Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Johannesburg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Johannesburg. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2016

Zima w RPA - jak wygląda i jak ją przetrwać?

Na północnej półkuli wiosna tuż tuż (a gdzieniegdzie już przyszła), a po drugiej stronie globu ludzie witają jesień - co oznacza, że zima za pasem! Wielu osobom się wydaje, że Afryka to głównie dżungla albo pustynia, więc jest gorąco, a przecież to ogromny kontynent, kilka stref klimatycznych, i zima jak najbardziej się tam pojawia, tyle że poniżej równika ma to miejsce w czerwcu :-) Spędziłam w RPA cztery zimy, głównie w Pretorii i regionie północno-wschodnim, więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że BYWA NAPRAWDĘ ZIMNO. A nawet śnieg się zdarza, choć podczas mojego pobytu tylko raz, 7 sierpnia 2012 roku, i było to wiekopomne wydarzenie. Otóż w Johannesburgu i Pretorii tenże śnieg spadł po raz pierwszy od ponad 30 lat! Z mojego punktu widzenia reakcja kolegów i koleżanek z pracy była dość komiczna. Siedzieliśmy jak zwykle wpatrzeni w monitory, gdy nagle nastąpiło pewne poruszenie. Ludzie zaczęli się zrywać z krzeseł i pędem udawali się na patio. Z kolegami Brytyjczykami popatrzyliśmy na siebie lekko skonfudowani, i dopiero rzut oka na okno wyjaśnił sytuację. Za nim kłębił się rozradowany tłum, łapiący drobniutkie płatki śniegu na języki i w ogóle skaczący i piszczący jak dzieci. Totalne szaleństwo ;-) Zdjęcie poniżej zrobiła tego dnia moja koleżanka z pracy na polu golfowym w Pretorii - jak widać, warunki pogodowe nie przeszkodziły pasjonatom tego sportu w rozegraniu rundki. 



Zabawne jest to, że trzy dni wcześniej pogoda wyglądała tak, znajoma miała urodziny i poszliśmy do parku na piknik. Chłopaki grali w boules, reszta konsumowała ciasta i inne frykasy :-)


W Johannesburgu śniegu spadło więcej i utrzymał się kilka godzin dłużej (tak, topniał błyskawicznie, bo aż tak zimno nie było). Poniższy filmik jest bardzo fajny, przy okazji możecie dokładnie zobaczyć, jak wygląda centrum miasta :-)


Śnieg pada regularnie w wielu regionach RPA, zwłaszcza w Drakensbergu (czyli Górach Smoczych) i na zachodzie kraju, tylko popatrzcie na te fotki!

Źródło
August 2006 Caledonspoort courtesy of Zania Collin
Źródło
Źródło
W Królestwie Lesotho znajduje się nawet kurort zimowy Afriski. Jako że leży on na wysokości 3050 m n.p.m., śnieg jak najbardziej się tam pojawia, choć zazwyczaj i tak stosuje się sztuczne naśnieżanie. W ubiegłym roku w czerwcu burza śnieżna wywołała sporo radosnych emocji wśród fanów sportów zimowych z RPA - zdjęcia możecie zobaczyć tutaj. RPA też ma swój kurort o uroczej nazwie Tiffindell, gdzie wprawdzie również zaczyna się od sztucznego śniegu i na nim głównie polega, ale od czasu do czasu ten prawdziwy też dodaje coś od siebie ;-)

Natomiast w Pretorii zima to pora sucha. Mniej więcej od końca kwietnia do połowy września nie pada, oprócz jednej czy dwóch burz w lipcu czy sierpniu. Poza tym codziennie jest tak samo: bezchmurne niebo. Strasznie, prawda? ;-) Jednak nie jest aż tak różowo. Po pierwsze, jako że miasto to leży na wysokości ok. 1300-1400 m n.p.m., gęstość powietrza jest już trochę mniejsza i wiele osób to odczuwa, zwłaszcza jeśli mieszkało się wcześniej na nizinach. (Ja przez pierwsze trzy miesiące czułam się ciągle zmęczona, a przy próbie biegania myślałam, że po kilku minutach wypluję płuca. Potem się już przyzwyczaiłam, choć bardziej intensywny wysiłek fizyczny nadal męczył mnie dużo szybciej, niż na przykład w Warszawie.) Gdy do tego przez kilka tygodni nie pada, robi się po prostu bardzo, bardzo sucho. Wszystko zaczyna się elektryzować, zwłaszcza mój kot miał trudne przejścia, bo od głaskania aż iskry leciały! ;-) Skóra jest wysuszona, cały czas chce się pić, oczy pieką, wysycha śluzówka w nosie, sporo osób ma problemy z egzemą. Ale choć bywa to uciążliwe, nie jest to wcale wysoka cena za piękną słoneczną pogodę codziennie, przez co najmniej 4 miesiące :-D 

Jeśli chodzi o temperaturę, to też źle nie jest - nad ranem bywają przymrozki, ale w związku z tym, że zawsze jest słonecznie, to powietrze szybko się nagrzewa i tak po godzinie 10 jest już nawet 20 stopni :-) Ale to nie do końca takie samo 20 stopni, jakie znamy z Polski. Ja odczuwałam tę temperaturę jako dużo niższą, niż wskazywał termometr, a poranny chłód przenikał aż do szpiku kości. To przez tę wysokość i suchość powietrza jest ono dużo bardziej rześkie i chłód bardziej daje się we znaki. Tak więc rano, wychodząc do pracy, owijałam się w gruby sweter, zakładałam nawet kozaki (skoro już były, zakupione jeszcze w Polsce, to chciałam chociaż kilka razy w nich poparadować!), ale że w ciągu dnia robi się cieplej, to najlepiej ubierać się na cebulę, żeby się potem nie ugotować. Lokalsi mają nieco inny próg odczuwania zimna. Widok moich koleżanek i kolegów w puchowych kurtkach, wełnianych czapkach, rękawiczkach, siedzących w takim ubraniu przy biurku, z grubym kocem na kolanach i ogrzewaniem dmuchającym z klimatyzatorów na pełnych obrotach - bezcenny ;-) Fakt, że wielu z nich wcześnie wstawało, by dojechać do pracy pociągiem czy minibusem-taksówką, ale w biurze jednak było dobre 25 stopni :-D

W pierwszym roku nie doceniliśmy jednak tego południowoafrykańskiego zimna. Wybraliśmy się w lipcu na weekend pod namiot do Parku Narodowego Marakele w prowincji Limpopo, 2,5 godziny jazdy samochodem z Pretorii. Mieliśmy jeszcze wtedy tylko podstawowy sprzęt kempingowy, który wprawdzie dobrze się spisał podczas spływu Krutynią w lipcu, ale po tej wycieczce do Marakele pojechaliśmy od razu do sklepu kupić duży namiot, porządne krzesła, materace, stolik, i wiele innych rzeczy, bez których na kempingu w RPA wygląda się po prostu jak biedny turysta z Europy :-D Dzień był piękny i słoneczny, ale gdy stawialiśmy nasz dwuosobowy namiocik, nasi sąsiedzi patrzyli na nas jak na wariatów ze swoich przyczep kempingowych i wielkich namiotów pełnych wszelkich udogodnień (na przykład anten satelitarnych czy... grzejników). Zrozumieliśmy ich, jak tylko zaszło słońce i temperatura spadła tak gwałtownie, że ledwo nadążałam z nakładaniem na siebie kolejnych warstw. Grzaliśmy się trochę przy ognisku po upieczeniu mięsiwa, ale w pewnym momencie już nie dało rady wysiedzieć w tym zimnie - postanowiliśmy więc iść spać, po uprzednim szybkim opłukaniu naczyń i wstawieniu ich, jeszcze mokrych, do bagażnika. W nocy właściwie nie zmrużyłam oka, było mi tak zimno, pomimo zimowej kurtki, wełnianej czapki, rękawiczek, ciepłego śpiwora... Mój równie zmarznięty mężczyzna wyglądał tak i nadal się trząsł (a do zmarzlaków nie należy, choć czapka z Wilna się przydała tym razem! :-))




Rano odkryliśmy, że naczynia do siebie przymarzły, musieliśmy je wystawić na słońce, żeby lód się rozpuścił. Ale już ok. godziny 9 zaczęłam ściągać z siebie poszczególne warstwy ciuchów i wkrótce wystarczył już tylko podkoszulek. Nie mogę jednak powiedzieć, że na kolejną noc czekałam z niecierpliwością... Jakimś cudem udało mi się nie przeziębić, ale postanowiliśmy, że wyjazd pod namiot w zimie to nie najlepszy pomysł ;-) Lepiej zatrzymać się w ogrzewanym domu, jak na przykład tutaj w prowincji Free State, niedalego granicy z Lesotho, gdzie z przyjaciółmi urządziliśmy sobie "Christmas in July", czyli Boże Narodzenie w lipcu. Jak się siedzi przy kominku, okutanym w koc, z kubkiem grzanego wina własnej roboty, atmosfera jest zdecydowanie bardziej świąteczna niż w grudniu, czyli w środku lata :-)





Bardzo przyjemnie wspominam zimę w Durbanie. Pojechałam tam na festiwal filmowy, który odbywa się w lipcu (pisałam o tym wyjeździe tutaj). Pogoda jest wtedy wspaniała, też słonecznie, ale dużo cieplej, zwłaszcza wieczorem, i nie tak sucho, jak w Pretorii dzięki bryzie od Oceanu Indyjskiego. Na promenadzie przy plaży spaceruje się w klapkach i szortach :-) 

 

Jest chyba tylko jedna rzecz, która mnie irytowała podczas pretoriańskich zim. A mianowicie - mrówki. Na co dzień mieszkały sobie głównie w ogródku, choć przeżarły nam też większość drewnianych listw przypodłogowych w salonie, ale jakoś specjalnie po samym domu się nie panoszyły (chyba że nad trupem jakiegoś karalucha czy gekona, którego upolował w ogrodzie mój kot i którego rozbebeszone szczątki walały się na podłodze - mrówkom byłam wtedy bardzo wdzięczna za bardzo szybkie sprzątanie, bo zgarniały wszystko w okamgnieniu ;-)). Natomiast naszą pierwszą zimę zapamiętałam dobrze, bo nagle w maju zaczęłam znajdować mrówki we wszystkich szafkach w kuchni. Było ich mnóstwo, łaziły po podłodze, blatach, pakowały się do czajnika, więc nie wiem, ile ich ugotowałam niechcący, zamieszkały w cukrze i innych produktach - nie mogłam sobie dać z nimi rady, bo nie wiedziałam, skąd właściwie wychodzą i dokąd niosą te wszystkie okruszki. Znajomi polecili mi wtedy pewną trutkę... Zielony, plastikowy pojemnik, który ją zawiera, stawia się na trasie, którą przemierzają mrówki. W pewnym momencie one ją wyczuwają i traktują jako coś zjadliwego, co można zabrać do gniazda. Dosłownie po godzinie czy dwóch już cały legion ładował się do tego pojemnika i nosił zawartość w tę i z powrotem. Patrzyłam na to zafascynowana. Trutka działa tak, że mrówki się duszą, więc zaczynają tabunami wyłazić ze swoich gniazd, ale na próżno, bo natychmiast umierają (przynajmniej nie męczą się długo...) I tak odkryłam, że u mnie zalęgły się w... kontaktach i pęknięciach w fugach! 


Z jednej strony naprawdę szkoda mi było tych setek pracowitych mrówek, które po prostu zbierały zapasy na zimę, ale z drugiej jest ich taka masa, że wymordowanie tych kilku gniazd w moich ścianach nie wyrządziło specjalnej szkody krajowej populacji mrówek... A przez resztę pobytu miałam już spokój, oprócz jeszcze jednej inwazji w zeszłym roku. Wchodzę do sypialni, a tu spora część białej ściany jest czarna i się rusza... Mrówki, większe niż poprzednio, i skrzydlate, tym razem zadomowiły się w klimatyzatorze! Wychodziłam właśnie do pracy, więc nie miałam za wiele czasu - spryskałam je po prostu sprayem na owady, a po powrocie skorzystałam z odkurzacza...

Podsumowując - zima w RPA może nie jest szczególnie sroga, ale bywa uciążliwa (w Kapsztadzie zwłaszcza, gdzie pada wtedy horyzontalny deszcz i strasznie wieje, choć na własnej skórze tego nie doświadczyłam - między majem a październikiem wybierałam inne kierunki na wyjazdy ;-)). Jednak i tak dla mnie, która nie znosi zimna i nie przepada za śniegiem, za to uwielbia słońce i bezchmurne niebo, była to najlepsza wersja tej pory roku, z jaką się dotąd zetknęłam :-)

*Wpis powstał w ramach lutowo-marcowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie - mój poprzedni, troszkę straszny, znajdziecie tutaj :-) Wczoraj trochę się bała Diana z z Wielkiej Brytanii, jutro straszyć albo rozśmieszać (a może jedno i drugie!) będzie Agnieszka z Francji!

środa, 10 lutego 2016

Jozi, eGoli, Miasto Złota...

...Johannesburg. Kojarzy Wam się to miasto z czymś szczególnym? Może z filmem "Dystrykt 9"? ;-) Może zawsze się Wam wydawało, że to stolica RPA? Albo kojarzycie to miasto z wysoką przestępczością? Ja od początku byłam go ciekawa, ale trochę czasu mi zajęło, żeby odkryć jego uroki. Okazuje się, że to bardzo intrygujące miasto, choć na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie mało przyjaznego molocha. Warto więc wybrać się na zwiedzanie z kimś, kto potrafi pokazać zarówno jego najciekawsze zakątki, jak i historię, która jest bardzo nietypowa. Polecam dwie opcje: czerwony autobus turystyczny City Sightseeing Tours oraz piesze wycieczki z sympatycznym przewodnikiem Geraldem Garnerem z Joburg Places (który wydał również kilka książek o Johannesburgu). Dzieliłam się kilkoma fotografiami z różnych wypadów do tego miasta na Instagramie, ale czas chyba też co nieco napisać!

Po pierwsze - Johannesburg NIE JEST stolicą RPA. Kraj ten ma ich aż trzy, ale akurat to miasto na tej liście się nie znajduje: Pretoria to stolica administracyjna (siedziba prezydenta), Kapsztad - ustawodawcza (tam mieści się parlament), a Bloemfontein - sądownicza. Natomiast Johannesburg jest największym miastem i centrum biznesowym RPA. Mieszka tu ok. 4 milionów ludzi, choć szacunki są różne, zależnie od tego, jaki obszar bierze się pod uwagę. Liczby wahają się więc od ok. 1 miliona w samym mieście po nawet 6 milionów w tzw. obszarze metropolitarnym. Jest to też największe miasto na świecie, które nie leży nad rzeką, jeziorem czy morzem. Tak naprawdę powstało w najmniej odpowiednim do zasiedlenia miejscu, z dala od jakiegokolwiek większego źródła wody, na wysokości 1700 m n.p.m., z dala od wszystkiego... Kiedy i dlaczego? Bardzo niedawno, bo dopiero pod koniec XIX wieku, i z powodu złóż złota, które tu odkryto.

Gorączkę złota w regionie Witwatersrand zapoczątkowało odkrycie tego kruszca przez Jana Gerritza Bantjes w czerwcu 1884 roku. Wieść rozniosła się po świecie z szybkością błyskawicy i wkrótce tysiące poszukiwaczy złota z Australii czy Kalifornii przeniosło się do Afryki Południowej, by tu w końcu znaleźć fortunę. Tak oto w 1886 roku powstało miasto, którego nazwa oznacza po prostu "miasto Johannesa". Nie wiadomo jednak do końca, o jakiego Johannesa czy może Johanna chodziło, bo to w tamtych czasach było bardzo popularne imię i wiele ważnych postaci z historii RPA je nosiło. Nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat, gdyż w pewien letni, burzowy wieczór wichura porwała namiot komisarza, który przybył, by oficjalnie poinformować tłum poszukiwaczy złota, że oto powstanie tu miasto. Wraz z namiotem w dal pofrunęły też plany i wszelkie instrukcje budowlane, postanowiono więc pominąć zwyczajowe rządowe procedury, a decyzje dotyczące nowej miejscowości pozostawiono inspektorowi o nazwisku Johann Rissik. To właśnie on oraz wiceprezydent Republiki Transwaalu Christiaan Johannes Joubert zostali wysłani na tereny nowych złóż złota, by ocenić, w którym miejscu powinno powstać miasto. Możliwe więc, że to od ich imion wzięła się jego nazwa.


Tak było na początku... (źródło)
... a w 1887 r. , czyli rok od oficjalnego założenia, było już tak! (źródło)

Miasto rozrastało się szybko, już w pierwszym roku istnienia powstała giełda, założono pierwszą gazetę, zbudowano kościół i teatr. W 1896 roku mieszkało tu już ponad 100,000 osób! Rosły jednak napięcia między Brytyjczykami, ówczesnymi kolonizatorami, a burskim rządem z Pretorii. Skończyło się to drugą wojną burską, która toczyła się od 1899 do 1902 roku. W tym czasie wielu afrykańskich górników opuściło Johannesburg, a na ich miejsce właściciele kopalni sprowadzili siłę roboczą z Chin. Po wojnie Afrykańczycy wrócili, ale wielu Chińczyków pozostało w nowym kraju. Obecnie RPA ma największą chińską diasporę na kontynencie, a zdecydowana większość mieszka właśnie w Johannesburgu.

Z tego wczesnego Miasta Złota zostało niewiele. Zostało bowiem gruntownie przebudowane, począwszy od lat 30. XX wieku. Drapacze chmur zaczęły się pojawiać w latach 40., a gdy w 1948 roku władzę przejęła Partia Narodowa i wprowadziła w życie doktrynę apartheidu, zaczęto także budować wokół wielkich miast tzw. townships, czyli dzielnice dla nie-białych mieszkańców. Tak powstało Soweto, w południowo-zachodniej części Johannesburga, które obecnie liczy sobie ponad milion mieszkańców.


Johannesburg w latach 30. XX wieku (źródło)

Jozi (bo tak pieszczotliwie mówi się na to miasto) przeżywał rozkwit aż do lat 80. Wtedy zaczął podupadać, głównie z powodu izolacji RPA na arenie międzynarodowej. Segregacja rasowa sprawiła, że coraz więcej zagranicznych inwestorów zaczęło się wycofywać z kraju. Skutki tego widać do dziś, gdyż wiele budynków z tamtego okresu w tzw. CBD (Central Business District) nadal stoi pustych i niszczeje. Sporo jest też kontrastów - nowoczesne szkło i metal obok rozpadających się ruder. Ale też inwestuje się mnóstwo pieniędzy w rewitalizację i Johannesburg znów kwitnie. Ilość fajnych restauracji, klubów, galerii, a także różnych wydarzeń kulturalnych i rozrywkowych może przyprawić o zawrót głowy! Poza tym z architektonicznego punktu widzenia to też chyba jedno z najbardziej szalonych miejsc na świecie ;-) Oto jak wygląda dzisiaj:

Widok z Carlton Centre

A to Carlton Centre - najwyższy biurowec Afryki, otwarty w 1973 roku. Wjeżdża się na najwyższe, 50. piętro, z którego można podziwiać panoramiczne widoki Johannesburga. Powoli znów zapełnia się biurami, choć na zewnątrz wygląda dosyć upiornie...

Most Nelsona Mandeli
Widok ze Wzgórza Konstytucyjnego
Sąd Konstytucyjny



O szczegółach pieszych wycieczek po Johannesburgu oraz objazdówki autobusem turystycznym już innym razem :-)

wtorek, 2 lutego 2016

Zjawy, trupy, demony i potwory, czyli co straszy w RPA ;-)

Jak chyba każde miejsce na ziemi, RPA ma swoje straszne historie: o duchach, nawiedzonych miejscach czy okrutnych morderstwach. Wiele z nich jest głęboko zakorzenionych w licznych kulturach, które znajdziemy w tym kraju; inne mają swoje źródło w stosunkowo niedawnych wydarzeniach i nadal oddziałują na wyobraźnię. W Klubie Polek na Obczyźnie w lutym i marcu codziennie dzielimy się, na zmianę, pomysłami na to, jak przetrwać zimę (zajrzyjcie do Białego Małego Tajfuna z Kunmingu w Chinach, która wczoraj pisała, jak marznie tam okrutnie, choć zimy nie są wcale srogie!) oraz opowieściami przerażającymi lub śmiesznymi z naszych rejonów. Oto kilka najpopularniejszych południowoafrykańskich legend, zjaw i paskudnych postaci :-) 

1. Każdy chyba słyszał kiedyś o Latającym Holendrze, prawda? Legenda o tym statku-widmie wywodzi się z XVII wieku, kiedy w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei rozbił się okręt pod dowództwem holenderskiego kapitana Hendrika Van der Decken. Według podań rozpętał się sztorm i załoga domagała się, by jak najszybciej zawinąć do leżącej nieopodal Zatoki Stołowej, ale krewki kapitan uparł się, że opłynie Przylądek pomimo szalejącej burzy. W furii wyrzucił nawet za burtę przywódcę buntu załogi. Różne są wersje tego, co nastąpiło później. Według jednej, kapitanowi objawiła się anielska postać, której on nie tylko jednak nie uczcił, ale wręcz wystrzelił do niej z pistoletu. W odpowiedzi usłyszał, iż on i jego załoga nigdy nie zaznają spokoju i będą żeglować po wsze czasy, przynosząc nieszczęście wszystkim napotkanym na swojej drodze. Z kolei w najbardziej znanej adaptacji legendy, gotyckiej powieści "Okręt widmo" Fredericka Marryata, kapitan przysiągł na relikwie Krzyża świętego swojej żony, bluźniąc przy tym straszliwie, że opłynie Przylądek choćby miał żeglować "do sądnego dnia". I Bóg go wysłuchał ;-) Odtąd Latający Holender dryfuje po oceanach, a spotkanie go to zły omen, który doprowadza do tragedii.


The Flying Dutchman, Charles Temple Dix 
Historia o Latającym Holendrze przetrwała stulecia i nie tylko inspiruje artystów (na jej podstawie Wagner napisał słynną operę, wspomniany Marryat popularną powieść, nie wspominając o autorach licznych obrazów, filmów, jak "Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka", komiksów, czy piosenek), ale też wciąż intryguje, gdyż doniesienia o tajemniczym statku, wyglądającym jak galeon i otoczonym dziwną poświatą, pojawiają się aż do XX wieku. Najbardziej znanym świadkiem tego widoku jest chyba brytyjski książę Jerzy, który później został królem Jerzym V. Miało to miejsce w 1881 roku u wybrzeży Australii. Książę Jerzy twierdził, że widział statek bardzo wyraźnie, a marynarz, który spostrzegł go pierwszy, następnego dnia spadł z masztu i zginął na miejscu. Zła wróżba się wypełniła... 

2. Skoro już jesteśmy przy zjawach, to RPA ma też swoją wersję popularnej na świecie legendy miejskiej o znikającym autostopowiczu. Historia o duchu z Uniondale ma swój początek w 1968 roku. Podczas burzowego weekendu wielkanocnego młoda para jadąca samochodem miała wypadek w pobliżu miasteczka Uniondale w regionie Karru Małe w Prowincji Przylądkowej Zachodniej. Dziewczyna, Maria Roux, spała na tylnym siedzeniu Volkswagena Garbusa, gdy jej narzeczony stracił nad nim panowanie, i zginęła na miejscu. W Wielki Piątek 1976 roku pojawia się pierwsze doniesienie o młodej kobiecie stojącej przy drodze w tej samej okolicy. Przejeżdżający akurat niejaki Anton Le Grange zaoferował, że ją podwiezie. W samochodzie próbował nawiązać rozmowę, ale dziewczyna nie odpowiadała. Gdy w końcu zerknął w lusterko wsteczne, zdał sobie sprawę, że na tylnym siedzieniu nikogo nie ma... Zaniepokojony podjechał do posterunku policji w Uniondale, by zgłosić ten dziwny przypadek. Dyżurny funkcjonariusz o nazwisku Potgieter wsiadł w swój samochód i podążył za pojazdem Le Grange'a w kierunku miejsca, z którego zabrał on dziewczynę. Gdy znajdowali się tuż obok tego punktu, policjant zobaczył, jak tylne drzwi samochodu Antona otwierają się i zamykają. Nie dowierzając, kazał mu jechać kawałek dalej z włączonymi światłami wewnątrz auta, by mieć pewność, że to sam Le Grange nie bawi się drzwiami. Drzwi jednak znów otworzyły się i zamknęły same. Wrócili obaj do Uniondale, nieco roztrzęsieni, a Potgieter na wszelki wypadek zamknął posterunek na noc. Gdy później pokazano Antonowi zdjęcia młodych kobiet, w tym nieżyjącej Marii, by zidentyfikował tajemniczą autostopowiczkę, wybrał bez wahania właśnie ją... Duch nieboszczki od tamtej pory dość regularnie nawiedza, głównie motocyklistów, w Wielki Piątek właśnie. Niektórych mocno straszy, gdyż przejeżdżając obok miejsca wypadku, czują nagle, jak ktoś obejmuje ich w pasie lub wali pięścią w kask. Kierowcy z kolei słyszą też przeraźliwy śmiech i odczuwają nagły chłód w samochodzie. Jeśli więc kiedyś znajdziecie się na tej drodze w okresie wielkanocnym, uważajcie na tę niską, długowłosą brunetkę, ubraną w ciemne spodnie i kurtkę, stojącą przy drodze i czekającą na podwiezienie...
Maria Roux (źródło: http://www.geni.com/people/Maria-Charlotte-Roux/6000000029757000923)

3. Jeśli lubicie zwiedzanie z duchami w tle, to w RPA można na przykład wybrać się do Kimberley w Prowincji Przylądkowej Północnej, miasta słynącego z kopalni diamentów założonej w XIX wieku, i pozostałej po niej Wielkiej Dziury (Big Hole). Duchów tu co niemiara, bo i trup ścielił się tu gęsto - zarówno w wypadkach w kopalni, jak i podczas drugiej wojny burskiej i oblężenia miasta między październikiem 1899 a lutym 1900 roku. Kimberley ma prawie 160 nawiedzonych budynków (oficjalnie uznanych przez ekspertów od wydarzeń paranormalnych!), a kolejnych 200 czeka na weryfikację. Jest więc biblioteka Africana, gdzie szamocze się niespokojny duch pierwszego bibliotekarza - wypił arszenik, gdy wyszło na jaw, że fałszuje księgi rachunkowe. Obecnie zrzuca czasem na zwiedzających książki z półek albo stuka filiżankami ok. godziny 16. Z kolei w hotelu Kimberley Club duch kelnera serwuje dania w jadalni, a na schodach pojawia czasami zjawa kobiety ubranej w XIX-wieczny strój. W lokalnym muzeum, które kiedyś było klasztorem, przechadza się widmowa siostra zakonna, a w dawnej siedzibie potentata diamentowego De Beers duch psa wyje na ganku. Na polach bitwy też nie brakuje zjaw, na przykład w Magersfontein najlepiej być w księżycową noc, by usłyszeć szkockie dudy (w drugiej wojnie burskiej brała też udział szkocka brygada) i migoczące światełka latarni żołnierzy przenoszących rannych na noszach. Podobno połowa odwiedzających była tego świadkami... Nocnych wycieczek z przewodnikiem w Kimberley jest kilka, można sobie wybrać, które duchy najbardziej chcielibyśmy spotkać!
Jeden z duchów z Kimberley - w bazie wojskowej Regiment's Drill Hall  (źródło: http://roadtravelafrica.com/2011/09/14/kimberley-and-its-ghosts/)

Jadalnia w Kimberley Club, gdzie dania podaje duch kelnera (źródło: http://roadtravelafrica.com/2011/09/14/kimberley-and-its-ghosts/)
Johannesburg też ma swoje duchy, na przykład w szpitalu dziecięcym Old Transvaal. Straszy tam Daisy de Melker, która pracowała tam jako pielęgniarka i zapoznała się przy okazji z różnymi truciznami. Wykorzystała tę wiedzę później, by zamordować swoich trzech mężów (co ciekawe, wszyscy byli hydraulikami), trując ich strychniną, oraz własnego syna, któremu zaaplikowała arszenik. Motyw? Pieniądze, które po małżonkach dziedziczyła. A biedny syn podobno też miał chętkę na majątek po ojcu, więc mama postanowiła usunąć konkurenta. I to właśnie jego nagła śmierć, niby na malarię mózgową, wzbudziła podejrzenia rodziny jej drugiego męża. Ekshumowano zwłoki nieszczęsnych meżów i syna, i potwierdzono, że zostali otruci. De Melker została skazana na śmierć przez powieszenie, wyrok wykonano 30 grudnia 1932 roku w Pretorii. Jej proces trwał 30 dni, a sala sądowa pękała w szwach. Niektórzy gapie nawet płacili, by móc do niej wejść.
Daisy de Melker (źródło: http://www.gauteng.net/guide/gauteng_personalities/daisy_de_melker/)
4. Kontynuując wątek o trupach, to jedno z najbardziej makabrycznych morderstw, jakie udokumentowano w RPA, miało miejsce w 1964 roku. 27 października tego roku młody nauczyciel Robert Bekker dokonał mało przyjemnego odkrycia: na brzegu jeziora Boksburg (niedaleko Johannesburga) znalazł walizkę, a w niej tors kobiety (bez głowy i nóg), owinięty w plastik, papier i prześcieradło. Nie żyła od najwyżej 2 dni. Choć na jej ciele widoczne były liczne rany od noża, szybko ustalono, że zadano je już po jej śmierci. Najpierw została bowiem pobita, a potem poderżnięto jej gardło. Bazy danych osób zagionionych i analiza odcisków palców nie przyniosły żadnych rezultatów. Sprawa trafiła na nagłówki gazet w całym kraju, lecz tożsamość kobiety nadal pozostawała tajemnicą. 7 listopada podczas regat na jeziorze Wemmer w Johannesburgu wyłowiono z wody plastikową torbę, która zawierała... nogi ofiary. Jednak bez głowy nadal nie było wiadomo, kim była nieszczęsna kobieta. Dopiero 17 grudnia dwóch chłopaków łowiących ryby w jeziorze Zoo Lake w Johannesburgu złapało na wędkę kolejną torbę - jej zawartości możecie się domyślić. Głowa była w stanie zaawansowanego rozkładu i brakowało jej zębów, lecz już następnego dnia opublikowano portret pamięciowy na podstawie dokładnych analiz patologów. Mimo to minęły aż cztery lata, zanim dotarto do zabójcy. Okazało się, że córka ofiary, Catherine Cronje, zgłosiła się na policję i potwierdziła tożsamość kobiety jako Catherine Burch jeszcze w 1964 roku, ale jej rodzina i narzeczony odwiedli ją od zamiaru zidentyfikowania zwłok w kostnicy. W ten sposób po roku sprawa została zamknięta: powód śmierci podano jako "nieustalony", a zamordowaną pochowano. W 1968 roku Catherine postanowiła jednak dotrzeć do prawdy. Sprawę otwarto na nowo i w pierwszej kolejności postanowiono odszukać męża Catherine Burch, którego nikt nie widział od 4 lat. Okazało się, że po śmierci Catherine pan Ronald Burch złożył w pracy wypowiedzenie, poinformował pracodawcę żony, iż ta poważnie zachorowała i już nie wróci do pracy, odebrał jej zaległą pensję i zniknął. Ustalono w końcu, że zamieszkał u swojej matki w Johannesburgu. Kobieta na początku nie chciała przyznać się do tego policji, ale w końcu uległa i dała funkcjonariuszom klucz do pomieszczenia na tyłach ogródka. Gdy policjanci otworzyli drzwi, zastali Ronalda stojącego na środku pokoju z kablami elektrycznymi w rękach, podłączonymi do kontaktu. Nacisnął włącznik i na oczach policji popełnił samobójstwo. Motywu zbrodni nigdy więc nie poznano...

Z Jeziorem Wemmer, w którym znaleziono nogi Catherine Burch, wiąże się także postać Cedrika Maake, zwanego Zabójcą z Wemmer. W 1996 i 1997 roku zamordował on co najmniej 27 osób. Skazano go w 2000 roku na 27-krotność dożywocia (jedno dożywocie za każde z 27 morderstw, które mu udowodniono) plus 1159 lat i 3 miesiące za 26 usiłowań morderstwa, 14 gwałtów, 41 rozbojów i wiele mniejszych wykroczeń. W sumie wyszło 1340 lat więzienia. W RPA kara śmierci została zniesiona w 1994 roku, więc Maake nadal siedzi...

5. Czas na bardziej tradycyjnego południowoafrykańskiego stwora - poznajcie Tokoloshe! Ten mały, złośliwy demon, wyglądający trochę jak mała małpa o czarnych włosach na całym ciele, często mieszka blisko wody, która czyni go niewidzialnym (może też połknąć kamyk, by osiągnąć ten stan). Można go wezwać, gdy chce się nastraszyć dzieci, ale też w celu sprowadzenia choroby, innego nieszczęścia, czy nawet śmierci na daną osobę. Wypędzić go może jedynie N'anga, czyli szaman. Tokoloshe (zwany także Hili) przyjmuje różne formy i jest zdolny do różnych psot i mniej lub bardziej paskudnych czynów, zależnie od regionu i społeczności. W wielu tradycyjnych domostwach nadal wierzy się, że łóżko musi znajdować się odpowiednio wysoko ponad podłogą, by Tokoloshe nie wkradł się do niego i na przykład nie odgryzł śpiącemu palca u nogi czy nie zgwałcił śpiącej kobiety (demony te mają ponoć bardzo wybujałe przyrodzenie)... Dlatego pod każdą nogę łóżka podkłada się cegłę. Lud Xhosa ma w swoim repertuarze sporo historii o morderczych zapędach Tokoloshe'a. Jednak mówi się też, że ten chochlik jest ze swojej natury psotny, ale nie czyni krzywdy. Dopiero gdy dostanie się w niewolę wiedźmy, staje się złośliwy i agresywny. Wiele osób wierzy też, że wiedźmy trzymają Tokoloshe'a, by zaspokajał je seksualnie...
Można sobie kupić taką marionetkę na http://www.africarve.co.za/puppets.htm

6. Na zakończenie czas na potwory z prawdziwego zdarzenia! Zuluski Inkanyamba mieszka w wodach u stóp Wodospadu Howick na rzece Umgeni w prowincji KwaZulu-Natal. To wielki wąż o głowie przypominającej koński łeb, a jego gniew wywołuje letnie burze, które w tych rejonach są bardzo gwałtowne. Inkanyambę znają też Xhosa i od wieków wywołuje trwogę u nich i Zulusów. Nawet niektóre malowidła naskalne w jaskiniach prowincji KwaZulu-Natal przedstawiają tego typu stwora. Możliwe, że był to jakiś gatunek wielkiego węgorza...

Wodospad Howick
Image result for inkanyamba
Inkanyamba (źródło: http://roadtravelafrica.com/2013/09/12/the-inkanyamba-legendary-water-monster-of-south-africa/)
Innym mitycznym stworzeniem dla Zulusów, Xhosa oraz Pondo jest Impundulu, czyli "ptak błyskawic". Przyjmuje on postać czarno-białego ptaka wielkości człowieka i gdy chce złożyć jaja, za pomocą skrzydeł i szponów przywołuje pioruny i burze. Kojarzycie tajemnicze kręgi w zbożu, które pojawiają się w różnych kulturach? W RPA są to miejsce lądowania Impundulu i uderzenia grzmotu. Można spróbować wygrzebać jajo tego ptaka i zetrzeć jego skorupę na proch. Gdy wymiesza się ją z odpowiednimi składnikami, powstała mieszanka sprawi, że piorun trafi naszego wroga. Impundulu jest też krwiożerczy, przypisuje mu się wręcz wampiryczne skłonności. To powiernik czarownic i szamanów, którzy wykorzystują jego tłuszcz do produkcji tradycyjnych lekarstw. Impundulu można zabić jedynie ogniem, choć niektórzy twierdzą, że jest on nieśmiertelny. Jego legenda ma się dobrze - w 2005 roku skazano mężczyznę, który zamordował dwuletnie dziecko wierząc, że jest ono wcieleniem Impundulu... 
https://roadtravel1.files.wordpress.com/2015/02/ken-wilson-impundulu-notxt.jpg
Ptak wyglądający jak ten powyżej istnieje naprawdę - nazywa się Hamerkop (po polsku to waruga) i wygląda tak:
https://roadtravel1.files.wordpress.com/2015/02/derek-ramsey-hammerkop.jpg
Nie jest wcale taki wielki ani krwiożerczy, o czym sama się przekonałam w Parku Narodowym Mapungubwe, gdzie ptaki te miały swoje gniazda nad moim namiotem :-) Ale z jakiegoś powodu mit o ich powiązaniach z piorunami funkcjonuje nie tylko w RPA, ale także na przykład wśród Buszmenów na Pustynii Kalahari, a na Madagaskarze wierzy się, iż zniszczenie gniazda warugi spowoduje u sprawcy trąd. 

Mam nadzieję, że podobał Wam się ten wpis :-) Jutro w Klubie Polek znów będzie o zimie w Azji, tym razem opowie o niej Majia z Tajwanu, a w czwartek kolej na Anię z Wiednia i jej śmieszne lub straszne historie z Austrii :-) 

środa, 30 grudnia 2015

Pożegnanie z Afryką... ale tylko na kilka miesięcy :-)

Patrząc dziś rano przez okno domu rodzinnego Tima w miasteczku Ramelton w Donegal w Irlandii, widziałam ciężkie chmury i deszcz padający na przemian z gradem, i wróciłam myślą do słonecznej i upalnej RPA, którą opuściłam na dobre półtora tygodnia temu. Kontrast jest, ale z drugiej strony dawno nie doświadczyłam takiej irlandzkiej pogody, więc jest to nawet całkiem egzotyczne ;-) Czy tęsknię? W jakimś stopniu na pewno, ale zawsze wiedziałam, że będę w RPA tylko przez określony czas, a od roku wiem też, że moja przygoda z Afryką się nie kończy, tylko przenosi w inne rejony. Mam poczucie, że udało mi się wypełnić mój pobyt w RPA niemal do granic możliwości - byłam w tylu miejscach, również w regionie, że tylko sumiennie posegregowane zdjęcia pozwalają mi to wszystko spamiętać. Jutro ostatni dzień roku, więc postanowiłam zrobić bilans i listę najbardziej pamiętnych chwil z tych dwunastu miesięcy. Nie robię jeszcze podsumowania całego pobytu w RPA, bo blog na razie będę kontynuować, mam sporo zaległych wpisów. Ale jak przejrzałam zdjęcia, to okazało się, że każdy miesiąc 2015 roku przyniósł ze sobą jakieś pozytywne i ciekawe wrażenia. To zaczynamy! Linkuję też do konkretnych wpisów :-)

STYCZEŃ

Kemping w Parku Narodowym Marakele. Pojechaliśmy na weekend, żeby się zrelaksować i popatrzeć na zwierzaki przechadzające się po kempingu. Głównie strusie, ale z kempingu widać też wodopój, więc z krzesełka przed namiotem, popijając zimny cydr Savanna, można przyglądać się żyrafom, zebrom, różnym antylopom, a nawet nosorożcom. Strasznie się wtedy spiekliśmy, choć siedzieliśmy pod drzewem w cieniu, bo zapomnieliśmy wysmarować się kremem z filtrem. Ten cień to zmyłka, jak jest ponad 30 stopni, to żadne drzewo nie pomoże. Nosy i ramiona mocno ucierpiały!



LUTY


Kojarzycie tę piosenkę? Okazało się, że menedżer wokalisty jest kuzynem mojej menadżerki, więc mieliśmy okazję poznać Mike'a Rosenberga osobiście. Przesympatyczny facet, a jego koncert w parku przy tamie Emmarentia w Johannesburgu miał radosną, piknikową atmosferę, jak zwykle zresztą (byłam tam też na koncercie Bastille w zeszłym roku). 



MARZEC

Kapsztad z przyjaciółmi i wyścig rowerowy Cape Town Cycle Tour (dawniej zwany Cape Argus). Ja w wyścigu udziału nie brałam, jedynie dopingowałam uczestników, ale fajnie było to wszystko zobaczyć. No i oczywiście Kapsztad jak zwykle nie zawiódł, pogoda była cudowna! Poszliśmy m.in. na rewelacyjne sushi do restauracji o wdzięcznej nazwie Codfather, a na kolację do bardzo fajnej meksykańskiej restauracji El Burro, gdzie podelektowaliśmy się drinkami z różnych rodzajów tequili ;-) 





KWIECIEŃ

Miesiąc bogaty w długie weekendy, święta, i w związku z tym - wyjazdy. Najpierw był malowniczy Park Narodowy Golden Gate Highlands, gdzie spędziliśmy Wielkanoc na wędrówkach po górach. 


Następnie, w połowie miesiąca, odwiedziliśmy Rezerwat Zwierząt Madikwe, gdzie wprawdzie pogoda specjalnie nie dopisała, ale za to napatrzyliśmy się na gepardy, lwy, słonie i nosorożce.




A na koniec miesiąca, gdy znowy był długi weekend, zaliczyliśmy w końcu Mozambik, a dokładnie Vilanculos i okolice, łącznie z Archipelagiem Bazaruto. Chciałabym jeszcze kiedyś pojechać do tego pięknego kraju i zobaczyć inne części wybrzeża, a także Park Narodowy Gorongosa.



MAJ

Tydzień w Warszawie i wieczór panieński oraz wesele mojej przyjaciółki! :-) A poza tym Wild Coast, czyli Dzikie Wybrzeże, kraina Nelsona Mandeli. Nocowaliśmy w różowym rondawelu, jedliśmy tradycyjny chleb lokalnego ludu Xhosa, a plażę dzieliliśmy z... krowami i osłami :-)



W maju udało nam się także dostać na występ komika Trevora Noah w Johannesburgu. Uwielbiam jego poczucie humoru i bardzo się cieszyłam, że zdołaliśmy zdobyć bilety na jego ostatni występ w RPA przed wyjazdem do USA, gdzie przejął od Jona Stewarta prowadzenie popularnego programu The Daily Show. W amerykańskiej rzeczywistości Trevor czasem się gubi, i myślę, że jego humor i styl nie do końca pasują do tamtejszej mentalności, stąd dużo krytyki pod jego adresem. Jest on jednak niezwykle popularny w RPA, Wielkiej Brytanii czy Australii, ze względu na świetny zmysł obserwacji różnych kultur, dowcipy bardzo na czasie i celujące w najbardziej czułe punkty znanych osób czy zdarzeń, ale nigdy nieprzekraczające granicy dobrego smaku, a także... patriotyzm. Trevor śmieje się ze wszystkiego i wszystkich, przedstawia RPA jako kraj absurdów, ale także miejsce fascynujące, z którego jest dumny. Na jego występach sale zawsze są pełne ludzi różnych ras, wyznań czy wieku. Trevor naprawdę potrafi zjednoczyć Południowoafrykańczyków i jest w RPA wręcz wielbiony. Do tego wszystkiego jest też bardzo przystojny i przesympatyczny ;-) Poniżej fragment jego występu w Londynie.



CZERWIEC

W kultowym klubie jazzowym The Orbit w Johannesburgu świętowaliśmy zaręczyny przyjaciół. Przy muzyce na żywo pod przewodnictwem cenionego saksofonisty Steve'a Dyera zjedliśmy pyszną kolację i poczuliśmy wspaniałą atmosferę tego miejsca.


Klimaty były mniej więcej takie: 



Jeden z weekendów spędziłam z grupą nabliższym znajomych na wędrówce szlakiem Cycad Trail w prowincji Mpumalanga. Nocowanie w chatce nad kanionem, ogniska i spektakularne zachody słońca - niewiele więcej potrzeba do szczęścia! :-)



Jedną z sobót natomiast poświęciłam na spacer po Johannesburgu z przewodnikiem Geraldem Garnerem z JoburgPlaces (http://www.joburgplaces.com/). Byłam już z nim kiedyś na podobnej wycieczce, podczas której dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy o historii Johannesburga. Tym razem odwiedziliśmy Fashion District, czyli dzielnicę, w której młodzi, aspirujący projektanci mają swoje butiki, robią pokazy mody i kupują tkaniny, oraz Little Ethiopia, gdzie zjadłam tradycyjną etiopską indżerę i wypiłam prawdziwą etiopską kawę. 





LIPIEC

Znów wyjazd do Europy, tym razem Wielka Brytania i ślub przyjaciół w hrabstwie Oxfordshire. Przy okazji pojechałam m.in. do Oxfordu i Stratford, odwiedziłam imponujący Blenheim Palace w Woodstock, a także Zamek Highclere, czyli Downton Abbey! Jestem wielką fanką serialu i nawet deszcz nie był w stanie odwieść mnie od planu zawitania do tego miejsca :-)  

SIERPIEŃ

Długi weekend w Rwandzie. Robiliśmy rekonesans, bo to tam wyjeżdżamy w przyszłym roku! Fascynujący kraj o bardzo trudnej przeszłości, który nie tylko podniósł się po koszmarze roku 1994, ale ma ogromne ambicje być Singapurem Afryki. Na pewno będzie to bardzo ciekawe miejsce do mieszkania i oczywiście blogowania :-)

Poza tym jeszcze Kapsztad i spacer po dzielnicy muzułmańskiej Bo-Kaap, słynącej z kolorowych domków.


A na zakończenie weekend w miasteczku Tulbagh, gdzie dominują winnice i piękne krajobrazy.



WRZESIEŃ

Madagaskar! Tak, jestem Wam winna sporo wpisów, bo jak dotąd opublikowałam tylko jeden, z obietnicą dalszego ciągu... Ale potem jakoś cała moja energia skupiła się na przygotowaniach do zakończenia pracy i pakowania całego dobytku, i zupełnie wypadłam z rytmu... W styczniu nadrobię :-)

PAŹDZIERNIK

Jak co roku, jakarandy kwitły w Pretorii i miasto okryło się fioletem. To naprawdę przepiękny spektakl przyrody! 


Odbyliśmy także pożegnalną wycieczkę do naszego ulubionego parku narodowego Pilanesberg. A w jedną z niedziel wybraliśmy się na cotygodniowe targi Arts on Main w Johannesburgu, gdzie można kupić nie tylko dzieła młodych artystów, ale także pyszne jedzenie.




LISTOPAD

Weekend w Durbanie i degustacja lokalnego specjału - bunny chow, czyli curry w wydrążonym bochenku chleba. Pycha!



A poza tym w Pretorii było gorąco i sucho, więc łapałam na leżaku w ogrodzie promienie słońca i ładowałam akumulatory witaminą D ;-)

GRUDZIEŃ

Pakowanie, mnóstwo pożegnalnych lunchów, drinków i kolacji ze znajomymi. Ostatni wyjazd do Kapsztadu i wizyta w Ogrodach Botanicznych Kirstenbosch, a następnie w miasteczkach Stanford i Greyton, oraz w głuszy na północ od gór Cederberg, niemal już w rejonie Namaqualand, na farmie Oudrif. 




Takie cuda w menu jednej z knajpek w Greyton :-)
Winnice wszędzie, więc trzeba było się choć w jednej zatrzymać!
To też Greyton, niesamowicie urocze miasteczko.
Farma Oudrif na końcu świata, cudowny relaks.
Święta spędziłam w Polsce, w rodzinnym Szczecinie i nad morzem w Niechorzu, a na ostatni tydzień roku przeniosłam się do Irlandii. 

I tak oto dobiegł końca nie tylko mój pobyt w RPA, ale też cały niezwykły rok 2015. Dziękuję Wam wszystkim za to, że zaglądacie tutaj, czytacie, czasem komentujecie, lubicie stronę bloga na Facebooku - to dla mnie motywacja, żeby nadal dzielić się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami. Jak już chyba gdzieś wspominałam, będę tworzyć nowy blog, o Rwandzie i Afryce Wschodniej, ale tam wyląduję dopiero w maju. Do tego czasu nadrobię zaległości tutaj i wrzucę jeszcze całkiem sporo wpisów, których zalążki siedzą w szkicach i jakoś nie mogły się dotąd wykluć. Będę miała teraz trochę więcej czasu (tak przynajmniej myślę!), więc nie ma zmiłuj ;-) 

Mam nadzieję, że ten rok był dla Was łaskawy, a następny będzie jeszcze lepszy i przyniesie dużo radości i ciekawych, pozytywnych doświadczeń. Do zobaczenia w 2016! :-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...