Pierwsze dwa dni spędziliśmy w Parku Narodowym Ts'ehlanyane, w ośrodku Maliba Lodge. Wspaniałe miejsce na odpoczynek w otoczeniu niezwykłych gór. Można po prostu siedzieć z zimnym lokalnym piwem Maluti i napawać się widokami, można wędrować, jeździć konno (ja się odważyłam, po raz pierwszy w życiu, i nie żałuję!), a latem taplać się w górskich jeziorach (teraz już za zimno, no i wody niewiele w nich zostało). A w nocy gapić się godzinami w niebo, bo przy praktycznie zerowym zanieczyszczeniu świetlnym gwiazdy są wprost oszałamiające!
| Moja klacz Carmen :-) |
| Maliba Lodge |
Drugim punktem wycieczki był pobyt w wiosce Ha Molapo, w domostwie o nazwie Mamohase, niedaleko drugiego pod względem wielkości miasta Botha-Bothe. Dojazd tam okazał się nie lada wyzwaniem, choć widoki były znów bardzo ładne:
Zostaliśmy przyjęci bardzo ciepło. Pobawiliśmy się z psem i kotami, zachwyciliśmy się zachodem słońca, zjedliśmy pyszny domowy posiłek (pap, ziemniaki, kurczak, szpinak, sos z pomidorów i cebuli), pogadaliśmy trochę o życiu, a potem zasnęliśmy w egipskich ciemnościach przy akompaniamencie piejących kogutów, które najwyraźniej miały nocne spotkanie ;-)
O Mamohase i jego właścicielach napiszę w osobnym poście, bo to ciekawa historia. Wrzucę też jeszcze więcej zdjęć. Ale to już po powrocie z kolejnej wyprawym tym razem do Namibii, czyli po 4 maja! :-)