Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2016

Afrykański bakcyl

Jestem w Londynie od trzech miesięcy i od jakichś dwóch tygodni nie ma dnia, bym nie myślała już bardzo intensywnie o powrocie do Afryki. Nie narzekam na nic specjalnie - mam tu wielu znajomych (również jeszcze z czasów studenckich), udało mi się znaleźć fajną pracę, chodzę na wystawy, do kina, w ogóle dużo chodzę ot, tak sobie (co w RPA było nie do końca takie oczywiste), odświeżam garderobę (wyprzedaże śródsezonowe!), i nawet delektuję się pogodą, która w sumie jest bardzo łaskawa (a obserwowanie prawdziwej wiosny też jest bardzo fajne, bo wygląda to jednak zupełnie inaczej, niż w RPA). A jednak wiem, że to nie moje miejsce. Na krótki okres tak, jak najbardziej, ale nie mogłabym tu mieszkać. I nie chodzi tylko o to, że to Londyn - nie mogłabym już po prostu mieszkać w żadnym wielkim mieście. Nawet Warszawa mnie przytłacza. Odzwyczaiłam się od wszechobecnych tłumów, hałasu, ludzi pędzących na łeb, na szyję, nie znajdujących czasu nawet na to, by spojrzeć na drugą osobę w metrze czy autobusie. Zasmakowałam w życiu na wolniejszych obrotach, w większej przestrzeni, w bezkresnych horyzontach, w bliższym kontakcie z naturą. Chcę już wracać do tego innego świata, słowem - złapałam afrykańskiego bakcyla i już się go nie pozbędę :-) To dość powszechna przypadłość i raczej nieuleczalna. Wielu ludzi, którzy raz postawili stopę na kontynencie afrykańskim, czuje nieodpartą chęć powrotu. Coś ich tam ciągnie - może inny zapach powietrza i ziemi, zwłaszcza po deszczu; może ludzie; może te wszystkie parki narodowe z dziką zwierzyną; może różnorodność i zaskoczenia, które czekają na każdym kroku i weryfikują nasze wyobrażenie o Afryce... A może wszystko to naraz. Przeczytałam właśnie kolejne dwie książki południowoafrykańskich autorów i choć obie są dość ponure (jedna to reportaż z posiedzeń Komisji Prawdy i Pojednania, a druga to powieść oparta na wydarzeniach z czasów apartheidu), to i tak zatęskniłam za tym pokręconym krajem :-) A przecież zaraz przeprowadzam do chyba jeszcze bardziej skomplikowanego państwa, i już nie mogę się doczekać. Afryka to kontynent kontrastów, który rozbudził we mnie pewnego rodzaju masochizm :-D Tyle rzeczy mnie tam bulwersuje, tyle frustruje, tylu rzeczy nie pojmuję, tyle po prostu mnie wkurza, ale jednak o wiele więcej dziwi i zachwyca. Dlatego chętnie pojadę tam znów się trochę pomęczyć, próbując pojąć rzeczy i ludzi, których pewnie i tak nigdy do końca nie zrozumiem, ale których obecność jakoś mnie wewnętrznie rozwija i zmusza do poszerzenia horyzontów myślowych. Do wyjazdu zostało niecałe 6 tygodni, odliczanie rozpoczęte :-)

sobota, 2 kwietnia 2016

Przyjaźń na emigracji

Nie odkrywam Ameryki stwierdzeniem, że wyjazd dokądś na dłużej weryfikuje nasze stosunki z ludźmi. Odległość ma na pewno wpływ na to, jak układają się nasze relacje z rodziną i znajomymi, i zazwyczaj okazuje się, że następuje w nich dość znacząca zmiana. Niekoniecznie na gorsze, ale na pewno jest wtedy inaczej. W Klubie Polki na Obczyźnie w kwietniu i maju polskie blogerki z całego świata piszą o przyjaźni właśnie. Jak to z nią jest na tej obczyźnie? Czy da się utrzymać przyjaźnie z Polski, zawrzeć nowe w nowym kraju? Interpretacja tematu jest dowolna, bo każdy człowiek ma przecież nieco inne pojęcie na ten temat. Dziś pora na moje przemyślenia :-)

Gdy wyjeżdżałam z Polski, zostawiałam za sobą rodzinę, fajną pracę (i cudownego szefa) oraz mnóstwo znajomych, bliższych i dalszych. To sporo. Wprawdzie mam w sobie gen samotnika (lubię, i potrafię, być sama ze sobą), to jednak na dłuższą metę bliskie kontakty z ludźmi są mi jednak potrzebne. Byłam więc ciekawa, i trochę się obawiałam, jak się odnajdę w tej nowej sytuacji. Na studiach miałam grupkę koleżanek, z którymi znajomość stopniowo się zacieśniała i do tej pory stanowimy paczkę. Jest nas sześć, po studiach nadal regularnie się spotykałyśmy, urodzinowo, na weselach, albo po prostu na kawę. Nie zawsze wszystkie mogły, jedna wyjechała od razu za granicę, ale jakoś się tak trzymałyśmy. I nadal się trzymamy, choć w pełnym gronie widzimy się rzadko. Każda z nas ma swoje życie, w różnych miejscach, ale jednak ta więź pozostała. Gdy przeniosłam się do RPA, bardzo częsty kontakt miałam z jedną z nich (którą mogę nazwać przyjaciółką właśnie; godzinami wisiałyśmy i nadal często wisimy na Skype'ie, odwiedziła mnie również w RPA, a potem dołączyła też z mężem do wyjazdu na Madagaskar). Z pozostałymi dziewczynami wymieniałam regularnie wiadomości na Facebooku, choć po jakimś czasie trochę ta korespondencja zwolniła, a w jednym przypadku całkiem zanikła, głównie dlatego, że akurat ta koleżanka z mediów społecznościowym po prostu prawie nie korzysta. Jednak kiedy po półtora roku nieobecności pojechałam na wakacje do Polski, nasze wspólne spotkanie było takie, jak dawniej, tylko trochę bardziej intensywne i przyprawione moimi opowieściami afrykańskimi :-) I wiem, że jak się znów wszystkie zobaczymy, to będę się czuła w tym towarzystwie swobodnie i na pewno nie zabraknie nam tematów do rozmowy. Z czasów studenckich mam jeszcze jedną przyjaciółkę, z którą dzieliłam mieszkanie i która jest mi bardzo bliska. Też już nie mieszka w Polsce od kilku lat, więc w realu widziałyśmy się w ostatnich czterech latach dwa razy (raz w RPA, bo też przyjechała do mnie). Na Skype'ie rozmawiamy sporadycznie, ale jak już nam się uda umówić, to siedzimy do później nocy i gadamy głównie o książkach :-) Wymieniamy też czasami smsy i maile. Do przyjaciółek zaliczam też koleżankę poznaną w pracy w Warszawie, która również niedawno wyemigrowała. Ona też pofatygowała się z wizytą do RPA, a potem z jeszcze jedną, tym razem do Namibii. Z nią z kolei komunikuję się bardzo często, ale na Facebooku. Na Skype'ie rozmawiałyśmy może ze dwa razy, jakoś lepiej nam wychodzi pisanie niż gadanie ;-) Mam więc trzy Przyjaciółki - to poważne słowo, bo oznacza kogoś więcej, niż dobrą koleżankę. To osoby, co do których mam pewność, że przyjdą mi z pomocą i wesprą, gdy znajdę się nad przepaścią. Nie oznacza to, że na pozostałe "dobre koleżanki" nie mogę liczyć, wręcz przeciwnie, nie sądzę, by mi odmówiły wsparcia. Ale po prostu te trzy dziewczyny są mi najbliższe z całego grona i czuję, że to właśnie do nich bym się zwróciła w momencie kryzysowym. Instynktownie wiem, że stanęłyby na głowie, by mi pomóc. Żeby jednak nie było nieporozumień - nie definiuję prawdziwej przyjaźni wyłącznie jako gotowości do udzielenia pomocy w potrzebie. To tylko jeden z aspektów. Najważniejsze jest bowiem zaufanie. Ja im po prostu ufam, wiem, że to, co im mówię, nie będzie użyte przeciw mnie, że nie powtórzą nikomu moich osobistych zwierzeń, że nie będą mnie oceniać, tylko wysłuchają, dadzą się wygadać, i jak je poproszę, to też doradzą, podzielą się swoim zdaniem. I to oczywiście działa również w drugą stronę. Uważam się za szczęściarę, bo pomimo odległości i faktu, że rzadko się widzimy, udało nam się utrzymać coś tak cennego.

No ale jak już jest się na tej obczyźnie, i chce człowiek wyjść na tę kawę czy spontanicznie wina się z kimś napić, poplotkować, pośmiać się, to trzeba jednak znaleźć jakieś towarzystwo na miejscu. Chyba, że wystarcza nam życiowy partner, ale mnie nie wystarcza, bo jednak na babskie pogaduchy go nie namówię ;-) W RPA trafiłam od razu do społeczności brytyjskich ekspatów, bo sama do niej należałam przez pracę T. Pracowałam w towarzystwie mieszanym, ale mieszkałam na osiedlu z kolegami i koleżankami z pracy oraz ich rodzinami, więc bliższa integracja była jak najbardziej możliwa (choć wcale niekonieczna, wiele osób nie chciało się zbyt blisko zaznajamiać i nikt im niczego nie narzucał. To było fajne, żadnego przymusu). Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie przyjechały do Pretorii dwie bezdzietne pary w podobnym wieku i zamieszkały w naszym kompleksie. Tak jak my po raz pierwszy znaleźli się w obcym kraju na dłużej. Dość szybko się zaznajomiliśmy i mogę teraz z czystym sumieniem powiedzieć, że to też są moi przyjaciele. W RPA jeździliśmy razem na wakacje, wychodziliśmy na imprezy, robiliśmy wspólne pikniki, poznaliśmy rodziców, rodzeństwo, znajomych, którzy przyjeżdżali w odwiedziny - po prostu spędzaliśmy razem dużo czasu i świetnie się dogadywaliśmy. Byłam ciekawa, jak to się przełoży na rzeczywistość po-RPA, gdy zaczniemy jedno po drugim stamtąd wyjeżdżać. Pierwsza para wyjechała w lipcu - spotkaliśmy się wtedy w Anglii na weselu drugiej pary, która z kolei opuściła RPA w listopadzie. Ja i T. byliśmy ostatni na placu boju. Ale nasz kontakt z pozostałymi wcale się nie urwał, a wręcz przeciwnie, nadal kwitnie. Nazwaliśmy się SA Gang (od South Africa) ;-) Mamy grupę o tej nazwie na WhatsApp, gdzie wysyłamy sobie różne wiadomości kilka razy w tygodniu i ustalamy kolejne spotkania. Dzielimy się naszymi sukcesami, porażkami, kibicujemy sobie w trudnych chwilach. Jedna z tych dwóch par przechodziła na przykład przez ogromnie stresującą procedurę in vitro i wspieraliśmy ich, jak tylko się dało (powiodło się na szczęście, będziemy wujkami i ciociami za miesiąc :-)). Wiemy o sobie wzajemnie całkiem sporo, wiemy, że możemy liczyć na pozostałych - nie tylko w kłopocie, ale też w zabawie i zwykłej przyjacielskiej rozmowie. Choć pochodzimy z różnych miejsc i wyrośliśmy w różnych realiach, połączyło nas doświadczenie życia w RPA. Gdy się spotykamy, jesteśmy w swoim własnym świecie, który tylko my rozumiemy, mamy swój własny język i wspólne wspomnienia. Zupełnie jak ja w towarzystwie moich psiapsiółek z Polski - jak się już rozgadamy, to osoby postronne chyba nic nie rozumieją z tej paplaniny ;-) 

Pewnie się jednak zastanawiacie, czy udało mi się zaprzyjaźnić z kimś z samej RPA? Odpowiedź brzmi krótko: nie. Zawrzeć sporo znajomości, owszem, udało się. Ale żadna nie jest na tyle bliska, by można było mówić o przyjaźni. Nawet nie wiem, czy nazwałabym to koleżeństwem, chyba właśnie "znajomość" najlepiej to oddaje, bo to relacje serdeczne, lecz powierzchowne. Z czego to wynika? Trudno powiedzieć, ale chyba głównie ze skomplikowanego charakteru południowoafrykańskiego społeczeństwa oraz z tego, że obracałam się w dość specyficznym towarzystwie. Ogromna większość moich współpracowników była czarna, pochodząca z różnych narodów, które zamieszkują ten kraj, a każdy ma swój język i kulturę (przypomnę, że jest tu 11 języków oficjalnych). Powiem bez ogródek: fakt, że jestem białą Europejką miał znaczenie. To w RPA po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, jak ważny jest mój kolor skóry. On, a także moje pochodzenie, w oczach wielu ludzi automatycznie stawiały mnie w pozycji uprzywilejowanej i oderwanej od ich rzeczywistości. I oczywiście, że byłam uprzywilejowana. Mieszkałam w ładnym dużym domu, którego utrzymanie nic mnie kosztowało. Miałam ubezpieczenie zdrowotne, które uprawniało mnie do korzystania z prywatnej kliniki za darmo albo za stosunkowo niewielką opłatę. Zarabiałam tyle samo, co inni lokalni pracownicy, ale to były pieniądze "na waciki", a nie na rachunki czy na utrzymanie całej rodziny. Mogłam sobie więc pozwolić nie tylko na podróże, dobre jedzenie i wino, ale także na oszczędzanie. Wiem jednak, że byłam lubiana, nikt nigdy nie sprawił mi przykrości ani nie powiedział złego słowa. Ba, udało mi się nawet namówić kilkoro kolegów i koleżanek na otwartą dyskusję o wyborach prezydenckich - to był mój mały sukces, bo z Brytyjczykami nie chcieli się dzielić swoimi poglądami politycznymi, a ze mną usiedli przy jednym stole. Po części to chyba dlatego, że zawsze podkreślałam, iż dobrze zdaję sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej pozycji i jestem za nią po prostu wdzięczna losowi. Mówiłam też otwarcie o tym, jak bardzo się cieszę, że mogę w tym kraju mieszkać, że mogę się tyle nauczyć o życiu w innej kulturze, poznać trudną historię RPA, i zobaczyć tyle pięknych miejsc. Często moje szczere zachwyty budziły zdumienie, pozytywne, ale jednak. Ludzie chcieli wiedzieć, dlaczego tak mi się tam podoba, co jest w ich ojczyźnie takiego wspaniałego. I tak sobie często fajnie gawędziliśmy, i niejednokrotnie okazywało się, że mieszkańcy RPA w sumie mało wiedzą o tym, jak niezwykle piękny i ciekawy jest ich kraj. Ale miałam też wrażenie, że traktowano mnie trochę inaczej, bo choć jestem biała i z Europy, to jednak nie z kraju byłego kolonizatora, tylko z ojczyzny Lecha Wałęsy, którego wiele osób wspominało z uznaniem jako tego, który był dla nich inspiracją w czasach apartheidu. Więc tu mieliśmy jakiś punkt wspólny, dwa narody o mocno pokręconej historii, walczące całkiem niedawno o wolność, niby tak odległe, a sporo podobieństw się znalazło. Jednak społeczeństwo RPA jest nadal bardzo podzielone samo w sobie. W pracy było to najlepiej widać w porze lunchu, gdy Tswana siedzieli w swoim gronie, Sotho w swoim, Venda w swoim, a ci spoza RPA (z Kenii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Ugandy) gdzieś z boku. Niektórzy Brytyjczycy próbowali się przyłączać, ja też, ale ostatecznie jakoś się to rozpływało i wszystko prędko wracało do poprzedniego porządku. To jest trudny temat i na pewno jakieś mądre socjologiczne i kulturoznawcze głowy już go profesjonalnie opisały. Ja mogę jedynie mówić o własnym doświadczeniu życia przez niecałe 4 lata w Pretorii, mieście mocno osadzonym w kulturze afrykanerskiej, i pracy w brytyjskiej ambasadzie. Dość powiedzieć, że choć na imprezach w pracy dobrze się wszyscy wspólnie bawiliśmy i wydawało się, że się lubimy i kumplujemy, to jednak nigdy nie byłam u nikogo w domu. Tylko jedna dziewczyna swobodniej się z nami, europejskimi białasami, integrowała, ale ona akurat była Kolorowa i z Kapsztadu, więc też trochę outsiderka w tym pretoriańskim świecie. Co ciekawe, Afrykańczycy z innych krajów kontynentu, czy czarnoskórzy Brytyjczycy też niespecjalnie się w RPA odnajdują (pisałam o kilku takich przypadkach w serii Portrety)...

Mogłabym tak pewnie jeszcze długo dywagować, snuć teorie i rozważania, ale nie wiem, czy doszłabym do jakichkolwiek satysfakcjonujących wniosków. RPA to fascynujący kraj, gdzie nic nie jest jednoznaczne. Mnie się to akurat zawsze podobało, bo zmuszało mnie do myślenia, analizowania, czytania, pytania, rozmawiania. Nic tu nie jest czarno-białe (haha), wszystko zależy od tego, z kim się rozmawia, z jakiego regionu ta osoba pochodzi, jaki jest kolor jej skóry, ile ma lat, jakiej jest narodowości, gdzie my sami przebywamy, jak długo, w jakim gronie... Głowa może rozboleć, ale nudno na pewno nie jest :-) A poza tym - pokażcie mi kraj, który można łatwo zrozumieć ;-) 

Podsumowując jednak temat przewodni - mam szczęście, bo nie tylko udało mi się utrzymać przyjaźnie jeszcze z Polski (co nie byłoby możliwe bez wysiłków również ze strony psiapsiółek oczywiście), ale znalazłam także wspaniałych przyjaciół w RPA. W sumie to chyba nie jest ważne, jakiej są narodowości. Po prostu znaleźliśmy wspólny język, mamy podobne poczucie humoru i zainteresowania, dobrze nam ze sobą. Ważne, żeby się tym cieszyć i to pielęgnować :-) 

czwartek, 10 grudnia 2015

Pakowanie, wyprowadzka, refleksja...

Pakujemy się. Z Pretorii wyjeżdżamy we wtorek, na tydzień wakacji w Kapsztadzie i okolicach, żeby złapać trochę słońca i odpocząć, a 21 grudnia opuszczamy RPA na dobre. Robię więc porządki, w szafach szczególnie, bo ciuchów mi się uzbierało dużo za dużo. Oddaję głównie mojej pani do sprzątania, która rozdziela potem w rodzinie i wśród sąsiadów. Niektóre rzeczy jednak są mocno znoszone, więc uznaję, że nie wypada oddawać, raczej już trzeba wyrzucić, bo nie da się już tego nosić.

Dziś rano natknęłam się na panią, która sprząta u sąsiadki. Wymieniłyśmy pozdrowienia, powiedziałam jej, że wyjeżdżamy, więc ona zapytała, czy mam jakieś rzeczy do oddania. Powiedziałam, że właśnie przeglądam i za chwilę podrzucę jej coś. Kobieta ma trójkę własnych dzieci, ale wychowuje też dwoje zmarłego brata. Sama. Gdy zaniosłam jej trzy wypchane siatki, była bardzo wdzięczna. Jak mi powiedziała - pochodzi z Zimbabwe, więc w RPA nie jest jej łatwo (jak większości imigrantów z sąsiednich krajów), no i na niewiele ją stać z pensji sprzątaczki. Kupowanie ubrań to przecież ogromny wydatek, zwłaszcza jak się ma tyle dzieci do wykarmienia. "Ten top, który mam na sobie, znalazłam tu na śmietniku. To chyba ty wyrzuciłaś?" Owszem, wyrzuciłam. Wyciągnięta, mocno zszargana koszulka, znoszona niemal do granic możliwości - nie przyszło mi do głowy, że ktoś może chcieć ją ubrać. A jednak. Okazuje się, że możliwość wyrzucenia nawet najbardziej znoszonych ubrań to luksus. Mnie może się ta rzecz wydawać mocno nieatrakcyjna po latach ciągłego noszenia, ale dla kogoś tuż obok to mały skarb. W RPA łatwo czasami zapomnieć, że większość społeczeństwa żyje bardzo skromnie, a wielu wręcz w nędzy. Mijamy się na ulicach, w sklepach, przejeżdżam piękną autostradą tuż obok slumsów nawet ich nie widząc, bo stały się częścią krajobrazu. Jasne, że kontrasty są wszędzie, ale RPA to jedno z najbardziej rozwarstwionych społeczeństw na świecie. Przywiązałam się do tego kraju, spędziłam tu mnóstwo cudownych chwil, lecz nie dałabym chyba rady tu mieszkać na stałe...

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Muzyka łagodzi obyczaje

Niedzielny wieczór spędziłam ze znajomymi w klubie jazzowym w Johannesburgu, w dzielnicy Braamfontein. Miejsce nazywa się The Orbit i jest to także bistro. Gwiazdą wieczoru był Steve Dyer, znany i szanowany w Afryce Południowej saksofonista z bardzo bogatym życiorysem, nie tylko muzycznym. Urodzony w Pietermaritzburgu w 1960 roku, sam nauczył się grać na gitarze jako dziecko. Ukończył Uniwersytet w Natalu z dyplomem z muzyki klasycznej, po czym wyjechał do Botswany, gdzie przyłączył się do festiwalu Culture and Resistance, na który zjechało ponad 600 artystów wszelkich dziedzin, od tańca poprzez fotografię po literaturę. W większości byli to emigranci z RPA, którzy z powodów politycznych (czyli przede wszystkim przez reżim apartheidu) zmuszeni byli wyjechać z kraju. Botswana była wtedy jedną z głównych baz Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC), walczącego z rasistowskim rządem RPA. Wczorajszy koncert, w którym wzięli udział artyści różnych generacji, od legendarnego już w kraju puzonisty Jonasa Gwangwa (którego Steve Dyer przedstawił jako swojego ojca - w sensie artystycznym i duchowym) po młodych wykonawców, dopiero rozwijających swoje kariery muzyczne, miał na celu upamiętnienie wydarzeń z 14 czerwca 1985 roku. W tym dniu ówczesne siły zbrojne RPA wkroczyły do Botswany i w stolicy kraju Gaborone zaatakowały budynki stanowiące siedzibę bojówki ANC zwanej Umkhonto we Sizwe (Włócznia Narodu). W wyniku tej obławy zginęło 12 osób - lecz tylko 5 z nich należało do ANC. Śmierć poniosły także m.in. dwie przypadkowe kobiety, 6-letni chłopiec, obywatel Holandii i student z RPA. Był to jeszcze jeden akt przemocy w tych brutalnych czasach.

Pierwsza część koncertu była poświęcona nie tylko ofiarom sprzed 30 lat, ale wszystkim, którzy walczyli o wolność i równość dla wszystkich obywateli Afryki Południowej. Drugi set natomiast stanowiły znane lokalne kawałki, które porwały sporą część publiczności do tańca.

I o tej publiczności chciałam przede wszystkim napisać. Na tej niewielkiej przestrzeni miałam możliwość zobaczyć Tęczowy Naród - ten piękny koncept wymyślony przez Arcybiskupa Desmonda Tutu po pierwszych demokratycznych wyborach w 1994 roku. Na co dzień niespecjalnie to widać, podziały jak były, tak są, nawet jeśli czasem niezauważalne na zewnątrz, bo pozostały w ludzkich umysłach. W The Orbit byli wszyscy: biali, czarni, Hindusi, Kolorowi, młodzi, w średnim wieku, starsi i dzieci. Siedzieli w mieszanych grupach przy stolikach, robili międzypokoleniowego i wielorasowgo wężyka do radosnych rytmów. Gdy orkiestra zagrała tradycyjną piosenkę Dikgomo (link do standardowej wersji sprzed lat: https://www.youtube.com/watch?v=FOsXu2uispQ), wspólnie śpiewali, a czarne kobiety radośnie wyły w tradycyjny sposób zwany ululation (po francusku youyou, co oddaje mniej więcej brzmienie tego okrzyku). Atmosfera była wspaniała, wszyscy świetnie się bawili i domagali bisu. Aż żal było wychodzić!

Fajnie, że są takie miejsca, że cieszą się popularnością, i że zbierają się w nich ludzie niezależnie od koloru skóry. Jeszcze kilka lat temu w ogóle bym pewnie tego aspektu nie zauważyła, ale po ponad 3 latach w RPA jestem bardzo świadoma swojej rasy i tego, jakie to ma znaczenie w tutejszym społeczeństwie.

The Orbit nie jest bynajmniej jakąś samotną wyspą wielokulturowej harmonii w oceanie nietolerancji czy zaściankowości, w Johannesburgu czy Kapsztadzie jest takich miejsc wiele, ale to jednak są metropolie, gdzie różnorodność jest na porządku dziennym i ludzie są do tego przyzwyczajeni i ich to nie dziwi. Obecność turystów z całego świata też się do tego przyczynia. W mniejszych miastach czy na prowincji to już jednak nie jest takie oczywiste. Ale przecież nie od razu Kraków zbudowano ;-)

Tak przy okazji odkryłam, że w ogóle nie pisałam jeszcze na blogu o Johannesburgu! Karygodne niedopatrzenie. Przygotuję więc kilka wpisów o tym niezwykłym mieście, bo ma bardzo ciekawą historię i jest naprawdę warte odkrycia! :-)


Steve Dyer (w czerwonej koszuli) przygotowuje się do rozpoczęcia koncertu.
Pani po lewej (w niebieskiej sukience) podrygiwała z szerokim uśmiechem na twarzy przez większość wieczoru; a na scenę często wchodziła dziewczynka z wielkim smartfonem taty-operatora kamery i cykała fotki, ile się dało :-)

niedziela, 15 marca 2015

Rozmowy z taksówkarzami

W Pretorii praktycznie nie ma taksówek w zachodnim rozumieniu tego słowa, czyli po prostu transportu na telefon czy do złapania na ulicy. Są oczywiście tzw. taxi minibusy, czyli Toyoty Quantum, które po prostu wypełniają lukę, jaką jest brak rozwiniętego systemu komunikacji miejskiej. Te minibusy spotkamy wszędzie w Afryce. Tu w życiu bym do nich nie wsiadła, bo po prostu bałabym się o życie. Codziennie rano stoję w korku w drodze do pracy, głównie dzięki tym "taksówkom", których kierowcy łamią wszelkie zasady ruchu drogowego, wpychają się, gdzie popadnie, jadą poboczem, by nagle zjechać na pas 5 cm przede mną... Kilkoro moich kolegów i koleżanek z pracy już miało niejeden wypadek, który w kilku przypadkach skończył się trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Ale z drugiej strony to jedyny środek transportu dla tysięcy, albo i milionów mieszkańców RPA, których nie stać na własny samochód, a którzy dojeżdżają czasami nawet kilkaset kilometrów do pracy. Co jednak ma zrobić osoba mieszkająca w Pretorii, która własny pojazd ma, ale chce na przykład wyjść na kolację czy na imprezę i nie uśmiecha jej się jechać samochodem po nocach, a potem nie móc nawet wypić lampki wina i stresować się, że auto ukradną albo gdzieś na skrzyżowaniu napadną? Gdyby miała korzystać z istniejących rozwiązań, musiałaby zamawiać taksówkę z kilkudniowym wyprzedzeniem, sporo za nią zapłacić, a nie byłoby wcale gwarancji, że pojawi się ona na czas (jeśli w ogóle) i że kierowca będzie wiedział, gdzie jedzie. O spontanicznych wyjściach raczej więc nie ma mowy.

I tu pojawia się Uber. Ta amerykańska firma jest obecna w wielu krajach świata i wywołuje sporo kontrowersji. W Europie zrobiło się o niej głośno, gdy kierowcy firm taksówkarskich w Paryżu, Berlinie czy Londynie (i w Warszawie chyba też) tłumnie wyszli protestować przeciwko temu nowemu rozwiązaniu - co było chyba najlepszą reklamą dla Ubera, który wkracza na rynki raczej niepostrzeżenie i polega na klientach polecających ich usługi znajomym na zasadzie reklamy szeptanej. W RPA Uber pojawił się pod koniec 2013 roku i z mojego punktu widzenia ułatwił życie bardzo wielu ludziom, a według ostatnich doniesień stworzył już ponad 2000 stanowisk pracy. Na czym to polega? Uber to aplikacja na telefon, która w kilka sekund pokazuje nie tylko, za ile pojawi się taksówka, ale też jak nazywa się kierowca, jakim samochodem jeździ i jaki jest numer rejestracyjny pojazdu. Bo taksówki Uber są nieoznakowane, kierowcy sami decydują, kiedy i jak długo pracują (wielu ma jakąś stałą pracę w ciągu dnia), a do ich kieszeni wędruje ok. 80% kwoty, jaką płaci klient (tak przynajmniej powiedział mi jeden z kierowców). Płatność jest bezgotówkowa, ściągana automatycznie z karty bankowej klienta, którą trzeba zarejestrować przy instalacji aplikacji. Po kursie trzeba wystawić kierowcy ocenę, a ten wystawia także ocenę pasażerowi. Moje doświadczenia z Uberem w Pretorii, Johannesburgu i Kapsztadzie są jak na razie bardzo pozytywne. 

Wpis ma być jednak bardziej o samych taksówkarzach, niż o systemie, choć wstęp był moim zdaniem potrzebny, bo trochę wyjaśnia niektóre moje i kierowców spostrzeżenia poniżej. Można bowiem po prostu spotkać w tych taksówkach bardzo interesujących ludzi, i dowiedzieć się wielu rzeczy o tym kraju (co zresztą jest chyba prawdą wszędzie, pod warunkiem że trafimy na rozmownego taksówkarza!) Większość kierowców, z którym się zetknęłam, pochodziło z RPA, ale spotyka się też wielu imigrantów. Nieraz już pisałam, że ten kraj jest dla wielu mieszkańców kontynentu Ameryką Afryki - ziemią obiecaną, szansą na lepsze życie. Imigrantom różnie się tu wiedzie, ale ci typowo zarobkowi zazwyczaj lądują w townshipach i nie spotykają się ze szczególnie ciepłym przyjęciem. 

Promise na przykła ma optymistyczne imię (ang. obietnica), ale niekoniecznie obiecujące perspektywy. Powitał nas w afrikaans, więc szybko wyprowadziliśmy go z błędu, i przeszliśmy na standardowe powitanie zuluskie. Następnie zapytałam Promise, jaki właściwie jest jego główny język (w isiZulu niemal każdy umie się przywitać), a on na to, że... igbo, czyli jeden z języków nigeryjskich. Jak wiadomo, w Nigerii niezbyt dobrze się dzieje ostatnimi czasy, więc Promise, który pochodzi ze stanu Delta, postanowił szukać szczęścia w RPA. Trochę to ironiczne, bo Nigeria niedawno przegoniła RPA jako największa gospodarka na kontynencie... Ale kwestia bezpieczeństwa jest najważniejsza, a zwiększona aktywność terrorystyczna Boko Haram zmusiła wielu Nigeryjczyków do emigracji. Nastrój Promise diametralnie się zmienił, gdy zaczęliśmy rozmawiać o jego kraju. Martwił się o wynik w nadchodzących wyborach, a w jego głosie słychać było rozgoryczenie ogólną sytuacją w ojczyźnie. A na pytanie, czy odnalazł się jakoś w RPA, odparł gorzko, że nie bardzo, ponieważ tu jednak nie lubią imigrantów z innych krajów Afryki, a on niespecjalnie widzi jakiekolwiek wyjście, bo boi się wracać do domu...

Isaac pochodzi z Durbanu, ale przeniósł się do Kapsztadu kilka lat temu i nie żałuje tej decyzji. Mieszka z dwoma braćmi (jest najstarszy), którzy również jeżdżą dla Ubera i wszyscy są bardzo zadowoleni. Isaac ma do tego warsztat samochodowy i powiedział nam szczerze, że po ośmiu miesiącach pracy dla Ubera zdołał zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić drugi samochód. Kapsztad woli od Durbanu przede wszystkim ze względu na... pogodę. Bo tu widać pory roku, w zimie faktycznie jest zimno, a aura w ciągu roku często zmienia się jak w kalejdoskopie. W Durbanie przez cały czas jest ciepło albo gorąco, latem do tego duszno i wilgotno, i to według Isaaca jest po prostu nudne. Jego poczucie humoru bardzo nam umiliło 15-minutowy kurs. Isaac nie mógł na przykład zrozumieć, po co ludzie się męczą w morderczych wyścigach rowerowych (to a propos Cape Town Cycle Tour, o którym pisałam w zeszłym tygodniu), a zwłaszcza ci w szalonych przebraniach czy na rowerach jednokołowych - ci ostatni, stwierdził zadziornie, muszą chyba mieć nierówno pod sufitem. No bo jeździć na rowerze dla rekreacji to zrozumiałe, ale pocić się jak mysz w wyścigu w lnianych garniturach czy flanelowych piżamach na przykład to już zupełnie bez sensu.

Bongani był trochę zestresowany, gdy odbierał nas o 1 nad ranem z klubu w Johannesburgu, bo nigdy wcześniej nie wiózł nikogo do Pretorii. Wprawdzie pochodzi z Johannesburga, ale jakoś do tej pory nie miał żadnego interesu w oddalonej o 50 km stolicy. Gdy już wybadał nasz stopień przywiązania do Pretorii (stosunkowo niewielki), stwierdził, że nie wydaje mu się, by było to jakieś szczególnie ekscytujące miejsce. Jo'burg to miasto, w którym naokrągło się coś dzieje, trudno za nim czasem nadążyć, pracy ma dużo, więc po co miałby jeździć do sennej stolicy? Trudno było się z nim nie zgodzić :-) Po dotarciu na miejsce pokiwał głową z miną znawcy: zgadza się, niczego ciekawego tu nie ma, żywej duszy na ulicach, czas wracać do Johannesburga!

Jean-Claude wiózł mnie w Kapsztadzie w lutym. Pochodzi z Burundi, w RPA jest od 6 lat. Po angielsku umiał powiedzieć tylko "Hello, how are you" i "thank you', obecnie mówi płynnie, wręcz z szybkością karabinu maszynowego. Powiedzieliśmy mu, że od maja przyszłego roku będziemy w Rwandzie (tak, to mój ostatni rok w RPA...), a on bardzo się ucieszył na tę wieść. Zaczęliśmy rozmawiać o tym regionie świata, o zwyczajach i językach (poradził nam przyswoić sobie podstawy swahili, bo oprócz lokalnych języków i francuskiego jest on tam powszechnie używany). Potem jednak zrobiło się trochę bardziej poważnie. Jean-Claude założył w RPA rodzinę, ale nie widział swoich pozostałych krewnych od czasu wyjazdu z ojczyzny. Bardzo za nimi tęskni, zwłaszcza za mamą, ale nie ma możliwości ich odwiedzić, bo go po prostu nie stać. Poprosił nas nagle o pomoc: czy zatrudnilibyśmy go jako kierowcę, gdy już przeniesiemy się do Rwandy? Do Burundi rzut beretem, więc byłby bliżej domu. Niezręcznie się zrobiło, bo choć bardzo chcielibyśmy mu pomóc, nie będziemy raczej potrzebować w Kigali kierowcy za półtora roku, bo sami będziemy prowadzić swój samochód... Jean-Claude przyjął to pogodnie, choć z wyraźną nutą rezygnacji. Pożegnaliśmy się, szczerze życząc mu wszystkiego dobrego, ale jakoś nie mogę przestać o nim myśleć...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...