poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Druga pocztówka z Afryki Wschodniej: Rwanda - Jezioro Kivu

Pewnie znów wyjdzie bardziej długi list niż pocztówka, ale szkoda by było pominąć wszystkie obserwacje, no i tym razem są też zdjęcia ;-)

Tak się złożyło, że w weekend, w który odwiedzaliśmy Rwandę, miała miejsce impreza zwana Barge Party - czwarta edycja imprezy na statku pływającym po Jeziorze Kivu znajdującym się na granicy z Demokratyczną Republiką Konga. Nie brzmi to jak coś, co organizowaliby Rwandyjczycy, i rzeczywiście jest to wydarzenie głównie dla ekspatów, organizowane również przez nich - w tym roku przez dziewczynę z USA. Jako że znajomi, u których się zatrzymaliśmy, chcieli w tym uczestniczyć, dołączyliśmy do nich, nie wiedząc za bardzo czego się spodziewać. Ale już sam fakt, że do miejscowości Gisenyi leżącej nad jeziorem jest 3 godziny jazdy samochodem sprawił, że cieszyliśmy się na możliwość zobaczenia kawałka kraju. Stolice nigdy nie reprezentują całego państwa, żeby zobaczyć, jak ono tak naprawdę wygląda, trzeba jednak udać się na prowincję, gdzie toczy się życie przeciętnego obywatela.

Rwanda jest bardzo niewielkim krajem, jak już wspominałam w poprzednim wpisie, więc odległości nie są duże - z Kigali do Gisenyi jest 160 km, ale jedzie się ok. 3 godzin. Nie dlatego, że drogi nie są dobre (wręcz przeciwnie, są bardzo przyzwoite), lecz z powodu ciągłych zakrętów i jazdy pod górkę. Wzgórz rzeczywiście jest tysiące, więc prostych odcinków właściwie nie ma. Ruch jest stosunkowo niewielki, ale wystarczy jedna ciężarówka mozolnie wspinająca się do góry, żeby utknąć na jakiś czas. Trudno się wyprzedza, gdy nie widać, czy zza wzgórza nie pruje właśnie w naszą stronę motocykl albo autobus. Nie przeszkadzało mi jednak wolne tempo jazdy, wręcz przeciwnie - dało się przynajmniej popatrzeć na krajobraz. 

Pisałam już, że Rwanda jest krajem bardzo gęsto zaludnionym i każdy skrawek ziemi jest wykorzystany. Terenu płaskiego jest niewiele, więc pozostaje tarasowy sposób uprawy. Jest bardzo zielono, nawet teraz, w porze suchej.








Samego Gisenyi nie miałam okazji zobaczyć, bo tylko przejechaliśmy przez to miasteczko, żeby zdążyć na łódź. Która oczywiście miała godzinne opóźnienie, w końcu obowiązuje czas afrykański ;-)



I gdy tak siedzieliśmy na plaży, czekając na znak, że możemy odpływać, dotarło do mnie, że kilkaset metrów stąd (na zdjęciu powyżej - za statkiem) znajduje się Goma. Jeśli śledzicie czasem wieści z Afryki, zazwyczaj niespecjalnie wesołych, to miasteczko w Demokratycznej Republice Konga pojawia się dość często. Stacjonują tu mianowicie siły pokojowe ONZ i cała masa różnych organizacji pomocowych. W czasie ludobójstwa w Rwandzie Goma stała się głównym miejscem ucieczki dla tysięcy ludzi; szacuje się, że w ciągu dwóch dni granicę w tym miejscu przekroczyło 10-12 tysięcy uchodźców na godzinę. Na kryzys humanitarny nie trzeba było długo czekać, wkrótce wybuchła epidemia cholery i pochłonęła kolejne kilka tysięcy ludzkich istnień. Stosunki między Rwandą a DR Konga są napięte do tej pory. Dość powiedzieć, że linie lotnicze RwandAir latają do wszystkich stolic w regionie oprócz Kinszasy. Żeby się tam dostać, najlepiej polecieć do Brazzaville w Republice Konga i udać się do Kinszasy statkiem, bo leży ona po drugiej stronie rzeki Kongo. 

Ale o Gomie mówiło się też całkiem niedawno, w kontekście kolejnego etapu wojen w Demokratycznej Republice Konga. W 2012 roku miała miejsce tzw. Rebelia M23 pod przywództwem generała Ntagandy, który zbuntował się przeciw rządowi. Interweniowało kongijskie wojsko i ONZ, ostatecznie traktat pokojowy zawarto ponad rok później. Nadal jednak Goma to punkt zapalny dla konfliktu między Hutu a Tutsi.

I tak oto siedzę sobie wśród Rwandyjczyków, czekam na imprezowy statek, na który załadowywane są właśnie skrzynki z piwem, balony i głośniki, a nad głową latają mi samoloty ONZ, ladują w Gomie i stamtąd znów startują. Było to chyba najbardziej surrealistyczne przeżycie podczas całego mojego pobytu w Afryce. Czułam się nie na miejscu, jakbym dokonywała jakiegoś aktu profanacji - kilkanaście minut spaceru stąd toczy się właściwie wojna, a ja mam przed sobą wesoły rejs, jakby nigdy nic... Gdy już znalazłam się na tym statku, okazało się, że wielu uczestników pracuje w Gomie właśnie, m.in. dla misji pokojowej ONZ. Albo w Rwandzie czy Burundi dla jakiejś organizacji charytatywnej, od UNICEFu po małe lokalne NGO. Niełatwa to praca, i wszyscy po prostu potrzebują od czasu do czasu jakiejś odskoczni - doroczna Barge Party wypełnia właśnie tę lukę. Mając na co dzień do czynienia ze skrajnym ubóstwem, chorobami, konfliktami trzeba czasem zrobić coś trochę oderwanego od tej mało radosnej rzeczywistości, żeby nie zwariować. Nie musiałam wypytywać o szczegóły, by zrozumieć, że takie wydarzenie, choć wydaje się nieco kuriozalne w takim miejscu, jest tym ludziom potrzebne dla zachowania zdrowia psychicznego. 

Wszyscy bawili się świetnie, tańczyli i pochłaniali piwo i grillowane mięso razem z nielicznymi Rwandyjczykami i obsługą statku. Oprawę muzyczną zapewniał Holender, w wolnym czasie DJ, który grał typową muzykę klubowo-imprezową, z hitami znanymi z międzynarodowych list przebojów. Przy wsiadaniu na statek wszystkim nam założono nowiutkie kamizelki ratunkowe, które natychmiast po wdrapaniu się na pokład wylądowały na ławkach jako poduszki, bo można się było w nich ugotować. W pewnej chwili, gdy byliśmy już na pełnym jeziorze, dostrzegliśmy zbliżającą się do nas z dużą prędkością łódkę. DJ zawołał do mikrofonu, żebyśmy natychmiast założyli kamizelki. W łódce znajdowało się kilku policjantów z kałasznikowami. Z szerokimi uśmiechami poinformowali nas, że gdybyśmy czegoś potrzebowali, to oni służą pomocą, po czym odpłynęli, pokazując sobie nawzajem co ładniejsze dziewczyny i zupełnie się z tym nie kryjąc. Wszyscy jednak wiedzieli, że ta grzeczność i jowialność to trochę na niby, policja w Rwandzie ingeruje w życie obywateli dość mocno, więc to były bardziej zwiady i ostrzeżenie, żeby niczego głupiego nie robić. Nikt jednak się tym specjalnie nie przejął, choć kamizelki jednak już zostały na większości grzbietów.

Statek trzymał się dość blisko brzegu, więc mogłam poobserwować wioski i niesamowite łodzie rybackie, które można znaleźć tylko na Jeziorze Kivu. 











W oczy rzuca się także platforma wiertnicza. Kivu to tykająca bomba metanowa, gdyby nastąpił wyciek tego gazu, mogłoby zginąć 2 miliony ludzi. Podobne jezioro znajduje się w Kamerunie, eksplozja w 1986 roku zabiła 1700 osób. Rząd Rwandy postanowił wykorzystać potencjał Kivu. Jezioro trzeba "odgazować", żeby uniknąć wybuchu, a przecież z takich zasobów gazu można uzyskać ogromną ilość energii i w ten sposób dostarczyć elektryczność do wielu domostw. Jest to międzynarodowy projekt i nadal potyka się o problemy natury inżynieryjnej, finansowej i biurokratycznej, bo trzeba wziąć pod uwagę fakt, że gaz do jeziora "pompują" okoliczne wulkany, więc jak coś pójdzie nie tak, to ryzyko wielkiego wybuchu jest naprawdę duże... Jednak powoli dopinane są umowy i regulacje, a kolejne platformy mają być zainstalowane w przyszłym roku.



Po w gruncie rzeczy bardzo przyjemnym rejsie nocowaliśmy w pięknie położonym ośrodku Paradis Malahide. Siedzenie na statku w pełnym słońcu przez kilka godzin było jednak dość męczące, więc z radością zaległam na bardzo wygodnym łóżku w okrągłej chatce, osłoniona moskitierą, i zapadłam w sen...

Nie zdążyłam jednak pospać zbyt długo. O godzinie 4:50 obudził mnie śpiew... muezzina. Myślałam, że mi się coś śni - jednak to tęskne wezwanie do modlitwy niosło się po tafli jeziora i było bardzo wyraźne. Okazuje się, że niemal 5% populacji Rwandy to muzułmanie. Jest to dość młoda grupa (pierwszy meczet zbudowano tu w 1913 roku) i była od samego początku marginalizowana, głównie przez administrację belgijską i Kościół katolicki. Obecnie wyznawcy islamu są bardziej aktywni, a muzułmańskie święto Eid al-Fitr jest oficjalnie uznane przez państwo. 

Ledwo muezzin skończył swoje wezwanie, a ja zdążyłam znów przysnąć, gdy obudziły mnie krzyki. Wojskowe. Otóż ulicą, przy której znajduje się hotel, przemaszerował oddział armii kongijskiej, odliczając nieco na chybił trafił po francusku: un, deux, six, huit... Nie wiem tylko, czy szli z Gomy, czy do Gomy, ale w sumie co to za różnica... Najwyraźniej odbywali poranne ćwiczenia. Potem już nie bardzo dało się spać, bo rozpoczął się ptasi koncert. Dźwięki, których nigdy wcześniej nie słyszałam, choć przecież trochę już po Afryce pojeździłam. Ale to inny klimat, inne ptaki... Różnorodność afrykańskiej natury przyprawia czasem o zawrót głowy.

Śniadanie przyszło mi zjeść w bardzo malowniczych okolicznościach przyrody. Towarzystwa dotrzymywały mi zimorodki polujące na ryby oraz piękna jaszczurka agama wygrzewająca się w porannym słońcu.









Spędziłam w Rwandzie zaledwie 4 dni, a przywiozłam tyle wrażeń! Przez kilka dni po powrocie do RPA miałam wrażenie, że wróciłam z jakiejś odległej planety, choć to tylko 4 godziny lotu (albo 6, jeśli, tak jak my, niechcący zarezerwuje się lot powrotny z międzylądowaniem w Lusace w Zambii...) Cieszę się na myśl, że będę mogła poznać ten kraj lepiej już od przyszłego roku!

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pierwsza pocztówka z Afryki Wschodniej: Rwanda - Kigali

Do Rwandy zawsze miałam słabość. Kraj tysiąca wzgórz. Przeczytałam sporo książek na jego temat i wszystkie oczywiście koncentrowały się wokół ludobójstwa w 1994 roku. Rwanda kojarzy się jeszcze z gorylami górskimi, i to chyba tyle - a mnie zawsze zastanawiało, jak tam naprawdę jest, bo od tragedii ludobójstwa jednak minęło ponad 20 lat, a w mediach o Rwandzie właściwie nie słychać. Nawet o gorylach bardziej się mówi kontekście konfliktu w Demokratycznej Republice Konga, bo to tam są one najbardziej zagrożone. No i tak się złożyło, że Rwanda będzie moim domem od przyszłego roku. Poleciałam więc z T. na długi weekend zrobić rekonesans, zobaczyć, czego się możemy spodziewać.

Z Johannesburga do Kigali leci się 4 godziny. Narodowe linie Rwandy RwandAir mają przyzwoite samoloty i dobrą opinię. Rzeczywiście, lot był punktualny, obsługa bardzo przyjemna, jedzenie w porządku, a pilot był Szkotem ;-) Lotnisko w stolicy Rwandy jest niewielkie, ale funkcjonalne. Przez kontrolę paszportową przeszliśmy bez problemu, a czekając na bagaż byliśmy świadkami, jak obsługa lotniska bezceremonialnie wprowadza w życie jedno z najciekawszych praw, z jakim się zetknęłam: zakaz wwożenia plastikowych torebek. Słyszałam o tym już jakiś czas temu, ale byłam ciekawa, czy rzeczywiście tak jest, czy tylko na papierze. Spotkałam w ostatnich latach wiele osób, które wspominały swoje wizyty w Rwandzie bardzo pozytywnie i wszyscy zaznaczali, jak tam jest czysto, zwłaszcza jak się podróżuje po regionie i wjeżdża do tego kraju samochodem z któregoś z krajów sąsiednich. Od razu wiadomo, że jest się w Rwandzie, bo na ulicach czy trawnikach nie ma nawet najmniejszego papierka, a drogi są asfaltowe i bez dziur. Na lotnisku grupka trochę jednak zaskoczonych turystów wypakowywała pospiesznie zakupione w strefie bezcłowej w Johannesburgu wina i książki, by oddać plastikową torbę. Nie jestem tylko pewna, co się potem z tym skonfiskowanym plastikiem dzieje, ale na pewno kiedyś się dowiem :-)


Lotnisko w Kigali
Rwanda to państwo wielkości Macedonii, bez dostępu do morza, ale za to na granicy z DR Konga znajduje się wielkie Jezioro Kivu (o którym w następnym wpisie). W stolicy Kigali mieszka ok. miliona ludzi. Populacja kraju to nieco ponad 11 milionów dusz, co przy niewielkich rozmiarach czyni Rwandę obszarem bardzo gęsto zaludnionym - ponad 400 osób na km2 (28 miejsce na świecie; dla porównania - w Polsce to 123 osoby). Widać to bardzo dobrze, bo każdy najmniejszy skrawek każdego wzgórza jest zaorany albo zarośnięty bananowcami. Niestety nie mam zdjęć z Kigali, bo je niechcący skasowałam... Będziecie więc musieli uruchomić wyobraźnię ;-)

W tej chwili panuje pora sucha, więc Kigali jest trochę zakurzone, a trawa zbrązowiała. Przy temperaturze ok. 25 stopni nie jest to jednak szczególnie uciążliwe. Rwanda to nie tropiki, stolica leży na wysokości 1500 m n.p.m., podobnie jak Pretoria, więc nawet w porze deszczowej nie jest tu nieznośnie wilgotno. Klimat Rwandy jest więc przyjemny, temperatura przez cały rok jest mniej więcej taka sama. 

Rzeczywiście nie udało mi się zauważyć żadnego śmiecia na ulicach. Skąd takie zdyscyplinowanie obywateli? A stąd, że prezydent Paul Kagame trzyma wszystkich krótko. Znajoma wyprowadziła kiedyś psa, który postanowił załatwić potrzebę numer dwa na trawniku. W okamgnieniu pojawił się policjant z kałachem, by dopilnować, że nic z psich odchodów nie zostanie, i przy okazji zrugać właścicielkę, że nie upilnowała zwierzęcia w porę. W każdą sobotę panie w białych gumowych rękawiczkach wychodzą na ulice miast i ze śpiewem na ustach przeczesują chodniki i trawniki w poszukiwaniu papierków czy gum do żucia. Pod względem politycznym Republika Rwandy to ciekawy twór - coś w rodzaju ukrytej dyktatury, gdzie na pozór jest demokracja, ale w rzeczywistości prezydent ma wszystko i wszystkich w garści. Wielu poczytuje mu to za wielką zaletę, bo dzięki takiej polityce udało mu się opanować kraj po ludobójstwie i stworzyć pojęcie Rwandyjczyka. Jakby zapytać przypadkowego człowieka, czy jest Hutu, czy Tutsi, to odpowie, że jest Rwandyjczykiem. W sytuacji, gdy musisz żyć nadal obok ludzi, którzy zasiekli maczetą twoją rodzinę, trzeba chyba coś w sobie zablokować, by przetrwać i nie pałać ciągłą żadzą zemsty... 

Nie chcę się jednak rozpisywać na razie o polityce, bo to temat rzeka i będę go zgłębiać, jak już tam zamieszkam (i stworzę nowy blog). Wracając więc do Kigali - miasto jest oczywiście zbudowane na wzgórzach i nie jest szczególnie piękne, ale też nie odstrasza. Ta czystość i porządek na pewno pomagają. Wszechobecne są tzw. moto - małe motocykle, które stanowią główny transport publiczny. Autobusy i minibusy też są, ale moto to najtańsza i najszybsza opcja. Niektóre z tych pojazdów wprawdzie wyglądają, jakby miały się zaraz rozlecieć, ale póki jeżdżą, to jeżdżą, i nikt się nie czepia. Najlepiej jednak mieć własny kask, bo choć każdy kierowca ma zapasowy dla klienta, nie wiadomo, jak długo jest w użyciu i na czyjej głowie wcześniej się znajdował... Kultura jazdy w Rwandzie jest mniej więcej taka, jak na całym kontynencie: jak jest miejsce, to się wpychamy, a jak nie ma, to też się wpychamy, tylko przy okazji trąbimy. Kierowcy nie zważają na przejścia dla pieszych, a piesi zdają się nie widzieć pędzących samochodów i przechodzą tam, gdzie im najwygodniej. Na szczęście nigdzie nie da się rozwinąć dużej prędkości, bo nawet jak jedzie się z górki, to zaraz jest pod górkę, plus zakręty, bo jednak jakoś trzeba te wszystkie wzgórza objechać. Mapa Kigali wygląda trochę jak przekrój pnia drzewa, drogi wiją się i tworzą okręgi, rzadko się przecinając.

W stolicy zderzają się dwie rzeczywistości: afrykańska i zachodnia. Supermarkety są, ale to, co w nich znajdziemy, to trochę loteria. Rwanda to kraj rolniczy, nie ma tu przemysłu ani naturalnych surowców, więc większość towarów jest importowana - ceny w związku z tym są wręcz londyńskie. W jednym z większych supermarketów w Kigali obok stoiska z mięsem, głównie smętnie wyglądającymi królikami i kurczakami, stoi na przykład wieszak z męskimi bokserkami, a obok niego skrzynki z butelkami Coca Coli. Nie jestem pewna, jaka za tym stała logika ;-) Jak ktoś bardzo lubi sery, to w Rwandzie będzie cierpiał. Lokalne wyroby niestety nie są specjalnie zjadliwe, a dostępność serów zagranicznych jest niewielka i są bardzo drogie. Wina z RPA i Europy można kupić, ale dostępne są tylko te najsłabsze (i głównie słodkie) i kosztują majątek. Ale za to można dostać na przykład różne gatunki bananów, w tym takie, z których robi się wielkie frytki, bo nie są słodkie :-) No i lokalne piwa są całkiem przyzwoite, a ciemne piwo o pięknej nazwie Virunga Mist smakuje naprawdę nieźle. Wino bananowe produkowane przez zakonnice okazało się również zaskakująco zdatne do picia - smakuje trochę jak sherry, trochę jak port, choć chwilę po spożyciu pojawia się w ustach posmak bananów ;-)

Jako że Chińczycy ostro inwestują na całym kontynencie afrykańskim, niemal wszystkie nowe budynki i te będące w budowie (a w Kigali placów budowy jest sporo) to właśnie chińskie dzieła. Koszt takich budów jest stosunkowo niewielki, tempo powstawania nowych domów szybkie, więc pewnie w przyszłym roku nie poznam stolicy Rwandy, bo to, co obecnie jest szkieletem lub dziurą w ziemi, będzie już apartamentowcem. Inny chiński akcent to absolutnie niewiarygodny dwupoziomowy sklep, w którym wszystko jest Made in China. Można tu dostać właściwie wszystko, od wszelakich wyrobów plastikowych (ale nadal pakowanych w papierowe torby przy kasie) jak miski, pudełka do przechowywania żywności, poidła dla kurczaków czy gigantyczne sztuczne kwiaty, poprzez ryż, suszone algi i całą gamę chińskich specjałów (w tym wielkie i oczywiście plastikowe baniaki jakiegoś spirytusu, który wyglądał na napój śmiercionośny), aż po meble, buty, zasłony, i diabli wiedzą, co jeszcze. Aha, na przykład wspomniane już wino bananowe oraz importowane wina z Francji czy RPA, różne dziwne wódki, tequile, whisky itd. Te półki z alkoholami znajdowały się, rzecz jasna, w zupełnie przypadkowym miejscu, gdzieś pomiędzy trocinami a plastikowymi wiadrami. Można w tym sklepie na pewno znaleźć różne skarby, jak się dobrze poszuka ;-)

Do tego wszystkiego dochodzą kawiarnie i restauracje, które mogłyby znajdować się w Paryżu czy Brukseli. Choć Rwanda mocno wyparła się swojego frankofońskiego kolonialnego dziedzictwa w sferze rządowej (dołączyła w Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, choć brytyjską kolonią nigdy nie była, i zmieniła język urzędowy na angielski), to porządne croissanty można dostać bez problemu. Modne kawiarnie i bistro wyrastają jak grzyby po deszczu, a prowadzone są głównie przez ekspatów, którzy jednak zatrudniają Rwandyjczyków i w ten sposób wprowadzają ich w świat zachodniego kapitalizmu. Odwiedziłam kilka takich miejsc i muszę przyznać, że było to bardzo pozytywne doświadczenie. Koncepcja własnego biznesu to nadal novum w Rwandzie, choć do kraju wracają także wykształceni na Zachodzie młodzi przedsiębiorcy, którzy angażują się w nowe projekty i zakładają różnego rodzaju start-upy. Rwanda ma ambicje zostać Singapurem Afryki. Jako że nie ma tu żadnych surowców i przemysłu, rząd postanowił zainwestować w technologie. I tak dzięki światłowodom internet jest tu 9 razy szybszy, niż w dużo bardziej rozwiniętej RPA (sprawdzone przy pomocy jakiejś magicznej aplikacji na iPadzie). Głównie dlatego, że do Rwandy dotarło już 4G. W związku z tym w kawiarniach znajdziemy ludzi pracujących na laptopach, ewentualnie siedzą oni ze swoimi Macami w jednych z kilku centrów coworkingu. Wprawdzie zdecydowana większość z nich to biali ekspaci pracujący dla którejś z licznych organizacji pozarządowych, wolontariusze czy biznesmeni, ale intencją jest wprowadzić w ten świat Rwandyjczyków. 

Z pocztówki zrobił się przydługi list, więc na koniec jeszcze jedna obserwacja: mieszkańcy Rwandy nazywani są przez sąsiednie kraje smutnym narodem. Rzeczywiście, są dużo poważniejsi i bardziej stonowani, niż Afrykańczycy z innych krajów. Mało się uśmiechają, nie podnoszą głosu, robią swoje i nie wchodzą w zbędne rozmowy. Na białych, czyli muzungu, nie zwracają specjalnej uwagi (poza Kigali, w drodze nad Jezioro Kivu, wzbudzaliśmy nieco większe zainteresowanie, zwłaszcza że jeden kolega miał problemy żołądkowe i musiał co jakiś wyskakiwać z samochodu w krzaki; ludzie przerywali wtedy pracę czy spacer, by sobie na niego w milczeniu popatrzeć). To może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale jednak nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Czułam się w Kigali bardzo bezpiecznie, Rwanda to zresztą obecnie chyba najbezpieczniejszy kraj Afryki. Wieczorem mogłam bez problemu iść pieszo do restauracji oddalonej o 15 minut spaceru, nikt mi nie zawracał głowy. 

W kolejnym wpisie będzie o wycieczce nad Jezioro Kivu - i będą też zdjęcia! ;-)

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Park Narodowy Golden Gate Highlands

Jako że to nasz ostatni rok w RPA, próbujemy jak najwięcej zobaczyć w tym kraju. W kwietniu wybraliśmy się do kolejnego parku narodowego, Golden Gate Highlands, przy granicy z Lesotho i niedaleko Gór Smoczych (Drakensberg). Jest to bardzo malownicze miejsce, dobre na wędrówki. Można zatrzymać się na kempingu, ale także w tradycyjnych okrągłych chatkach krytych strzechą lub w zwyczajnym hotelu - co komu pasuje. My wybraliśmy tę drugą opcję i nie żałujemy, bo kemping był dość zatłoczony! Chatki są wprawdzie dość blisko siebie, i wszystkie były zajęte (byliśmy w okresie wielkanocnym), ale nie mieliśmy poczucia, że inni ingerują w naszą prywatność, a my w ich. 

Golden Gate Highlands to fajne miejsce na weekend, szczególnie ze względu na ciekawe krajobrazy i formacje skalne. O zachodzie słońca klify piaskowca mienią się czerwienią i pomarańczą, stąd nazwa parku. Zimą natomiast jest zazwyczaj sporo śniegu! Są tu też zwierzęta: antylopy (w tym występujący tylko w RPA blesbok, a także gnu brunatne, które charakteryzuje się długim, białym ogonem), ibisy czy sępy, ale miejsce to bardziej przyciąga piękną scenerią niż bogactwem fauny. Najwyższy szczyt w parku, Ribbokopp, mierzy sobie niemal 3,000 m n.p.m, więc jest na co się wspinać! Ja ograniczyłam się do krótszych i mniej wymagających szlaków :-)















Na horyzoncie majaczy Lesotho!
Antylopa Blesbok - gatunek endemiczny dla RPA

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...