową atmosferę, jak zwykle zresztą (byłam tam też na koncercie Bastille w zeszłym roku). 



MARZEC

Kapsztad z przyjaciółmi i wyścig rowerowy Cape Town Cycle Tour (dawniej zwany Cape Argus). Ja w wyścigu udziału nie brałam, jedynie dopingowałam uczestników, ale fajnie było to wszystko zobaczyć. No i oczywiście Kapsztad jak zwykle nie zawiódł, pogoda była cudowna! Poszliśmy m.in. na rewelacyjne sushi do restauracji o wdzięcznej nazwie Codfather, a na kolację do bardzo fajnej meksykańskiej restauracji El Burro, gdzie podelektowaliśmy się drinkami z różnych rodzajów tequili ;-) 





KWIECIEŃ

Miesiąc bogaty w długie weekendy, święta, i w związku z tym - wyjazdy. Najpierw był malowniczy Park Narodowy Golden Gate Highlands, gdzie spędziliśmy Wielkanoc na wędrówkach po górach. 


Następnie, w połowie miesiąca, odwiedziliśmy Rezerwat Zwierząt Madikwe, gdzie wprawdzie pogoda specjalnie nie dopisała, ale za to napatrzyliśmy się na gepardy, lwy, słonie i nosorożce.




A na koniec miesiąca, gdy znowy był długi weekend, zaliczyliśmy w końcu Mozambik, a dokładnie Vilanculos i okolice, łącznie z Archipelagiem Bazaruto. Chciałabym jeszcze kiedyś pojechać do tego pięknego kraju i zobaczyć inne części wybrzeża, a także Park Narodowy Gorongosa.



MAJ

Tydzień w Warszawie i wieczór panieński oraz wesele mojej przyjaciółki! :-) A poza tym Wild Coast, czyli Dzikie Wybrzeże, kraina Nelsona Mandeli. Nocowaliśmy w różowym rondawelu, jedliśmy tradycyjny chleb lokalnego ludu Xhosa, a plażę dzieliliśmy z... krowami i osłami :-)



W maju udało nam się także dostać na występ komika Trevora Noah w Johannesburgu. Uwielbiam jego poczucie humoru i bardzo się cieszyłam, że zdołaliśmy zdobyć bilety na jego ostatni występ w RPA przed wyjazdem do USA, gdzie przejął od Jona Stewarta prowadzenie popularnego programu The Daily Show. W amerykańskiej rzeczywistości Trevor czasem się gubi, i myślę, że jego humor i styl nie do końca pasują do tamtejszej mentalności, stąd dużo krytyki pod jego adresem. Jest on jednak niezwykle popularny w RPA, Wielkiej Brytanii czy Australii, ze względu na świetny zmysł obserwacji różnych kultur, dowcipy bardzo na czasie i celujące w najbardziej czułe punkty znanych osób czy zdarzeń, ale nigdy nieprzekraczające granicy dobrego smaku, a także... patriotyzm. Trevor śmieje się ze wszystkiego i wszystkich, przedstawia RPA jako kraj absurdów, ale także miejsce fascynujące, z którego jest dumny. Na jego występach sale zawsze są pełne ludzi różnych ras, wyznań czy wieku. Trevor naprawdę potrafi zjednoczyć Południowoafrykańczyków i jest w RPA wręcz wielbiony. Do tego wszystkiego jest też bardzo przystojny i przesympatyczny ;-) Poniżej fragment jego występu w Londynie.



CZERWIEC

W kultowym klubie jazzowym The Orbit w Johannesburgu świętowaliśmy zaręczyny przyjaciół. Przy muzyce na żywo pod przewodnictwem cenionego saksofonisty Steve'a Dyera zjedliśmy pyszną kolację i poczuliśmy wspaniałą atmosferę tego miejsca.


Klimaty były mniej więcej takie: 



Jeden z weekendów spędziłam z grupą nabliższym znajomych na wędrówce szlakiem Cycad Trail w prowincji Mpumalanga. Nocowanie w chatce nad kanionem, ogniska i spektakularne zachody słońca - niewiele więcej potrzeba do szczęścia! :-)



Jedną z sobót natomiast poświęciłam na spacer po Johannesburgu z przewodnikiem Geraldem Garnerem z JoburgPlaces (http://www.joburgplaces.com/). Byłam już z nim kiedyś na podobnej wycieczce, podczas której dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy o historii Johannesburga. Tym razem odwiedziliśmy Fashion District, czyli dzielnicę, w której młodzi, aspirujący projektanci mają swoje butiki, robią pokazy mody i kupują tkaniny, oraz Little Ethiopia, gdzie zjadłam tradycyjną etiopską indżerę i wypiłam prawdziwą etiopską kawę. 





LIPIEC

Znów wyjazd do Europy, tym razem Wielka Brytania i ślub przyjaciół w hrabstwie Oxfordshire. Przy okazji pojechałam m.in. do Oxfordu i Stratford, odwiedziłam imponujący Blenheim Palace w Woodstock, a także Zamek Highclere, czyli Downton Abbey! Jestem wielką fanką serialu i nawet deszcz nie był w stanie odwieść mnie od planu zawitania do tego miejsca :-)  

SIERPIEŃ

Długi weekend w Rwandzie. Robiliśmy rekonesans, bo to tam wyjeżdżamy w przyszłym roku! Fascynujący kraj o bardzo trudnej przeszłości, który nie tylko podniósł się po koszmarze roku 1994, ale ma ogromne ambicje być Singapurem Afryki. Na pewno będzie to bardzo ciekawe miejsce do mieszkania i oczywiście blogowania :-)

Poza tym jeszcze Kapsztad i spacer po dzielnicy muzułmańskiej Bo-Kaap, słynącej z kolorowych domków.


A na zakończenie weekend w miasteczku Tulbagh, gdzie dominują winnice i piękne krajobrazy.



WRZESIEŃ

Madagaskar! Tak, jestem Wam winna sporo wpisów, bo jak dotąd opublikowałam tylko jeden, z obietnicą dalszego ciągu... Ale potem jakoś cała moja energia skupiła się na przygotowaniach do zakończenia pracy i pakowania całego dobytku, i zupełnie wypadłam z rytmu... W styczniu nadrobię :-)

PAŹDZIERNIK

Jak co roku, jakarandy kwitły w Pretorii i miasto okryło się fioletem. To naprawdę przepiękny spektakl przyrody! 


Odbyliśmy także pożegnalną wycieczkę do naszego ulubionego parku narodowego Pilanesberg. A w jedną z niedziel wybraliśmy się na cotygodniowe targi Arts on Main w Johannesburgu, gdzie można kupić nie tylko dzieła młodych artystów, ale także pyszne jedzenie.




LISTOPAD

Weekend w Durbanie i degustacja lokalnego specjału - bunny chow, czyli curry w wydrążonym bochenku chleba. Pycha!



A poza tym w Pretorii było gorąco i sucho, więc łapałam na leżaku w ogrodzie promienie słońca i ładowałam akumulatory witaminą D ;-)

GRUDZIEŃ

Pakowanie, mnóstwo pożegnalnych lunchów, drinków i kolacji ze znajomymi. Ostatni wyjazd do Kapsztadu i wizyta w Ogrodach Botanicznych Kirstenbosch, a następnie w miasteczkach Stanford i Greyton, oraz w głuszy na północ od gór Cederberg, niemal już w rejonie Namaqualand, na farmie Oudrif. 




Takie cuda w menu jednej z knajpek w Greyton :-)
Winnice wszędzie, więc trzeba było się choć w jednej zatrzymać!
To też Greyton, niesamowicie urocze miasteczko.
Farma Oudrif na końcu świata, cudowny relaks.
Święta spędziłam w Polsce, w rodzinnym Szczecinie i nad morzem w Niechorzu, a na ostatni tydzień roku przeniosłam się do Irlandii. 

I tak oto dobiegł końca nie tylko mój pobyt w RPA, ale też cały niezwykły rok 2015. Dziękuję Wam wszystkim za to, że zaglądacie tutaj, czytacie, czasem komentujecie, lubicie stronę bloga na Facebooku - to dla mnie motywacja, żeby nadal dzielić się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami. Jak już chyba gdzieś wspominałam, będę tworzyć nowy blog, o Rwandzie i Afryce Wschodniej, ale tam wyląduję dopiero w maju. Do tego czasu nadrobię zaległości tutaj i wrzucę jeszcze całkiem sporo wpisów, których zalążki siedzą w szkicach i jakoś nie mogły się dotąd wykluć. Będę miała teraz trochę więcej czasu (tak przynajmniej myślę!), więc nie ma zmiłuj ;-) 

Mam nadzieję, że ten rok był dla Was łaskawy, a następny będzie jeszcze lepszy i przyniesie dużo radości i ciekawych, pozytywnych doświadczeń. Do zobaczenia w 2016! :-)

poniedziałek, 5 października 2015

Lemury, kameleony i inne stwory

Dwa tygodnie na Madagaskarze - to dużo czy mało? Właściwie jedno i drugie. Dużo - bo da się zobaczyć całkiem sporo na tej ogromnej wyspie, a wszystko potęguje niemal permanentny zachwyt, zdziwienie czy niedowierzanie nad niesamowitą florą, fauną i krajobrazami. Mało - bo jednak tyle jeszcze zostało, do tylu miejsc się nie dotarło, tyle trzeba było wyrzucić z programu, żeby nie spędzić całego pobytu w samochodzie, telepiąc się na dziurawych drogach... Ale jak na pierwszy raz to wystarczy, apetyt mocno zaostrzony, już się odgrażam, że znów mnie na Madagaskarze zobaczą, i to raczej w niedalekiej przyszłości ;-)

Przywiozłam, oprócz pamiątek i 1200 zdjęć, również mnóstwo wrażeń i nowej wiedzy. Nie da się tego wszystkiego zmieścić w jednym wpisie, więc zacznę od rzeczy lekkich i przyjemnych, czyli zwierzątek. Madagaskar, jak wiadomo, to ojczyzna lemurów - występują one tylko tam i jest ich ponad 100 gatunków. W ogóle 90% zwierząt i roślin obecnych na wyspie jest endemicznych, dlatego nazywa się ją często ósmym kontynentem. 

Jak się okazało, lemury można dość łatwo znaleźć w wielu parkach narodowych. O wiele łatwiejsza sprawa niż szukanie Wielkiej Piątki w RPA! ;-) Różnica polega też na tym, że na Madagaskarze w parkach chodzi się z przewodnikiem. My zaczęliśmy od mini-rezerwatu Marozevo w drodze do Parku Narodowego Andasibe-Mantadia. Mają tam grupkę lemurów, które wprawdzie żyją sobie swobodnie w lesie, ale jak pojawiają się ludzie, to pędzą na spotkanie - wiedzą, że będą banany :-) To było nasze pierwsze bliskie spotkanie z lemurami. Zwierzęta te są bardzo łagodne, ciekawskie, nie boją się ludzi, i mają mięciutkie futerka. Cieszyłam się jak dziecko, bo karmienie lemura bananem okazało się wielką frajdą!




W tym samym rezerwacie znajdziemy także sporą kolekcję kameleonów i gekonów, jak również węże boa, ćmy, motyle czy żaby. Przewodnik wyławiał je dla nas z gęstej roślinności, można było sobie też potrzymać różne okazy :-)







Dorosłe kameleonki :-D

A to tenrek - podobny do jeża i prowadzący nocn tryb życia, więc czuł się trochę zagubiony w pełnym słońcu, bo go obudziliśmy ;-)

W Parku Narodowym Andasibe-Mantadia wybraliśmy się na wieczorny spacer z przewodnikiem w poszukiwaniu lemurów, ale akurat tych nie udało nam się tym razem spotkać. Za to znaleźliśmy pająki (bleee), żaby, ćmy, wielkiego kameleona i węża z gatunku Pseudoxyrhopus. Na Madagaskarze występuje wiele gatunków węży, ale żaden nie jest groźny dla człowieka, bo nie są jadowite. 




Za dnia park Andasibe-Mantadia jest oazą spokoju. Podczas wycieczki z przewodnikiem natknęliśmy się na kilka gatunków lemurów. Najważniejszy to Indri - jedyny bez długiego ogona, śpiewający (wrzucałam filmik na fanpage'u fejsbukowym) i, jak wszystkie lemury, pełne gracji, gdy przeskakują 10 metrów z jednej gałęzi na drugą. Biegliśmy przez las deszczowy, podążając za ich śpiewem, a potem dość długo po prostu gapiliśmy się na nie i podziwialiśmy ich grację i umiejętności wokalne :-) Potem spotkaliśmy jeszcze zagrożony gatunek lemurów sifaka. Radośnie skakały sobie z drzewa na drzewo, konsumowały liście (wszystkie lemury to wegetarianie), a jeden bardzo zainteresował się kijkami typu nordic walking pewnej amerykańskiej turystki. Kijki stały oparte o drzewo, a lemur powoli schodził z drzewa. Gdy nagle wyciągnął łapkę w ich kierunku, tylko refleks przewodnika amerykańskiej grupy uratował ich właścicielkę od spędzenia reszty wakacji z jednym kijkiem albo w ogóle bez nich ;-)


Śpiący lemur brązowy
Indri
Diademed sifaka - to on właśnie zasadził się na kijki amerykańskiej turystki :-)
Madagaskar zachwyca też różnorodnością owadów i motyli, a boa dusiciele wygrzewają się w słońcu na przykład na moście, przez który przechodziliśmy.





Tuż obok parku Andasibe-Mantadia znajduje się prywatny rezerwat przyrody Vakona, a nim - wyspa lemurów. Cóż to za radocha, móc nakarmić lemura bananem, a on wskakuje na plecy i chce więcej! Dawno się tak nie uśmiałam, najlepsza terapia na wszelkie smutki :-) 






Te urocze pluszaki to lemury żywiące się bambusem - więc niestety nie skorzystały z bananowej uczty! ;-)
Kolejnym parkiem narodowym, do którego zawitaliśmy, był Ranomafana. To przepiękny las deszczowy, w którym oprócz lemurów znajdziemy też kameleony, gekony, żaby, orchidee, bambusy, ogromne palmy i paprocie - i jakimś cudem ani jednego komara :-) Na wieczornym spacerze udało nam się zobaczyć nocny gatunek lemura, jest najmniejszy i dlatego zwany mysim. Było ich kilka i bardzo szybko biegały i skakały po drzewach, ale udało mi się zrobić zdjęcie, gdzie widać go w miarę wyraźnie, zwłaszcza oczy :-)




Maleńka orchidea
Jedno z najbardziej niesamowitych stworzeń - gekon Uroplatus Phantasticus, o szatańskim wyrazie "twarzy" i ogonie w kształcie liścia. 


Widzicie żabkę? :-)


Uroczy kameleon, a w tle orchidee.

Lemur mysi - wygląda trochę jak chomik z wytrzeszczonymi oczami :-D


Najbardziej chyba znanym lemurem jest catta - to ten z długim ogonem w biało-czarne pasy. Nazwa gatunka wzięła się stąd, że lemury te miauczą jak koty :-) Widzieliśmy ich mnóstwo w małym, lecz pięknie położonym parku Anja (czyt. anza). Catta niespecjalnie się nami interesowały, zajmowały się sobą, ganiając się po drzewach, wypoczywając na kamieniach, i zajadając liście i owoce. 





Ostatnim parkiem narodowym, do którego zawitaliśmy, był zachwycający Isalo. Krajobraz chwilami jak na Księżycu, w niektórych miejscach jak w tropikach, kaniony, skały, rzeki, wodospady i jeziorka o krystalicznie czystej wodzie... Coś przepięknego! Nad naszymi głowami krążyły kanie i myszołowy, na drzewach kryły się kameleony i patyczaki, a pod kamieniem znaleźliśmy nawet malutkiego skorpiona. Niewinnie wyglądające czerwone kwiaty na skałach to w rzeczywistości rośliny mięsożerne, szarańcza jest ogromna i bardzo kolorowa,a białe włoski na gałęzi to gatunek insekta... Jak inna planeta :-)




Iguana wygrzewająca się w słońcu.
Kolejny gatunek lemura :-)
Lemury catta też znajdziemy w Isalo.


To tak tytułem wstępu. Zostało jeszcze bardzo, bardzo dużo - nie tylko krajobrazy i roślinność, ale też historia kraju, opowieści o jego tajemniczych mieszkańcach, ich języku i obyczajach, o jedzeniu, pogodzie, architekturze, krowach... Nawet o Batmanie będzie, ale nie o tym, o którym myślicie ;-) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...