poniedziałek, 19 maja 2014

Namibia: Park Narodowy Etosha

Kraina bezkresnego horyzontu - tak mówi się o Namibii, i nie jest to określenie bezpodstawne. Rzeczywiście, ten wielki pustynny kraj (prawie 3 razy większy od Polski, z populacją liczącą niewiele ponad 2 miliony) może poszczycić się zapierającymi dech w piersi krajobrazami - ta przestrzeń, która wydaje się nie mieć końca, jest niesamowita. W ciągu 9 dni udało nam się zobaczyć całkiem sporo i nie spędzić większości czasu w samochodzie. Zdjęć mam setki, więc trudno było mi wybrać te najlepsze i najbardziej oddające charakter tego przepięknego kraju. Rozdzielam wpis na kilka części, bo coś wolno mi się zdjęcia ładują. No to zaczynamy! :-)


PARK NARODOWY ETOSHA


Stadko gnu
Jest to najsłynniejszy park Namibii, i szczerze mówiąc nie sądzę, bym po wizycie tam jeszcze kiedykolwiek udała się do Krugera w RPA (który zresztą od początku nie był moim ulubionym parkiem). Etosha zwaliła mnie z nóg. Park jest jednym z największych na świecie, a w jego centrum znajduje się tzw. Etosha Pan, czyli ogromna depresja, w porze suchej prawie zupełnie pozbawiona roślinności (Etosha oznacza "miejsce suchej wody"), w porze deszczowej natomiast wypełniona życiodajną wodą, do której ciągną zwierzęta. 

Widok na wodopój w Halali



Oprócz fantastycznych krajobrazów bardzo podoba mi się w Etoshy pomysł umieszczenia wodopojów przy głównych obozowiskach. W ten sposób nie trzeba cały dzień jeździć po parku, tylko przejść sobie po specjalnie przygotowanej rampie z kempingu i obserwować godzinami rozwój wydarzeń. W ten sposób siedziałam w obozowisku Halali jak w amfiteatrze i patrzyłam z odległości ok. 50 m na słonie, czarne nosorożce (nareszcie udało mi się je zobaczyć!), hieny i antylopy. A po zmroku wodopój jest oświetlony, więc tak naprawdę można tam spędzić cały dzień i noc!




W Etoshy występują cztery gatunki z Wielkiej Piątki (nie ma tu tylko bawołów), i wszystkie udało nam się spotkać. Dla mniej największym przeżyciem było właśnie spotkanie z czarnymi nosorożcami - widzieliśmy ich w sumie chyba z dziesięć. Są mniejsze od nosorożców białych, mają ciemniejszy kolor i inny kształt wargi, i dużo trudniej jest je znaleźć, głównie dlatego, że są nietowarzyskie i niemal permanentnie w złym humorze. Prowadzą raczej samotniczy tryb życia - ale po zmroku wszystko się zmienia. Jeśli oglądaliście serię "Africa" Davida Attenborough, wiecie o czym mówię! 

Jednego popołudnia był taki osobnik przy wodopoju i bardzo mu się nie podobało, że trzy samice kudu też chcą skorzystać - przegonił je więc; biedaczki musiały poczekać, aż on sobie pójdzie. Natomiast po zmroku byliśmy świadkami wspaniałego spektaklu. Przy wodopoju pojawiły się w sumie trzy czarne nosorożce. Jeden władował się w sam środek bajorka i tak się chłodził w wieczornej kąpieli po gorącym dnoi, podczas gdy dwa pozostałe zajęte były pojedynkiem, z przerwami na łyk wody. Ciszę przerywały jedynie, oprócz brzęczenia cykad, stukot rogów i głośne oddechy tych niezwykłych zwierząt. Nie wyglądało to na poważną walkę, raczej na coś w rodzaju sparringu, i ostatecznie jeden z nosorożców uznał swoją przegraną i potruchtał w ciemność. Pierwszy osobnik wkrótce zakończył kąpiel, obwąchał się ze zwycięzcą pojedynku, po czym obaj poszli sobie - ale obrali przeciwne kierunki. Później pojawiła się jeszcze mama z małym, który nie miał uszu. To podobno dość powszechne wśród czarnych nosorożców i nie stanowi większego problemu. Była to bardzo urocza scena rodzinna, gdyż młody nosorożec nie odstępował mamy na krok (młode nosorożca czarnego zawsze idą za matką, podczas gdy młode białego przed nią). Wspólnie przez jakieś 20 minut oskubywali z liści krzaki wokół wodopoju. Bardzo sielankowy obrazek :-)



Trochę się rozpisałam o tych nosorożcach, ale dla mnie to było niezwykłe przeżycie. Widzieliśmy też trzy piękne gepardzicie, dwie przysypiające w trawie lwice obok wielkiego stada zebr (które doskonale wiedziały, co się w tej trawie czai i stały w napięciu w zwartym szeregu), mnóstwo springboków, oryksów, gnu, żyraf, kilka słoni i szakali, a także wiele ptaków, w tym orły i flamingi. Dość więc gadania, czas na więcej zdjęć! :-) 




Orzeł sawannowy
Ratel (honey badger) plądrujący każdy kosz na śmieci, jaki znajdował się na jego drodze.
Jeden z wielu gatunków dzioborożca
Drop olbrzymi, czyli najcięższy ptak latający
Sekretarze


Antylopy oryks


Antylopa kama (red hartebeest)

Szakale








W następnym odcinku będzie o plemieniu Himba, wydmach, stolicy kraju Windhoek i paru innych rzeczach :-)

poniedziałek, 12 maja 2014

Rian Malan "My Traitor's Heart"

Malan to mocne nazwisko w RPA. Kojarzy się jednoznacznie z Danielem Francois Malanem - pierwszym nacjonalistycznym premierem kraju i jednym z architektów apartheidu, a także z generałem Magnusem Malanem, ministrem obrony w tym okresie. Rian jest ich potomkiem i od zawsze wiedział, że nie ucieknie od swojego dziedzictwa. Książka, którą napisał, miała być czymś w rodzaju kroniki rodzinnej, ale wyszedł z tego niezwykle poruszający portret południowoafrykańskiego społeczeństwa epoki apartheidu, którego Malan nie potrafił zrozumieć.



Rian Malan jest afrykanerskim dziennikarzem, pisarzem, muzykiem i autorem piosenek. Urodził się w 1954 r. w Johannesburgu i dorastał w stosunkowo liberalnej rodzinie. Pierwsza część książki poświęcona jest jego korzeniom, ale historia rodziny Malanów stanowi tak naprawdę tło do nakreślenia historii białych osadników w Afryce Południowej w ogóle. Autor podkreśla też skomplikowaną relację swojej rodziny i znajomych z czarnymi mieszkańcami. Z jednej strony są to stosunki przyjazne, a często wręcz bardzo bliskie, zwłaszcza z nianiami czy ogrodnikami, którzy traktowani są przez wielu jak członkowie rodziny - niemalże. Bo jednak zawsze istnieje jakaś nieprzekraczalna bariera, naznaczona trudną do zdefiniowana dozą nieszczerości, która sprawia, że nawet "kochający czarnych" Malan i jego koledzy czują jej obecność i wiedzą, że ukochana niania nie jest taka sama, jak oni.

W 1977 r. autor zmuszony jest wyjechać z kraju, w którym skala przemocy sięgnęła absurdu. Kolejne 8 lat spędza w USA, gdzie pracuje na czarno, głównie jako dziennikarz, lecz nie może przestać myśleć o swojej ojczyźnie, za którą mimo wszystko tęskni. Decyduje się w końcu wrócić i wydaje się, że ląduje w jeszcze gorszym piekle, niż to, które zostawił kilka lat wcześniej. Jako dziennikarz Malan prowadzi dochodzenia w sprawie kilku wyjątkowo brutalnych morderstw, które dość dokładnie przytacza w drugiej części książki. RPA znajduje się wtedy w stanie zupełnego szaleństwa, gdzie nikt już nikomu nie ufa i każdy jest, mniej lub bardziej, przygotowany na śmierć. Malan analizuje, próbuje zrozumieć, ale gdy tylko wydaje mu się, że dotarł do sedna problemu, kolejne zdarzenie zupełnie rujnuje jego wizję i znów pozostawia bezradnym.

Część trzecia to opowieść o Neilu i Creine Alcock, jedynych "prawdziwych białych Afrykanach", jakich udało się Malanowi spotkać. Autor opisuje ich życie wśród Zulusów i ich ciężką pracę na rzecz wspólnoty, która przyjęła ich jak swoich. Jednak choć wydawało się, że ta historia nie miała prawa źle się skończyć, że jest światełkiem w tunelu, to jednak po raz kolejny okazało się, jak bardzo różnią się światy białych i czarnych. Tragedia była mimo wszystko nieunikniona.

Nie czarujmy się - ta książka to horror. Nie tylko skala, ale też rodzaj opisywanej przemocy, odejmuje mowę. To, do czego zdolni są ludzie w szale walki o swoje prawa i tożsamość, jest porażające. Rian Malan jest w tym wszystkim zupełnie zagubiony. Z jego opowieści przebija bezgraniczna miłość do ojczyzny i wielki smutek, że nie potrafi zrozumieć swojego kraju. Malan ma pełną świadomość swojego dziedzictwa i nie próbuje się tłumaczyć, bronić ani przepraszać - po prostu chce dojść do ładu z własną historią, ale sytuacja w RPA go przerasta.

Książka została opublikowana w styczniu 1991 r., czyli w przededniu wyborów 1994 r., w których Mandela zostanie pierwszym czarnoskórym prezydentem kraju. Ale na razie taka wizja jeszcze nie istnieje w świadomości autora i jego otoczenia. RPA jest pogrążona w chaosie, i wydaje się, że wszyscy się w nim kompletnie pogubili - na tyle, żeby zacząć szukać rozwiązania, ale jeszcze nieśmiało, po omacku.

Czytanie wspomnień Malana sprawia ból, ale moim zdaniem jest to lektura obowiązkowa dla każdego, kogo choć trochę interesuje historia RPA. Autor jest tak obiektywny, na ile pozwala jego kolor skóry i pochodzenie. Nie oszczędza samego siebie, nie boi się przyznać do błędów, momentami jest wręcz aż nazbyt krytyczny wobec siebie. Ale to sprawia, że ma się poczucie szczerości przebijającej z każdego zdania. Można się z Malanem nie zgadzać, można kwestionować potrzebę epatowania drastycznością, która wyziera z niemal każdej strony, lecz nie sposób nie wyczuć, że napisanie tej książki wiele go kosztowało emocjonalnie i że jest z czytelnikiem szczery do bólu.

Wielu krytyków uznało ten utwór za arcydzieło. Mną ta książka wstrząsnęła na tyle, że wciąż na myśl o niej ogarnia mnie złość, niepokój, smutek i bezradność. Jednak mieszkam teraz w tym kraju, który potrafił się podnieść z tak totalnego upadku, w którym jest jeszcze mnóstwo do naprawienia, ale jednak tak dużo dobrego już się stało i nadal się dzieje. To zdumiewające i budujące, że tak wiele mogło się zmienić w tak krótkim czasie. Ale żeby to lepiej zrozumieć i docenić, trzeba przeczytać książkę Malana.

niedziela, 11 maja 2014

Niespodzianki wyborczej nie było...

... i oczywiście wygrał Afrykański Kongres Narodowy (ANC), zdobywając nieco ponad 62% głosów (249 miejsc w parlamencie). Jest to jednak słabszy wynik, niż ten z 2009 r., a pozycja DA wzmocniła się od ostatnich wyborów - zagłosowało na tę partię 22% wyborców (89 miejsc), czyli o 5% więcej niż w 2009 r. Trzecie miejsce zajęło nowe ugrupowanie Juliusa Malemy Economic Freedom Fighters (EFF), z wynikiem trochę ponad 6% (25 miejsc). Największa bitwa toczyła się w prowincji Gauteng. I choć ANC ostatecznie zwyciężył, to jednak otrzymał aż o 10% głosów mniej niż w 2009 r., na korzyść DA (28.5%, o 7% więcej) i EFF. Prezydentem pozostaje więc na drugą kadencję Jacob Zuma. Frekwencja wyniosła 73.43% (!), oddano 18,654,457 głosów, z czego ćwierć miliona było nieważnych.

Na razie Zuma ogłosił, że nie będzie dramatycznych zmian w strukturach rządowych, bo ANC nie może już pozwolić sobie na eksperymenty, musi skupić się na efektywniejszym wdrażaniu swojej polityki. Na liście priorytetów znajdują się m.in. tworzenie nowych miejsc pracy, wsparcie dla małych firm, a także poprawa sytuacji systemu opieki zdrowotnej. Wiceprezydentem zostanie prawdopodobnie osoba numer 2 w partii, czyli Cyril Ramaphosa

U mnie w pracy ludzie są podzieleni. Młodsze pokolenie kręciło głowami z niedowierzaniem i złością, gdy w czwartek i piątek telewizja pokazywała na bieżąco wyniki. Natomiast starsze osoby są z rezultatu zadowolone. Wygląda na to, że na zmianę warty trzeba będzie jeszcze długo poczekać, ale fakt, że ANC nie zdobył tym razem bezwględnej większości może być sygnałem, że ludzie zaczynają zauważać alternatywy. DA musi się jednak lepiej określić. Charyzmatyczna i szanowana parlamentarna przywódczyni tej partii, Lindiwe Mazibuko, właśnie zrezygnowała tymczasowo z funkcji, ponieważ wyjeżdża na roczne studia z administracji państwowej na Harvardzie. Na forach internetowych przeważają głosy uznania i pojawiają się nawet sugestie, że ta młoda i niezwykle inteligentna kobieta jest na drobrej drodze do zostania w przyszłości prezydentem kraju. No cóż, to dość odległa perspektywa, ale kto wie? Na razie jednak mamy przed sobą kolejne 5 lat z ANC na czele.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...