Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Durban. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Durban. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2016

Zima w RPA - jak wygląda i jak ją przetrwać?

Na północnej półkuli wiosna tuż tuż (a gdzieniegdzie już przyszła), a po drugiej stronie globu ludzie witają jesień - co oznacza, że zima za pasem! Wielu osobom się wydaje, że Afryka to głównie dżungla albo pustynia, więc jest gorąco, a przecież to ogromny kontynent, kilka stref klimatycznych, i zima jak najbardziej się tam pojawia, tyle że poniżej równika ma to miejsce w czerwcu :-) Spędziłam w RPA cztery zimy, głównie w Pretorii i regionie północno-wschodnim, więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że BYWA NAPRAWDĘ ZIMNO. A nawet śnieg się zdarza, choć podczas mojego pobytu tylko raz, 7 sierpnia 2012 roku, i było to wiekopomne wydarzenie. Otóż w Johannesburgu i Pretorii tenże śnieg spadł po raz pierwszy od ponad 30 lat! Z mojego punktu widzenia reakcja kolegów i koleżanek z pracy była dość komiczna. Siedzieliśmy jak zwykle wpatrzeni w monitory, gdy nagle nastąpiło pewne poruszenie. Ludzie zaczęli się zrywać z krzeseł i pędem udawali się na patio. Z kolegami Brytyjczykami popatrzyliśmy na siebie lekko skonfudowani, i dopiero rzut oka na okno wyjaśnił sytuację. Za nim kłębił się rozradowany tłum, łapiący drobniutkie płatki śniegu na języki i w ogóle skaczący i piszczący jak dzieci. Totalne szaleństwo ;-) Zdjęcie poniżej zrobiła tego dnia moja koleżanka z pracy na polu golfowym w Pretorii - jak widać, warunki pogodowe nie przeszkodziły pasjonatom tego sportu w rozegraniu rundki. 



Zabawne jest to, że trzy dni wcześniej pogoda wyglądała tak, znajoma miała urodziny i poszliśmy do parku na piknik. Chłopaki grali w boules, reszta konsumowała ciasta i inne frykasy :-)


W Johannesburgu śniegu spadło więcej i utrzymał się kilka godzin dłużej (tak, topniał błyskawicznie, bo aż tak zimno nie było). Poniższy filmik jest bardzo fajny, przy okazji możecie dokładnie zobaczyć, jak wygląda centrum miasta :-)


Śnieg pada regularnie w wielu regionach RPA, zwłaszcza w Drakensbergu (czyli Górach Smoczych) i na zachodzie kraju, tylko popatrzcie na te fotki!

Źródło
August 2006 Caledonspoort courtesy of Zania Collin
Źródło
Źródło
W Królestwie Lesotho znajduje się nawet kurort zimowy Afriski. Jako że leży on na wysokości 3050 m n.p.m., śnieg jak najbardziej się tam pojawia, choć zazwyczaj i tak stosuje się sztuczne naśnieżanie. W ubiegłym roku w czerwcu burza śnieżna wywołała sporo radosnych emocji wśród fanów sportów zimowych z RPA - zdjęcia możecie zobaczyć tutaj. RPA też ma swój kurort o uroczej nazwie Tiffindell, gdzie wprawdzie również zaczyna się od sztucznego śniegu i na nim głównie polega, ale od czasu do czasu ten prawdziwy też dodaje coś od siebie ;-)

Natomiast w Pretorii zima to pora sucha. Mniej więcej od końca kwietnia do połowy września nie pada, oprócz jednej czy dwóch burz w lipcu czy sierpniu. Poza tym codziennie jest tak samo: bezchmurne niebo. Strasznie, prawda? ;-) Jednak nie jest aż tak różowo. Po pierwsze, jako że miasto to leży na wysokości ok. 1300-1400 m n.p.m., gęstość powietrza jest już trochę mniejsza i wiele osób to odczuwa, zwłaszcza jeśli mieszkało się wcześniej na nizinach. (Ja przez pierwsze trzy miesiące czułam się ciągle zmęczona, a przy próbie biegania myślałam, że po kilku minutach wypluję płuca. Potem się już przyzwyczaiłam, choć bardziej intensywny wysiłek fizyczny nadal męczył mnie dużo szybciej, niż na przykład w Warszawie.) Gdy do tego przez kilka tygodni nie pada, robi się po prostu bardzo, bardzo sucho. Wszystko zaczyna się elektryzować, zwłaszcza mój kot miał trudne przejścia, bo od głaskania aż iskry leciały! ;-) Skóra jest wysuszona, cały czas chce się pić, oczy pieką, wysycha śluzówka w nosie, sporo osób ma problemy z egzemą. Ale choć bywa to uciążliwe, nie jest to wcale wysoka cena za piękną słoneczną pogodę codziennie, przez co najmniej 4 miesiące :-D 

Jeśli chodzi o temperaturę, to też źle nie jest - nad ranem bywają przymrozki, ale w związku z tym, że zawsze jest słonecznie, to powietrze szybko się nagrzewa i tak po godzinie 10 jest już nawet 20 stopni :-) Ale to nie do końca takie samo 20 stopni, jakie znamy z Polski. Ja odczuwałam tę temperaturę jako dużo niższą, niż wskazywał termometr, a poranny chłód przenikał aż do szpiku kości. To przez tę wysokość i suchość powietrza jest ono dużo bardziej rześkie i chłód bardziej daje się we znaki. Tak więc rano, wychodząc do pracy, owijałam się w gruby sweter, zakładałam nawet kozaki (skoro już były, zakupione jeszcze w Polsce, to chciałam chociaż kilka razy w nich poparadować!), ale że w ciągu dnia robi się cieplej, to najlepiej ubierać się na cebulę, żeby się potem nie ugotować. Lokalsi mają nieco inny próg odczuwania zimna. Widok moich koleżanek i kolegów w puchowych kurtkach, wełnianych czapkach, rękawiczkach, siedzących w takim ubraniu przy biurku, z grubym kocem na kolanach i ogrzewaniem dmuchającym z klimatyzatorów na pełnych obrotach - bezcenny ;-) Fakt, że wielu z nich wcześnie wstawało, by dojechać do pracy pociągiem czy minibusem-taksówką, ale w biurze jednak było dobre 25 stopni :-D

W pierwszym roku nie doceniliśmy jednak tego południowoafrykańskiego zimna. Wybraliśmy się w lipcu na weekend pod namiot do Parku Narodowego Marakele w prowincji Limpopo, 2,5 godziny jazdy samochodem z Pretorii. Mieliśmy jeszcze wtedy tylko podstawowy sprzęt kempingowy, który wprawdzie dobrze się spisał podczas spływu Krutynią w lipcu, ale po tej wycieczce do Marakele pojechaliśmy od razu do sklepu kupić duży namiot, porządne krzesła, materace, stolik, i wiele innych rzeczy, bez których na kempingu w RPA wygląda się po prostu jak biedny turysta z Europy :-D Dzień był piękny i słoneczny, ale gdy stawialiśmy nasz dwuosobowy namiocik, nasi sąsiedzi patrzyli na nas jak na wariatów ze swoich przyczep kempingowych i wielkich namiotów pełnych wszelkich udogodnień (na przykład anten satelitarnych czy... grzejników). Zrozumieliśmy ich, jak tylko zaszło słońce i temperatura spadła tak gwałtownie, że ledwo nadążałam z nakładaniem na siebie kolejnych warstw. Grzaliśmy się trochę przy ognisku po upieczeniu mięsiwa, ale w pewnym momencie już nie dało rady wysiedzieć w tym zimnie - postanowiliśmy więc iść spać, po uprzednim szybkim opłukaniu naczyń i wstawieniu ich, jeszcze mokrych, do bagażnika. W nocy właściwie nie zmrużyłam oka, było mi tak zimno, pomimo zimowej kurtki, wełnianej czapki, rękawiczek, ciepłego śpiwora... Mój równie zmarznięty mężczyzna wyglądał tak i nadal się trząsł (a do zmarzlaków nie należy, choć czapka z Wilna się przydała tym razem! :-))




Rano odkryliśmy, że naczynia do siebie przymarzły, musieliśmy je wystawić na słońce, żeby lód się rozpuścił. Ale już ok. godziny 9 zaczęłam ściągać z siebie poszczególne warstwy ciuchów i wkrótce wystarczył już tylko podkoszulek. Nie mogę jednak powiedzieć, że na kolejną noc czekałam z niecierpliwością... Jakimś cudem udało mi się nie przeziębić, ale postanowiliśmy, że wyjazd pod namiot w zimie to nie najlepszy pomysł ;-) Lepiej zatrzymać się w ogrzewanym domu, jak na przykład tutaj w prowincji Free State, niedalego granicy z Lesotho, gdzie z przyjaciółmi urządziliśmy sobie "Christmas in July", czyli Boże Narodzenie w lipcu. Jak się siedzi przy kominku, okutanym w koc, z kubkiem grzanego wina własnej roboty, atmosfera jest zdecydowanie bardziej świąteczna niż w grudniu, czyli w środku lata :-)





Bardzo przyjemnie wspominam zimę w Durbanie. Pojechałam tam na festiwal filmowy, który odbywa się w lipcu (pisałam o tym wyjeździe tutaj). Pogoda jest wtedy wspaniała, też słonecznie, ale dużo cieplej, zwłaszcza wieczorem, i nie tak sucho, jak w Pretorii dzięki bryzie od Oceanu Indyjskiego. Na promenadzie przy plaży spaceruje się w klapkach i szortach :-) 

 

Jest chyba tylko jedna rzecz, która mnie irytowała podczas pretoriańskich zim. A mianowicie - mrówki. Na co dzień mieszkały sobie głównie w ogródku, choć przeżarły nam też większość drewnianych listw przypodłogowych w salonie, ale jakoś specjalnie po samym domu się nie panoszyły (chyba że nad trupem jakiegoś karalucha czy gekona, którego upolował w ogrodzie mój kot i którego rozbebeszone szczątki walały się na podłodze - mrówkom byłam wtedy bardzo wdzięczna za bardzo szybkie sprzątanie, bo zgarniały wszystko w okamgnieniu ;-)). Natomiast naszą pierwszą zimę zapamiętałam dobrze, bo nagle w maju zaczęłam znajdować mrówki we wszystkich szafkach w kuchni. Było ich mnóstwo, łaziły po podłodze, blatach, pakowały się do czajnika, więc nie wiem, ile ich ugotowałam niechcący, zamieszkały w cukrze i innych produktach - nie mogłam sobie dać z nimi rady, bo nie wiedziałam, skąd właściwie wychodzą i dokąd niosą te wszystkie okruszki. Znajomi polecili mi wtedy pewną trutkę... Zielony, plastikowy pojemnik, który ją zawiera, stawia się na trasie, którą przemierzają mrówki. W pewnym momencie one ją wyczuwają i traktują jako coś zjadliwego, co można zabrać do gniazda. Dosłownie po godzinie czy dwóch już cały legion ładował się do tego pojemnika i nosił zawartość w tę i z powrotem. Patrzyłam na to zafascynowana. Trutka działa tak, że mrówki się duszą, więc zaczynają tabunami wyłazić ze swoich gniazd, ale na próżno, bo natychmiast umierają (przynajmniej nie męczą się długo...) I tak odkryłam, że u mnie zalęgły się w... kontaktach i pęknięciach w fugach! 


Z jednej strony naprawdę szkoda mi było tych setek pracowitych mrówek, które po prostu zbierały zapasy na zimę, ale z drugiej jest ich taka masa, że wymordowanie tych kilku gniazd w moich ścianach nie wyrządziło specjalnej szkody krajowej populacji mrówek... A przez resztę pobytu miałam już spokój, oprócz jeszcze jednej inwazji w zeszłym roku. Wchodzę do sypialni, a tu spora część białej ściany jest czarna i się rusza... Mrówki, większe niż poprzednio, i skrzydlate, tym razem zadomowiły się w klimatyzatorze! Wychodziłam właśnie do pracy, więc nie miałam za wiele czasu - spryskałam je po prostu sprayem na owady, a po powrocie skorzystałam z odkurzacza...

Podsumowując - zima w RPA może nie jest szczególnie sroga, ale bywa uciążliwa (w Kapsztadzie zwłaszcza, gdzie pada wtedy horyzontalny deszcz i strasznie wieje, choć na własnej skórze tego nie doświadczyłam - między majem a październikiem wybierałam inne kierunki na wyjazdy ;-)). Jednak i tak dla mnie, która nie znosi zimna i nie przepada za śniegiem, za to uwielbia słońce i bezchmurne niebo, była to najlepsza wersja tej pory roku, z jaką się dotąd zetknęłam :-)

*Wpis powstał w ramach lutowo-marcowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie - mój poprzedni, troszkę straszny, znajdziecie tutaj :-) Wczoraj trochę się bała Diana z z Wielkiej Brytanii, jutro straszyć albo rozśmieszać (a może jedno i drugie!) będzie Agnieszka z Francji!

środa, 30 grudnia 2015

Pożegnanie z Afryką... ale tylko na kilka miesięcy :-)

Patrząc dziś rano przez okno domu rodzinnego Tima w miasteczku Ramelton w Donegal w Irlandii, widziałam ciężkie chmury i deszcz padający na przemian z gradem, i wróciłam myślą do słonecznej i upalnej RPA, którą opuściłam na dobre półtora tygodnia temu. Kontrast jest, ale z drugiej strony dawno nie doświadczyłam takiej irlandzkiej pogody, więc jest to nawet całkiem egzotyczne ;-) Czy tęsknię? W jakimś stopniu na pewno, ale zawsze wiedziałam, że będę w RPA tylko przez określony czas, a od roku wiem też, że moja przygoda z Afryką się nie kończy, tylko przenosi w inne rejony. Mam poczucie, że udało mi się wypełnić mój pobyt w RPA niemal do granic możliwości - byłam w tylu miejscach, również w regionie, że tylko sumiennie posegregowane zdjęcia pozwalają mi to wszystko spamiętać. Jutro ostatni dzień roku, więc postanowiłam zrobić bilans i listę najbardziej pamiętnych chwil z tych dwunastu miesięcy. Nie robię jeszcze podsumowania całego pobytu w RPA, bo blog na razie będę kontynuować, mam sporo zaległych wpisów. Ale jak przejrzałam zdjęcia, to okazało się, że każdy miesiąc 2015 roku przyniósł ze sobą jakieś pozytywne i ciekawe wrażenia. To zaczynamy! Linkuję też do konkretnych wpisów :-)

STYCZEŃ

Kemping w Parku Narodowym Marakele. Pojechaliśmy na weekend, żeby się zrelaksować i popatrzeć na zwierzaki przechadzające się po kempingu. Głównie strusie, ale z kempingu widać też wodopój, więc z krzesełka przed namiotem, popijając zimny cydr Savanna, można przyglądać się żyrafom, zebrom, różnym antylopom, a nawet nosorożcom. Strasznie się wtedy spiekliśmy, choć siedzieliśmy pod drzewem w cieniu, bo zapomnieliśmy wysmarować się kremem z filtrem. Ten cień to zmyłka, jak jest ponad 30 stopni, to żadne drzewo nie pomoże. Nosy i ramiona mocno ucierpiały!



LUTY


Kojarzycie tę piosenkę? Okazało się, że menedżer wokalisty jest kuzynem mojej menadżerki, więc mieliśmy okazję poznać Mike'a Rosenberga osobiście. Przesympatyczny facet, a jego koncert w parku przy tamie Emmarentia w Johannesburgu miał radosną, piknikową atmosferę, jak zwykle zresztą (byłam tam też na koncercie Bastille w zeszłym roku). 



MARZEC

Kapsztad z przyjaciółmi i wyścig rowerowy Cape Town Cycle Tour (dawniej zwany Cape Argus). Ja w wyścigu udziału nie brałam, jedynie dopingowałam uczestników, ale fajnie było to wszystko zobaczyć. No i oczywiście Kapsztad jak zwykle nie zawiódł, pogoda była cudowna! Poszliśmy m.in. na rewelacyjne sushi do restauracji o wdzięcznej nazwie Codfather, a na kolację do bardzo fajnej meksykańskiej restauracji El Burro, gdzie podelektowaliśmy się drinkami z różnych rodzajów tequili ;-) 





KWIECIEŃ

Miesiąc bogaty w długie weekendy, święta, i w związku z tym - wyjazdy. Najpierw był malowniczy Park Narodowy Golden Gate Highlands, gdzie spędziliśmy Wielkanoc na wędrówkach po górach. 


Następnie, w połowie miesiąca, odwiedziliśmy Rezerwat Zwierząt Madikwe, gdzie wprawdzie pogoda specjalnie nie dopisała, ale za to napatrzyliśmy się na gepardy, lwy, słonie i nosorożce.




A na koniec miesiąca, gdy znowy był długi weekend, zaliczyliśmy w końcu Mozambik, a dokładnie Vilanculos i okolice, łącznie z Archipelagiem Bazaruto. Chciałabym jeszcze kiedyś pojechać do tego pięknego kraju i zobaczyć inne części wybrzeża, a także Park Narodowy Gorongosa.



MAJ

Tydzień w Warszawie i wieczór panieński oraz wesele mojej przyjaciółki! :-) A poza tym Wild Coast, czyli Dzikie Wybrzeże, kraina Nelsona Mandeli. Nocowaliśmy w różowym rondawelu, jedliśmy tradycyjny chleb lokalnego ludu Xhosa, a plażę dzieliliśmy z... krowami i osłami :-)



W maju udało nam się także dostać na występ komika Trevora Noah w Johannesburgu. Uwielbiam jego poczucie humoru i bardzo się cieszyłam, że zdołaliśmy zdobyć bilety na jego ostatni występ w RPA przed wyjazdem do USA, gdzie przejął od Jona Stewarta prowadzenie popularnego programu The Daily Show. W amerykańskiej rzeczywistości Trevor czasem się gubi, i myślę, że jego humor i styl nie do końca pasują do tamtejszej mentalności, stąd dużo krytyki pod jego adresem. Jest on jednak niezwykle popularny w RPA, Wielkiej Brytanii czy Australii, ze względu na świetny zmysł obserwacji różnych kultur, dowcipy bardzo na czasie i celujące w najbardziej czułe punkty znanych osób czy zdarzeń, ale nigdy nieprzekraczające granicy dobrego smaku, a także... patriotyzm. Trevor śmieje się ze wszystkiego i wszystkich, przedstawia RPA jako kraj absurdów, ale także miejsce fascynujące, z którego jest dumny. Na jego występach sale zawsze są pełne ludzi różnych ras, wyznań czy wieku. Trevor naprawdę potrafi zjednoczyć Południowoafrykańczyków i jest w RPA wręcz wielbiony. Do tego wszystkiego jest też bardzo przystojny i przesympatyczny ;-) Poniżej fragment jego występu w Londynie.



CZERWIEC

W kultowym klubie jazzowym The Orbit w Johannesburgu świętowaliśmy zaręczyny przyjaciół. Przy muzyce na żywo pod przewodnictwem cenionego saksofonisty Steve'a Dyera zjedliśmy pyszną kolację i poczuliśmy wspaniałą atmosferę tego miejsca.


Klimaty były mniej więcej takie: 



Jeden z weekendów spędziłam z grupą nabliższym znajomych na wędrówce szlakiem Cycad Trail w prowincji Mpumalanga. Nocowanie w chatce nad kanionem, ogniska i spektakularne zachody słońca - niewiele więcej potrzeba do szczęścia! :-)



Jedną z sobót natomiast poświęciłam na spacer po Johannesburgu z przewodnikiem Geraldem Garnerem z JoburgPlaces (http://www.joburgplaces.com/). Byłam już z nim kiedyś na podobnej wycieczce, podczas której dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy o historii Johannesburga. Tym razem odwiedziliśmy Fashion District, czyli dzielnicę, w której młodzi, aspirujący projektanci mają swoje butiki, robią pokazy mody i kupują tkaniny, oraz Little Ethiopia, gdzie zjadłam tradycyjną etiopską indżerę i wypiłam prawdziwą etiopską kawę. 





LIPIEC

Znów wyjazd do Europy, tym razem Wielka Brytania i ślub przyjaciół w hrabstwie Oxfordshire. Przy okazji pojechałam m.in. do Oxfordu i Stratford, odwiedziłam imponujący Blenheim Palace w Woodstock, a także Zamek Highclere, czyli Downton Abbey! Jestem wielką fanką serialu i nawet deszcz nie był w stanie odwieść mnie od planu zawitania do tego miejsca :-)  

SIERPIEŃ

Długi weekend w Rwandzie. Robiliśmy rekonesans, bo to tam wyjeżdżamy w przyszłym roku! Fascynujący kraj o bardzo trudnej przeszłości, który nie tylko podniósł się po koszmarze roku 1994, ale ma ogromne ambicje być Singapurem Afryki. Na pewno będzie to bardzo ciekawe miejsce do mieszkania i oczywiście blogowania :-)

Poza tym jeszcze Kapsztad i spacer po dzielnicy muzułmańskiej Bo-Kaap, słynącej z kolorowych domków.


A na zakończenie weekend w miasteczku Tulbagh, gdzie dominują winnice i piękne krajobrazy.



WRZESIEŃ

Madagaskar! Tak, jestem Wam winna sporo wpisów, bo jak dotąd opublikowałam tylko jeden, z obietnicą dalszego ciągu... Ale potem jakoś cała moja energia skupiła się na przygotowaniach do zakończenia pracy i pakowania całego dobytku, i zupełnie wypadłam z rytmu... W styczniu nadrobię :-)

PAŹDZIERNIK

Jak co roku, jakarandy kwitły w Pretorii i miasto okryło się fioletem. To naprawdę przepiękny spektakl przyrody! 


Odbyliśmy także pożegnalną wycieczkę do naszego ulubionego parku narodowego Pilanesberg. A w jedną z niedziel wybraliśmy się na cotygodniowe targi Arts on Main w Johannesburgu, gdzie można kupić nie tylko dzieła młodych artystów, ale także pyszne jedzenie.




LISTOPAD

Weekend w Durbanie i degustacja lokalnego specjału - bunny chow, czyli curry w wydrążonym bochenku chleba. Pycha!



A poza tym w Pretorii było gorąco i sucho, więc łapałam na leżaku w ogrodzie promienie słońca i ładowałam akumulatory witaminą D ;-)

GRUDZIEŃ

Pakowanie, mnóstwo pożegnalnych lunchów, drinków i kolacji ze znajomymi. Ostatni wyjazd do Kapsztadu i wizyta w Ogrodach Botanicznych Kirstenbosch, a następnie w miasteczkach Stanford i Greyton, oraz w głuszy na północ od gór Cederberg, niemal już w rejonie Namaqualand, na farmie Oudrif. 




Takie cuda w menu jednej z knajpek w Greyton :-)
Winnice wszędzie, więc trzeba było się choć w jednej zatrzymać!
To też Greyton, niesamowicie urocze miasteczko.
Farma Oudrif na końcu świata, cudowny relaks.
Święta spędziłam w Polsce, w rodzinnym Szczecinie i nad morzem w Niechorzu, a na ostatni tydzień roku przeniosłam się do Irlandii. 

I tak oto dobiegł końca nie tylko mój pobyt w RPA, ale też cały niezwykły rok 2015. Dziękuję Wam wszystkim za to, że zaglądacie tutaj, czytacie, czasem komentujecie, lubicie stronę bloga na Facebooku - to dla mnie motywacja, żeby nadal dzielić się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami. Jak już chyba gdzieś wspominałam, będę tworzyć nowy blog, o Rwandzie i Afryce Wschodniej, ale tam wyląduję dopiero w maju. Do tego czasu nadrobię zaległości tutaj i wrzucę jeszcze całkiem sporo wpisów, których zalążki siedzą w szkicach i jakoś nie mogły się dotąd wykluć. Będę miała teraz trochę więcej czasu (tak przynajmniej myślę!), więc nie ma zmiłuj ;-) 

Mam nadzieję, że ten rok był dla Was łaskawy, a następny będzie jeszcze lepszy i przyniesie dużo radości i ciekawych, pozytywnych doświadczeń. Do zobaczenia w 2016! :-)

piątek, 22 maja 2015

Top 5 moich ulubionych miejsc w RPA

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.

RPA jest krajem tak różnorodnym, że trudno mi wybrać tylko kilka miejsc, które lubię najbardziej. Prawda jest też taka, że staram się nie jeździć za często w te same okolice, bo chcę maksymalnie wykorzystać czas mojego pobytu tutaj i jak najwięcej zobaczyć. Poniższa lista to pięć miejsc, które najbardziej przypadły mi do gustu i do których jednak wracam lub chciałabym wrócić! Są one też mniej oczywiste, niż na przykład Kapsztad (który jest niezaprzeczalnie cudowny), Johannesburg (który wciąż odkrywam, bo jest tak fascynujący i nieszablonowy, że potrzeba wielu wizyt, żeby go zobaczyć w całej okazałości), czy Park Narodowy Krugera (za którym nie przepadam, bo jest za duży i zbyt zatłoczony). O moich wybranych pięciu miejscach już pisałam na blogu, więc poniżej wersja skondensowana :-)

Park Narodowy West Coast

Półtorej godziny jazdy samochodem z Kapsztadu na północ wzdłuż wybrzeża znajduje się bardzo malowniczy region zwany West Coast. To przede wszystkim plaże, urocze wioski rybackie, a także typowa dla tej części kontynentu roślinność zwana fynbos. Wiosną oprócz białego piasku, błękitu oceanu i zieleni krzewów dochodzą jeszcze przeróżne barwnie kwitnące kwiaty. Dlaczego lubię ten park? Bo jest w nim niewiele ludzi, bo jest po prostu wspaniałą ucieczką od zgiełku miasta, no i te kolory! Uwielbiam być nad wodą, czuć morską bryzę na twarzy, i spacerować po niemal pustych plażach :-) Co do zakwaterowania, to można zatrzymać się w samym parku, na przykład w uroczych domkach z wyżywieniem własnym (http://www.duinepos.co.za/), choć krótki spacer wśród antylop eland i bontebok zaprowadzi nas do restauracji Geelbeck (http://geelbek.co.za/new/), gdzie w pięknych okolicznościach przyrodniczych i architektonicznych (restauracja mieści się w budynku w stylu Cape Dutch z XVIII wieku) można spróbować południowoafrykańskich specjałów, jak bobotie, stek ze strusia czy ryby i owoce morza, a na deser podelektować się Malva pudding. Byłam, jadłam, i czułam się bardzo szczęśliwa! :-) Można też nocować w jednej w kilku wiosek niedaleko parku, jak Langebaan czy Paternoster, gdzie baza noclegowa jest bardzo dobra. Alternatywą dla większej grupy jest łódka permanentnie zakotwiczona w zatoce. W tej chwili są dwie, na 15 do 22 osób (http://www.sanparks.org/parks/west_coast/tourism/houseboats.php). 

W West Coast byłam dwa razy i na samą myśl ogarnia mnie uczucie błogości :-) Na pewno jeszcze wrócę!










Rezerwat Przyrody De Hoop

Tak, lubię być nad wodą, więc oto kolejne nadmorskie miejsce na liście! De Hoop powalił mnie na kolana. Położony ok. 3 godziny jazdy z Kapsztadu w kierunku wschodnim tym razem, zachwyca nieskazitelną przyrodą. Widoki podobne do irlandzkiego wybrzeża Donegal, tylko temperatura nieco wyższa i pogoda bardziej przewidywalna! ;-) W De Hoop zasięg komórkowy działa słabo, więc najlepiej iść na plażę, pospacerować po wydmach, poobserwować ptaki, a od czerwca do listopada wieloryby, które przypływają tu na rozród... Totalny relaks. Ale dla nastawionych bardziej przygodowo też są atrakcje, jak 55-kilometrowy szlak, którego przejście zajmuje 5 dni. Choć chwilami bywa stromo, to jest to tzw. slack-packing, bo główny bagaż przewożony jest samochodem, więc nie trzeba nie wiadomo ile dźwigać. W De Hoop są również szlaki dla rowerów, również górskich. Co do zakwaterowania, to opcji jest wiele, od kempingu, poprzez rondawel (okrągła chatka kryta strzechą) po bardziej nowoczesne domki gościnne - wszystko z własnym wyżywieniem. Ogólnie De Hoop to przepiękne miejsce, gdzie nie ma tłumów (podczas naszego pobytu spotkaliśmy zaledwie kilka osób), więc dla mnie idealne :-) Więcej informacji na stronie: http://www.capenature.co.za/reserves/de-hoop-nature-reserve/








Park Narodowy Pilanesberg

Mój ulubiony park w RPA, do które jeżdżę mniej więcej dwa razy w roku. Ok. 2,5 godziny jazdy samochodem z Pretorii, dość duży jak na tutejsze standardy (550 km², co daje mu czwarte miejsce w kraju pod względem wielkości), z mnóstwem wszelkiego rodzaju zwierza, w tym Wielką Piątką. I choć przez wiele lat bawołów praktycznie nie widziano, i wielu podejrzewało, że wcale ich tam nie ma (wg zarządu Parku występują tylko w górzystej części, gdzie nie prowadzą trasy samochodowe), to w ostatnich miesiącach pojawia się coraz więcej zdjęć tych zwierząt. Ja Pilanesberg lubię za to, że jest blisko, dużo mniej tłoczno niż w bardzo turystycznym Parku Krugera, oraz bardzo malowniczo. Park znajduje się w kraterze wulkanu, który wybuchł ponad bilion lat temu, a jego nazwa pochodzi od imienia wodza plemienia Tswana - Pilane ("berg" to w afrikaans góra). Jest kemping, są namioty typu safari, są też droższe z pokojami gościnnymi - co komu pasuje. Można jeździć po parku samemu, można skorzystać ze zorganizowanego safari z przewodnikiem. Ja w Pilanesbergu zawsze spotykam lwy, więc pewnie dlatego lubię tam wracać ;-) Na Facebooku jest fajna strona Pilanesberg - Gem in the North West, na której ludzie publikują swoje zdjęcia z parku - stąd wiadomo, że te bawoły to nie mit! :-)



Wschód słońca na kempingu






Winnice (prowincja Western Cape)

Ach, to południowoafrykańskie wino! Naprawdę, dla miłośników tego trunku ten kraj to raj :-) Bo nie tylko jakość tutejszego wina jest bardzo wysoka, ale ich cena również bardzo przyjemna - za butelkę co najmniej przyzwoitego wina zapłacimy już od 10 zł. Natomiast region zwany Winelands, gdzie znajduje się ogromna większość wszystkich winnic, jest niezwykle malowniczy. Z Kapsztadu do Franschhoek jest 40 minut jazdy, zresztą pod samym Kapsztadem też jest kilka winnic, np. Groot Constantia, najstarsza w RPA. Można do niej dojechać na przykład autobusem turtystycznym City Sightseeing (tylko trzeba kontrolować czas, żeby tam nie utknąć! ;-)). Franschhoek to chyba najbardziej znane miasteczko regionu (obok większego Stellenbosch), i tam na przykład bardzo fajną opcją jest tramwaj winny :-) To naprawdę jest stary tramwaj (jak na zdjęciu poniżej), ale część trasy obsługuje autobus na niego stylizowanu (bo nie ma torów). Za 60 zł mamy możliwość odwiedzenia klikunastu winnic (teraz są dwie linie, półtora roku temu była tylko jedna), a w części z nich degustacja jest już wliczona w cenę biletu. Cóż więcej można powiedzieć - dla smakoszy win oraz entuzjastów bardziej wykwintnej (lecz wciąż w porównaniu z Europą stosunkowo niedrogiej) kuchni region Winelands to niebo na ziemi! 






Piknik w winnicy Vergelegen w Somerset West. Wiele winnic ma w ofercie taką opcję, tu było to naprawdę magiczne doświadczenie, bo stoliki ustawiono w lesie drzew kamforowych.


Parowanie wina z czekoladą! Wspaniałe doznania dla podniebienia :-)

Durban

I na koniec jedno miasto, które mocno zalazło mi za skórę. Durban to dziwne i bardzo ciekawe miejsce. W ostatnich latach przeszedł taką metamorfozę, że jest właściwie nie do poznania. Co tak mi się tu podobało? Przede wszystkim bezpretensjonalność i atmosfera zupełnego luzu. Najlepiej to widać na promenadzie (The Golden Mile) i na plaży, gdzie ludzie o różnych kolorach skóry i wyznaniach spędzają wspólnie czas w zupełnej harmonii. Durban ma największą w Afryce populację mieszkańców pochodzenia azjatyckiego, i większą diasporę osób z indyjskimi korzeniami niż jakiekolwiek inne miasto na świecie (poza samymi Indiami oczywiście). Ich kultura jest tu bardzo widoczna i nie można tu być i nie zjeść curry czy kupić przypraw. Durban to też największy port kontenerowy na całym kontynencie, i drugie po Johannesburgu największe miasto RPA. Jednak rytm życia jest tu zdecydowanie wolniejszy, klimat łagodniejszy (choć latem jest bardzo tropikalnie), a samo miasto zadziwia mieszanką stylów architektonicznych: supernowoczesne budynki, domy jednorodzinne z ogrodami, trochę odrapane bloki, tuż obok styl niemal barokowy, a najbardziej chyba zaskakuje... Art Deco. Ten chaos ma jednak swój nieodparty urok. W Durbanie odbywa się także co roku Międzynarodowy Festiwal Filmowy, na którym miałam przyjemność być w ubiegłym roku. Bardzo dużo filmów z całego świata (ponad 200, w tym "Timbuktu", nominowany do Oskara obok "Idy" i pokazywany w Polsce na Festiwalu Filmów Afrykańskich Afrykamera), dobra organizacja i śmiesznie niskie ceny biletów (a niektóre pokazy były darmowe i również w plenerze) - może uda mi się w tym roku znów pojechać! :-)


Stadion im. Mosesa Mabhidy zbudowany na piłkarskie mistrzostwa świata w 2010 roku. Można wjechać kolejką na dach i podziwiać panoramę miasta, można też skoczyć na bungee z platformy umieszczonej w środku konstrukcji!

Źródło: http://www.uia2014durban.org/durban/must_see_sights/durban_city_hall.htm

Tu można kupić kardamon, kumin, gotową mieszankę curry, albo... walizkę :-D
Źródło: http://www.alexisdiack.com/life/an-iconic-art-deco-building-in-durban/




Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.
Wyświetlanie 996947_534780106597231_1075767489_n.jpg












Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...